Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Syberiada polska Zbigniew Domino

Po raz pierwszy słuchałam książki w wersji audio. Dotąd wydawało mi się, że jestem wzrokowcem i tylko pisana wersja książek mi odpowiada. Okazało się, że audiobook ma swoje zalety, np. mogę słuchać w pracy, w drodze do domu i w innych sytuacjach, w których czytanie jest niemożliwe. "Syberiada..." to mój pierwszy i na pewno nie ostatni audiobook.
Jest to historia Polaków, zamieszkujących Podole, którzy w lutym 1940 r. zostają zmuszeni do przesiedlenia w głąb Związku Radzieckiego, bo władza komunistyczna uznała  ich za zagrażający systemowi element wywrotowy. Mają pół godziny na spakowanie się i wyruszają w morderczą podróż, w bydlęcych wagonach, bez jedzenia, wody. Dużo osób, zwłaszcza dzieci nie ma szans przeżycia samej podróży w tych warunkach.
Umieszczeni zostają w obozie, we wschodniej Syberii. Codzienne życie to katorżnicza praca, straszliwy głód, choroby i 40 st. mrozu. Władza radziecka zadbała nie tylko o fizyczne wyniszczanie zesłańców, ale też ich psychiczne gnębienie. Wyszydzani są jako "polskie pany, burżuje", których spotkała zasłużona kara. Przewija się motyw nienawiści Rosjan do Polaków za wojnę 1920 r.
Sąsiedzi z wiosek próbują wspierać się, pomagać sobie, często tą pomocą pozostaje tylko wykopanie grobu... .Organizują szkółkę dla dzieci, uczą jęz. polskiego , historii, geografii i , niestety, antyradzieckich wierszyków. Płacą za to wysoką cenę -  zesłanie do gułagu, śmierć.
Są też tacy, którzy nie wytrzymują terroru, donoszą na innych zesłańców, by dostać za to
kawałek czarnego, kwaśnego chleba dla swoich dzieci.
Światełkiem w tunelu staje się najazd Niemiec na Związek Radziecki, w wyniku którego dochodzi do układu Sikorski - Majski w 1941 r. Na jego mocy amnestią zostali objęci wszyscy polscy zesłańcy, więźniowie gułagów. Odtąd stają się sojusznikami w wojnie, chociaż nie do końca mogą cieszyć się wolnością - nadal podlegają władzy radzieckiej.
Bohaterowie książki marzą o dostaniu się do formowanej armii Andersa. Losy rzucają ich po miasteczkach i wsiach syberyjskich. Skazani są na litość i pomoc miejscowej ludności.
Udaje im się przyłączyć dopiero w 1943 r. do armii Berlinga, co wydaje się ziszczeniem marzeń o walce o wolną Polskę i powrocie do wytęsknionej ojczyzny.

Książka napisana jest barwnym, potoczystym językiem. Skupia się na losach zwykłych ludzi, którzy , sami nie wiedząc dlaczego, wpadli w machiny historii i polityki. Sugestywne opisy postaw, charakterów, uczuć, powodują, że szybko zaprzyjaźniłam się z ludźmi z Czerwonego Jaru, stali mi się bliscy, jakbym ich znała. Uroniłam niejedną łzę, gdy grzebali swoich krewnych, maleńkie dzieci umierające na mrozie z głodu. Wzruszałam się razem z nimi gdy śpiewali Jeszcze Polska nie zginęła... na wieść o amnestii.
Wspaniałe są też opisy przyrody, syberyjskiej tajgi - pięknej, surowej, będącej i przekleństwem i jednocześnie dobrodziejstwem dla zesłańców, budzącej grozę ale też dającej  jedzenie, opał.

Zaraz po wysłuchaniu książki, obejrzałam ekranizację powieści w reż.Janusza Zaorskiego.
Film, niestety, nie jest już tak fascynujący, jak książka. Ze względów technicznych, wymogów czasowych, jest pozbawiony wielu wątków , czasem ważnych. Bez nich widz nie czuje tej atmosfery, nie zagłębia się w psychikę bohaterów, nie przeżywa z nimi ich tragedii. Trochę raziła mnie mała dbałość o szczegóły np. w charakteryzacji bohaterów. Miałam jeszcze na świeżo opisy książkowej dlatego pewne zdumienie wywoływały u mnie zadbane paznokcie kobiet, elegancka fryzury Soni Bohosiewicz. Ogólnie, o przeczytaniu (wysłuchaniu- ciągle nie mogę się przyzwyczaić:) książki, film wydał mi się trochę nijaki, płaski.
Wielu nie przeżyło już drogi do miejsca zesłania...

Chyba słaby scenariusz spowodował, że rola Jana Peszka wypadła blado. 

Widok tych pociągów nadal budzi we mnie grozę. Nie jestem z pokolenia pamiętającego wojnę, ale widocznie komunizm wywarł piętno, które trudno jest zatrzeć , nawet po tylu latach.

Po wysłuchaniu książki, poszukałam w necie informacji na temat autora Syberiady polskiej -  Zbigniewa Domino. I tu zaczęłam odczuwać pewien dysonans. Otóż, autor, jako dziecko został wywieziony, wraz z rodziną na Syberię. Domyślam się, że książka powstała na bazie jego wspomnień, tragicznych przeżyć (tam umarła jego matka). I tu mam problem, bo moje myślenie jest proste - taka historia ukształtowałaby we mnie nienawiść do Związku Radzieckiego, do komunistów. Nie chciałabym mieć z tym systemem nic wspólnego, byle tylko uwolnić się od wspomnień przeżytego piekła. Natomiast Z. Domino zostaje prokuratorem wojskowym, skwapliwie szerzy w Polsce komunizm, osobiście nadzoruje wyroki na więźniach. Zostaje członkiem Korpusu Bezpieczeństwa Narodowego, który, mówiąc ogólnie brał udział w zbrojnym tłumieniu ruchów antykomunistycznych.
Hm... niezbadane są zakamarki psychiki ludzkiej... , ale po lekturze Syberiady... można się jednego nauczyć, aby nie oceniać innych ludzi, nie krytykować, nie przykładać własnej miarki, bo łatwo można skrzywdzić.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Siedlisko - uroki wiejskiego życia

Serial pod tym samym tytułem jest od dawna wszystkim dobrze znany. Kilkanaście lat temu budził mój entuzjazm. Wydawało mi się to niezwykle fascynujące - ucieczka na wieś, sielskość, prostota życia. W filmie urzekały mnie piękne obrazy Mazur, skomplikowana historia mieszkańców tych ziem, których uosobieniem był Gustaw Wilk. Z wielką przyjemnością oglądałam Annę Dymną w roli Marianny -  malarki, kobiety mądrej, energicznej, uparcie realizującej swoje marzenia. Dodatkowym walorem tej opowieści jest fakt, że jest oparta na prawdziwej historii autorów filmu - Janusza Majewskiego i jego żony  - Zofii Nasierowskiej.
 Gdy po latach ukazała się, w oparciu o scenariusz, książka  -  chętnie po nią sięgnęłam. Przeczytałam ją szybko, bo losy bohaterów wciągają. Niestety, pojawiło się rozczarowanie. Rzadko można powiedzieć, że film jest lepszy od książki, ale moim zdaniem, tak jest tym razem. Mocną stroną filmu były zdjęcia, cudownie oddające klimat Mazur. Książka nie wywołała już we mnie tego nastroju, nie poruszyła mojej wyobraźni. Może jest to spowodowane tym, że w ciągu ostatnich lat pojawiło się kilka książek o podobnej tematyce, więc moje wymagania jako czytelnika wzrosły. Temat ucieczki z miasta, powrotu do natury, napawania się wiejskim życiem wydaje mi się już nieco ograny.(Chociaż nie powiem, że chętnie bym skorzystała z takiej okazji, gdyby los podsunął mi taka szansę:)).
Dialogi, które w serialu bawiły mnie, czasem wzruszały, w książce wydały mi się drętwe, nienaturalne. Gdybym nie wyobrażała sobie podczas czytania np. Mariana Opani, genialnego w roli Kotuli, to cały ten wątek byłby nudny i bez wyrazu. Siłą całej tej mazurskiej historii byli chyba świetni aktorzy, to oni stworzyli klimat opowieści.
Jest jeszcze jedna sprawa, która drażni mnie w tej historii. Przeszkadzało mi to już kilkanaście lat temu, a teraz wywołuje wręcz zażenowanie. Nie podoba mi się postawa wyższości państwa Kalinowskich wobec miejscowej ludności. Częste podkreślanie pozycji pana profesora, załatwianie spraw np. w szpitalu, gdzie jego stanowisko jest wytrychem, otwierającym różne drzwi. Czytając książkę, odnoszę wrażenie, że "wielkie państwo" postanowiło dla kaprysu zamieszkać na wsi. Wydaje im się, że mają misję niesienia kaganka oświaty i cywilizacji. A wieśniaki nadają się tylko do roboty i to też jeszcze trzeba ich ciągle poganiać i ochrzaniać. No -  czasem można poczęstować wódką. Kiedyś nawet mnie to bawiło, czasem wydawało się urocze. Przez ostatnie lata chyba zrobiłam się zbyt lewacka, skoro tak mnie to teraz drażni. A może przesadzam...? Czy wieś lat '90 była naprawdę tak ciemna, zacofana? Ja mam inne doświadczenia.
Nie mogę powiedzieć, że męczyłam się nad tą książką, czytałam ją z przyjemnością, ale  ta przyjemność bardziej wynikała z sentymentu do filmu, do świetnych kreacji aktorskich, niż z samej treści.  Mam mieszane uczucia po przeczytaniu Siedliska, ale kierowana ciekawością dalszych losów państwa Kalinowskich sięgnę (mimo wszystko) po drugą część książki.

czwartek, 21 marca 2013

Andrzej Stasiuk "Grochów"


Proza Andrzeja Stasiuka zawsze mnie ciekawiła i poruszała. Sięgając po "Grochów" miałam pewne obawy. Nie byłam do końca przekonana czy mam ochotę czytać o śmierci; czy jestem wewnętrznie gotowa na zmierzenie się z tym tematem. Obawiałam się zbytniego epatowania problemem, wyciskania łez.
Okazało się, że moje lęki były nieuzasadnione. Stasiuk potrafi pisać o sprawach trudnych, brzydkich, niechętnie poruszanych w  taki sposób, że łączy szorstkość języka  z lirycznością, metaforą. Za to go cenię, że czytając jego prozę mam wrażenie obcowania z wrażliwym poetą.

Śmierć to strona ludzkiej egzystencji, którą chętnie wypieramy ze świadomości, chowamy głęboko w zakamarkach umysłu.
   Nasz świat stał się "wygładzony", wytłumaczony naukowo. Choroby i śmierć zostały  "odczłowieczone", sformalizowane. Przerzuciliśmy te problemy na odpowiednie instytucje, mając nadzieję, że to zmniejszy nasz lęk. Paradoksalnie, stało się inaczej - boimy się śmierci jeszcze bardziej.
   Najlepiej ilustruje to pierwsze opowiadanie pt. "Babka i duchy".
A. Stasiuk wspomina swoję babcię, dla której było czymś naturalnym obcowanie z duchami, zjawami. Opowiadała o tym kogo z nieżyjących ujrzała, jakby nie było w tym nic niezwykłego. Autor pięknie nazywa to jako "zwyczajność niezwyczajnych rzeczy". Było to coś naturalnego, że te dwa światy wzajemnie się przenikają. Metaforycznie nazywa to rozdartą tkaniną egzystencji, przez którą można zajrzeć do świata nieżyjących. Babka, poprzez swoje opowieści, " łatała" to rozdarcie, cerowała tę egzystencjalną tkaninę, jakby nie było w tym nic dziwnego. Robiła to w tak naturalny sposób, że nie było widać "śladów szycia"- czyli, że świat realny i pozaziemski zwyczajnie się ze soba łączą.
    Dawniej śmierć była czymś naturalnym. Nawet dzieci oswojone były z własnym nieuchronnym końcem, dzięki temu, że w domu uczestniczyły  w ceromonii przygotowań do pochówku.
Stasiuk ironizuje, że w obecnych czasach nawet niemożliwe byłoby zajmowanie się zmarłym w domu - no bo jak znosić trumnę z 8 piętra ? Po schodach - za ciężko, windą - postawić pionowo? Trochę niezręcznie pionizować nieboszczyka...

  Kolejne opowiadanie to wspomnienie o przyjacielu, poecie - Augustynie  Baranie z Izdebek.
Skłania do refleksji o tym, jak krucha jest nasza egzystencja, jak znienacka ktoś może "odłączyć nam prąd ", np. w postaci udaru.
Powrót do normalnego życia staje się czasem niemożliwy, a człowiek zmuszony jest walczyć  ze swoim chorym ciałem. Tak trudno  i niezręcznie jest rodzinie, bliskim, stać obok chorego.
Jest to  bolesne doświadczenie z jednej strony bliskości, z drugiej poczucia obcości.  Siedząc przy łóżku chorego - nie wiemy co mówić, jak pocieszać, czy prowadzić banalne rozmowy o codziennych sprawach. Najbardziej chciałoby się uciec  od szpitalnych zapachów, myśli o chorobie, o złych rokowaniach, których z grzeczności nie wypowiada się przy łóżku chorego.

  Ostatnie, tytułowe opowiadanie "Grochów" to retrospekcja, konfrontacja wspomnienień  z dzieciństwa z twardą rzeczywistością.
Jest to pożegnanie Stasiuka z przyjacielem, z którym łączy go wiele wspomnień. Wychowali się razem na biednym, robotniczym Grochowie. Wciśnięci przez wiatr historii pomiędzy Ruskich a Niemców, marzyli o wolności, dalekich podróżach. Rzeczywistość  była jednak prozaiczna. Podróże to schody pociągu, w smrodzie, ze starym namiotem i workiem na plecach. Codziennność to pobudka o 4.30 rano, żelazna brama fabryki, która pożera tłum robotników, idących z pochylonymi głowami - jak na śmierć.
Ta brama wywołuje u Stasiuka skojarzenia z ostatnią drogą przyjaciela - do pieca krematoryjnego. I makabryczne ( a może praktyczne )pytanie Stasiuka - czy komin ma filtr, żeby umarli nie przedostali się do atmosfery i nie osiedli na pobliskich budynkach?
Jest coś przerażającego w tym, że w dzieciństwie, młodości, patrząc na przyjaciół, nie przychodzi nam do głowy myśl, że za parę (naście) lat jedyne co będziemy mogli dla siebie zrobić to rzucić grudę ziemi na trumnę, czy odprowadzić do pieca.
Jak pisze autor, śmiertelni nie jesteśmy od początku życia, stajemy się tacy dopiero wraz z upływem lat.
  Stasiuk  potrafi w prosty a jednocześnie chwytający za gardło sposób pisać o aspektach rzadko poruszanych publicznie. Na przykład o tym, że brak mu grobu przyjaciela, namacalnych resztek jako dowodu, że żył.
Kości zakopane w ziemi dają żywym poczucie ciągłości życia, bo "myśl musi czegoś dotykać". Jest coś makabrycznego w tym, że człowiek może wylecieć przez komin z kwasoodpornej stali i nic po nim nie zostaje, oprócz wspomnień... .
      Opowiadanie "Grochów" to nie tylko temat śmierci. To także wspomnienie dawnej dzielnicy. Styl pisania Stasiuka jest tak plastyczny, sugestywny, że czytając miałam wrażenie, że przenoszę się w czasie. Wręcz czułam zadymiony bar, zapach grzanego piwa i starych drelichów. Czułam tę szarość i beznadzieję PRL. Widziałam tych robotników, przynoszących do domu pensję, z poczuciem przegranej, "uwięzienia we własnym życiu jak owady w bursztynie".
Ojcowie - zamienieni w "mięso", które pożera fabryka, bezradni, z brudem na spracowanych rękach, którego nie można zmyć.
Woń klatek schodowych, przesiąkniętych zapachem tanich obiadów i butów zostawionych przed drzwiami.
W tej rzeczywistości zanurzeni młodzi ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę uciec, a jednocześnie mieli poczucie winy, że w ten sposób zdradzają swoich ojców.
   
    Opowiadanie "Suka"wyróżnia się tym, że choć dotyczy śmierci, to jednak nie człowieka, ale suki A. Stasiuka. Jest mi ono szczególnie bliskie, bo mam to doświadczenie świeżo w pamięci.
Człowiek umiera bardziej "elegancko". Robi specjalistyczne badania, łyka drogie leki, otoczenie pociesza go, że będzie lepiej.
Pies, jak pisze Stasiuk, zamienia się powoli w postrzępiony, śmierdzący dywanik. Nie widzi, nie słyszy, traci węch. Widać, jak stopniowo, z radosnego, mądrego psiaka zamienia się w kupkę sierści, z którą (pozornie) nie ma kontaktu.
I ta złość na ciągłe sprzatanie odchodów, i te rady - "uśpij, nie męcz siebie i psa".
Na koniec najgorsze - dylemat, czy człowiek może zakończyć to życie? Eufemistycznie mówi się "uśpić", ale to przecież znaczy "zabić"... .
Jestem wdzięczna autorowi, że poruszył też ten aspekt śmierci, bo w rozważaniach na ten temat rzadko wspomina się o zwierzętach.

Na koniec warto wspomnieć o ciekawych rysunkach Kamila Targosza, trochę w stylu Chagalla, które podkreślają klimat książki.

niedziela, 13 stycznia 2013

Stefan Chwin Żona prezydenta

Przeczytałam już kilka powieści Stefana Chwina i tym razem trochę się rozczarowałam.Zabrałam się do lektury chyba w niewłaściwej kolejności. Najpierw przeczytałam Pannę Ferbelin, która chronologicznie jest powieścią późniejszą. Dziwiłam się , dlaczego krytycy czepiają się Chwina , że się powtarza, że nie wnosi nic nowego. Okazało się to niestety prawdą.
Żona prezydenta to powieść w stylu political fiction z domieszką rozważań teologiczno - moralnych.
Polska first lady ma dosyć lukrowego życia u boku  męża-prezydenta, który ją zdradza ( nie wie nawet czy z sekretarką czy z bratem sekretarki). Ucieka więc ze swojej złotej klatki jaką jest dla niej pałac prezydencki . Przyłącza się do  grupy ludzi , przypominającej sektę. Najważniejszą osobą w tej grupie jest Mistrz - człowiek tajemniczy , uważany za uzdrowiciela , ścigany za rzekomą współpracę z mafią i pedofilię.
Całą historię pani Krystyny spisuje Nick- pacjent szpitala psychiatrycznego. W trakcie książki odsłania nam nowe szczegóły dramatu, którego był świadkiem . No właśnie - czy na prawdę był świadkiem , czy cała historia to twór jego wyobraźni? Chwin pozostawia czytelnika z tym pytaniem.
 Ale nie to jest najważniejsze w tej książce.Chwin nie po raz pierwszy tworzy historie trochę odrealnione , aby za ich pomocą poruszyć tematy głębsze.
Żona prezydenta , tak jak Panna Ferbelin poruszają temat powtórnego pojawienia się  Jezusa na Ziemi. Czy potrafilibyśmy Go rozpoznać? Czy może został by potraktowany jak oszust , szarlatan podający się  za uzdrowiciela, lub terrorysta , który mówi o zburzeniu świątyń? Czyli znów byłby zagrożeniem dla istniejącego porządku i osobą niewygodną dla władzy?
Problem nawiązuje trochę do tematu Ewangelii Judasza.
 Czy Chrystus musiał umrzeć , żeby wypełnił się Plan Zbawienia? Musiał być zdradzony, torturowany i okrutnie zabity? Dlaczego Jego uczniowie nie próbowali Go ratować? Czy wynikało to z ich lęku, konformizmu?
Powieściowy Nick stawia pytanie , czy można było uratować Jezusa, a zamiast Niego skazać inną osobę- tak żeby bilans wyroków  zgadzał się Piłatowi .
Po ludzku rozumując, uczniowie powinni za wszelką cenę próbować uwolnić swojego Nauczyciela , by mógł żyć i dalej nauczać. Chwin prowokuje pytanie - jak wtedy czułby się Jezus? Czy miałby wyrzuty sumienia , że nie zbawił ludzkości? Czy Jego pobyt na Ziemi miałby wtedy sens?
Oprócz tych rozważań Chwin porusza też problem terroryzmu. Stawia pytanie - kto jest katem a kto ofiarą? Czy można moralnie usprawiedliwić wojny w Czeczenii  i Iraku , tortury , egzekucje  przywódców terrorystycznych organizacji ?
W sumie Chwin porusza , jak zwykle , wiele ciekawych problemów . Dlaczego więc Żona prezydenta  rozczarowała mnie? Chyba właśnie dlatego , że zbyt dużo wrzucono  w tę krótką książkę. Moim zdaniem autor "prześlizgnął się " po tematach ważnych i wartych dłuższego zatrzymania się nad nimi.
Mimo wszystko nie zniechęcam się do sięgania po następne pozycje Stefana Chwina.Podoba mi się jego sposób umiejscawiania akcji i bohaterów w nie do końca realnym świecie. Doceniam jego kunszt pisarski  i poruszanie tematów rzadko dotykanych przez innych polskich autorów. Numerem jeden w prozie Chwina pozostaje dla mnie nadal Dolina radości.

sobota, 1 grudnia 2012

Tobiasz W. Lipny Brukselska misja

Brukselska misja to III część przygód naukowca, historyka sztuki- Karola ...ski.Jest to opowiastka sensacyjna, napisana w tonie z  lekka żartobliwym.
Autor sam mówi o swoich książkach, że ma to być literatura "do pociągu"i niestety , taka jest.Szkoda , że Lipny nie ma większych aspiracji literackich. Nie można mu odmówić talentu pisarskiego i erudycji. Mam wrażenie , że autor idzie na łatwiznę, pisząc takie krótkie czytadełka.Gdyby trochę wysilił się , to mogłyby powstać ciekawe powieści sensacyjne,ubarwione wstawkami z dziedziny sztuki
 ( co bardzo lubię), przyprawione(żeby nie powiedzieć 'dopieprzone 'erotyką).
Brakuje mi w jego książkach pogłębienia  wizerunku postaci, rozbudowania wątków. Czyli ogólnie - przeszkadza mi skrótowość formy.Czytelnik angażuje się w poważnie zapowiadającą się sprawę, a tu zaraz koniec książki i uczucie niedosytu.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Barocco Tobiasz W. Lipny

Barocco to niewielka książka, przy której można miło spędzić popołudnie , bo wciąga wielością wątków i tropów.
Autor jest osobą dość tajemniczą. Ukrywa się pod pseudonimem Tobiasz W. Lipny. Przyznaje się tylko do tego , że jest pracownikiem umysłowym na jednej z polskich uczelni.
Barocco nazywa swoim nieślubnym dzieckiem , wyskokiem obok pisania książek naukowych.
Nie jest to typowa powieść kryminalna , mimo że jest w niej kradzież, morderstwo, samobójstwo.
Jest to książka o sztuce , erotyce i tajemnicy jaka łączy te sprawy.
Chociaż Lipny twierdzi , że nie czytał powieści Nienackiego , to jednak jego bohater przypomina słynnego Pana Samochodzika.
Karol ...ski jest historykiem sztuki, ma swojego szefa -mentora, jeździ starym samochodem i tropi złodziei dzieł sztuki.
Zdecydowanie nie jest to jednak powieść dla młodzieży, ponieważ jest mocno okraszona erotyką , graniczącą z perwersją.
Profesor historii sztuki odnajduje w małym , wiejskim kościółku nieznany obraz renesansowego malarza- Madonna z konwalią.Jest to dzieło dość tajemnicze, nie wiadomo kogo dokładnie przedstawia.
Karol ..ski próbuje prześledzić dzieje rodziny , do której ten obraz należał i historię jego przywiezienia do Polski.
Nasz bohater jest (na swoją zgubę) amatorem kobiecych wdzięków.
Poznaje rudowłosą piękność, którą "nawet Klimt nie pogardził by jako modelką."
Dziewczyna jest uwodzicielska, tajemnicza, skrzętnie ukrywa przed kochankiem swoje prawdziwe życie.Uczucie do tego stopnia zawładnęło Karolem , że nie zauważa jak piękna Bibianna wciąga go w aferę przestępczą. Więcej szczegółów oczywiście zdradzić nie mogę. Czytelnik z przyjemnością podąża za splatającymi się wątkami, które sam musi sobie kojarzyć , bo autor nie podsuwa gotowych wyjaśnień.
Szkoda , że wprowadzanych jest tak wiele ciekawych wątków, które giną gdzieś w powieści . Mógł je autor rozwinąć , tworząc powieść dłuższą niż na jedno popołudnie.
Trochę rozczarowało nie też zakończenie. Jakby brak było doprowadzenia historii do końca. A może to celowy zabieg autora. Bohater sam mówi , że nie chce poznać całej prawdy , więc czytelnik też musi pozostać z uczuciem lekkiego niedosytu.

Następna przygoda Karola opisana jest w kolejnej powieści Lipnego Brukselska misja.
Leży już u mnie na półce, więc wkrótce o nie napiszę.

sobota, 3 listopada 2012

"Na fejsie z moim synem" Janusz L.Wiśniewski

Nareszcie przebrnęłam przez najnowszą książkę Wiśniewskiego "Na fejsie z moim synem".

Jest w niej poruszonych dużo osobistych , wręcz intymnych wątków, dlatego niezręcznie jest ją krytykować. Jednak muszę przyznać , że nie zachwyciła mnie.
Pomysł wydawał  się ciekawy- rozmowy zza grobu z użyciem nowoczesnych rozwiązań.
Matka pisarza, zmarła w 1977 r. , po śmierci dostała się do Piekła. Stamtąd ma możliwość obserwowania życia ziemskiego. Chcąc podzielić się z synem swoimi przemyśleniami , pisze do niego listy na Facebooku.
   Autor zastosował w wypowiedziach matki , modny ostatnio, przestawny szyk zdania. Powoduje to wrażenie , że mamy do czynienia z osobą prostą , słabo wykształconą , mówiącą potocznym językiem.

Matka pisarza porusza dość ciekawe tematy, chociaż nie ma tam nic odkrywczego.
W kwestiach naukowych- przelatujemy pobieżnie przez wiele zagadnień.
Krytyka Kościoła Katolickiego- temat nośny, moim zdaniem najciekawszy wątek.
Rozbawiło mnie przewrotnie postawione pytanie:" Dlaczego  J.Tischner nie rozprzestrzenił swoich genów?Strata to niepowetowana dla świata ziemskiego". No dlaczego?Też żałuję.
Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet...? Nie znajdziemy na to pytanie odpowiedzi, ale rozważania dość ciekawe.

Przez 1/3 książki czytałam nawet z zainteresowaniem. Niestety, na dłuższą metę stała się dla mnie męcząca. Poruszany jest ogrom tematów. Pełno jest dygresji, tak że w końcu zapominałam o czym czytam. Zrobił się z tego słowotok gaduły , która plecie o wszystkim i w końcu o niczym.
Nie obyło się bez erotyki, czasem na granicy dobrego smaku.Lekkie zażenowanie mogą wywołać intymne  wspomnienia pani Wiśniewskiej o panu Wiśniewskim seniorze.

Pisarz wkłada w usta  matki swoje przemyślenia , dociekania naukowe.Jednocześnie  często podkreślany jest jej brak wykształcenia. Wywołuje to pewien dysonans między wizerunkiem kobiety a treściami, które wygłasza.
Przykładem jest tekst:"Taka mnie tęsknota  ogromna za Tobą , synuś,ogarnęła, że mi serotoniny na synapsach zupełnie zabrakło, bo mi unicestwiła się chyba zupełnie."

Miałam dość puszenia się autora, wykorzystywania matki do rozprawiania się z krytyką jego twórczości. Głaskanie po głowie synka  w stylu: ' Nie przejmuj się , oni się nie znają , zazdroszczą ci'.

Jedno jest pewne - w Piekle spotyka się ciekawych ludzi , można rzec ,że śmietankę tego świata. Czas spędza się tam miło . Są różne ' koła zainteresowań', prelekcje , konferencje. Wzrasta też dostęp do wiedzy wszelakiej, skoro można , bez specjalistycznego wykształcenia, perorować tak długo o genetyce, fizyce,biochemii, teologii i wiele innych .
Jeśli tak piekło wygląda , to ja też tam chcę...

niedziela, 30 września 2012

Manuela Gretkowska " Na dnie nieba"


" I nie jest tak , że gdy mężczyźni ewoluowali, to kobiety tylko owulowały.One bogaciły się psychicznie tak bardzo , że by je zrozumieć, trzeba rozłożyć symbolicznie na kilka postaci i najlepiej wiele odcinków".

"Na dnie nieba " jest zbiorem felietonów, które ukazały się w różnych czasopismach w latach 2001-2007.
 Są one przyglądaniem  się duszy kobiety, skomplikowanej, złożonej i pięknej na wielu płaszczyznach.
Jak to u Gretkowskiej - jest niezgoda na wpisywanie kobiet w tradycyjne role, traktowanie ich jak pionki w patriarchalnej grze.
   Felietony są przyglądaniem się kobiecie w różnych sferach jej życia.
Gretkowska kojarzona jest głównie z ostrym , prowokacyjnym językiem opisujących sprawy seksualności. W tym zbiorze nie znajdziemy takich kontrowersji zbyt dużo .
Co nie oznacza , że autorka nie porusza tematu cielesności , prawa kobiet do decydowania o sobie. Nie zgadza się by o sprawach intymnych za kobietę decydowali  mężczyźni  a zwłaszcza politycy.
Jednak nie samym seksem zajmuje się Gretkowska. Z przyjemnością czytałam rozważania o miłości do partnera. W jej pisaniu o sprawach intymnych , rodzinnych , jest wiele refleksji, ciepła, wrażliwości i mądrości.
Dużo uwagi poświęca swojej córce- Poli. Stawia ważne pytania o odpowiedzialność za wychowanie człowieka , za przekazanie wartości , w tym religijnych.
Ironizuje sobie z mężczyzn , że do ich obsługi wystarczy jedna dźwignia , że nie dorastają do współczesnych kobiet, dlatego wolą je wpychać w stare schematy, sami nie potrafią dojrzeć do partnerstwa. Panowie nie powinni się jednak obrażać  za takie sformułowania. Gretkowska sama wyznaje, że zawsze kochała mężczyzn , mam wrażenie ,że traktuje obie płcie jako wzajemne uzupełnienie się . Szczęśliwy związek to taki , gdy te dwie połówki dobiorą się odpowiednio. Można autorce pogratulować , bo jak sama pisze, jej udało się taką pełnię w związku stworzyć.
      Godna podziwu jest jej umiejętność wyrazistego i stanowczego wyrażania poglądów w kwestiach społecznych , politycznych, kościelnych.
   Mój respekt wzbudza warsztat literacki Gretkowskiej. Język , kiedy trzeba , pełen sarkazmu, przechodzi w poetycki, metafizyczny. Autorka błyszczy swoją inteligencją i erudycją.
Zabierając się do lektury , spodziewałam się lekkich felietonów z pism kobiecych. Znalazłam teksty świetne pod względem literackim , dostarczające materiału do wielu rozważań.
http://www.strefaimprez.pl/zdjecie/dwa-brzegi-2011-manuela-gretkowska-55051



wtorek, 4 września 2012

Stefan Chwin "Dziennik dla dorosłych

Dziś skończyłam czytać książkę
Stefana Chwina "Dziennik dla dorosłych".



Mimo kontrowersji i różnych opinii na jej temat, chcę polecić tę pozycję.
Autor uczynił bohaterem książki samego siebie, nazywając się panem S.
Jest to zbiór rozważań na tematy z życia politycznego, społecznego i kulturalnego.
Chwin na początku książki przywołuje słowa swego ojca, który powtarzał mu :
"Żyj tak ,żeby nikt cię nie zauważył." Odnoszę wrażenie,że "Dziennik..." jest pokazaniem , że jednak należy robić wszystko, by ludzie cię zauważyli, usłyszeli twój głos, poznali twoje poglądy, nawet jeśli są kontrowersyjne.
Chwin bez ogródek zadaje trudne pytania, porusza sprawy,o których niechętnie mówi się w życiu publicznym.
Może wydawać się zbyt pryncypialny, często obrazoburczy. Dotyka tematów najnowszej historii Polski. Ocenia działania Solidarności, wprowadzenie stanu wojennego. Nie boi się ryzykownych ocen.
Jego spostrzeżenia mogą oburzać niejednego czytelnika. Myślę, że jest to przysłowiowe"wsadzanie kija w mrowisko", mające na celu pobudzenie do dyskusji.
       Autor dotyka także spraw tak subtelnych jak sens ludzkiego istnienia, wiara w Boga, stosunek do eutanazji. Lekko żartuje sobie z "barokowej religijności "Polaków ,
krytycznie wypowiada się o hierarchii Kościoła Katolickiego.
     Wchodzi w polemikę z krytykami literatury, swoimi kolegami pisarzami i poetami.
Ciekawa jest też jego analiza problemu tzw. Wypędzonych.


W czytaniu "Dziennika..." może przeszkadzać mentorski ton autora. Drażni postawa wielkościowa, częste sformułowania typu " my polscy inteligenci...".
Mimo tego pozycja warta jest przeczytania. Cenne, moim zdaniem, są nietuzinkowe spostrzeżenia autora i jego ,często kontrowersyjne, oceny rzeczywistości.
Podoba mi się , że próbuje burzyć mity narodowe Polaków. Takie podejście odświeża myślenie o pewnych sprawach, prowokuje do polemik.
   Chwin wspomina Cz. Miłosza, któremu brakowało sporów nt. jego twórczości.
Artysta , z którym nikt się nie spiera, nie dyskutuje, staje się martwy za życia.
"Dziennik..." Chwina odbieram  jako prowokację intelektualną do takich właśnie sporów...


Polecam inne pozycje Stefana Chwina, zwłaszcza "Dolina radości".