poniedziałek, 31 grudnia 2012
Sylwester 2012
To mój pierwszy Sylwester na blogu.
Dziękuję wszystkim , którzy mnie odwiedzili.
Nadchodzący Nowy Rok to okres radości, ale również refleksji nad tym, co minęło i nad tym, co nas czeka. Tak więc dużo optymizmu i wiary w pogodne jutro
caffe-lena
niedziela, 30 grudnia 2012
Atlas chmur reż. T.Tykwer, A. Wachowski, L. Wachowski
Film jest oparty na książce Davida Mitchella, której niestety nie przeczytałam , ale teraz wiem , że muszę szybko to nadrobić. Oglądanie tego filmu wymaga dużego skupienia uwagi, zwłaszcza na początku. Przedstawia historie ludzi , rozgrywające się w różnych epokach i miejscach. Mamy XIX -wieczne wspomnienia i futurystyczne wizje zmutowanych genetycznie istot z XXII w. Sceny z poszczególnych wydarzeń przeplatają się , zmieniamy miejsce nawet co minutę . Początkowo miałam więc uczucie chaosu , gubienia się w wątkach.
To co łączy wszystkie płaszczyzny to ci sami aktorzy. Czasem trudno ich rozpoznać, np. Hugh Grant- charakteryzacja mistrzowska, ale też styl gry aktorskiej o jaki nie podejrzewałabym tego aktora.
Ci sami aktorzy w różnych wcieleniach powodują wrażenie przenikania się wydarzeń, czasów, osób. Jakby czas nie płynął liniowo, do czego jesteśmy przyzwyczajeni . Połączenia scen nie są przypadkowe. Zachowania , związki , myśli, które widzimy w jednej przestrzeni , przenikają i wpływają na pozostałe wydarzenia. Życie jednostki nie jest ani początkiem ani końcem ciągu przyczynowo-skutkowego . ( przypomina mi to symbol kosmicznego węża , o którym pisałam w poprzednim poście). Jeden z bohaterów tak to ujmuje, że jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi, nasze ścieżki są połączone ze ścieżkami innych ludzi. A każdym naszym czynem tworzymy przyszłość , bo konsekwencje naszych słów, myśli i działania są nieśmiertelne. Może to być nawiązanie do reinkarnacji, może do istnienia jednocześnie w wielu wymiarach czasoprzestrzennych. Myślę , że ten film daje możliwość wielu interpretacji , każdy widz może się do niego odnieść przez pryzmat własnych przekonań światopoglądowych , wiary.
Czytałam też opinie , że to " filozofia z dupy, na poziomie P. Coelho. "
Ja aż tak krytyczna nie byłabym, chociaż mam wątpliwości czy forma obrazu nie przerosła jego treści. Może w książce jest więcej filozofii i przemyśleń , co podnosi wartość intelektualną dzieła - tak wnioskuję po recenzjach . Trzeba przyznać też rację krytykom filmu , że nie jest to nowa myśl filozoficzna , czy zaskakująca koncepcja bytu. Twórcy filmu postawili na przekaz za pomocą scenografii, efektów komputerowych, charakteryzacji . Efekt osiągnęli wspaniały , momentami aż przytłacza od nadmiaru wrażeń ! Jeżeli komuś nie odpowiada przesłanie filmu , to warto go obejrzeć chociażby z powodu tych walorów X Muzy. Myślę, że przełożenie tak "pokręconej" fabuły książki na ekran musiało być niełatwym wyzwaniem. Trochę zabrakło mi wyraźniejszych powiązań między wątkami , dlatego na początku nie mogłam złapać sensu. W końcu zrozumiałam , że właśnie to może być sensem samym w sobie , że nie ma w życiu prostych związków przyczynowo-skutkowych , albo że nie potrafimy ich wprost spostrzec i nazwać.
Dobrą zabawę można mieć z odgadywania , który aktor kryje się pod daną charakteryzacją. Czytałam wypowiedź , że ktoś Hugh Granta widział tylko raz :)
To prawda , że świetnie maskuje się.Kreacje Toma Hanksa też mnie zaskakiwały. Przez cały film miałam wątpliwości kogo w danej roli oglądam . Dobrze , że na koniec podana jest ściągawka z obsadą:)
Zamieszczam zwiastun , żeby zachęcić do obejrzenia filmu.
To co łączy wszystkie płaszczyzny to ci sami aktorzy. Czasem trudno ich rozpoznać, np. Hugh Grant- charakteryzacja mistrzowska, ale też styl gry aktorskiej o jaki nie podejrzewałabym tego aktora.
Ci sami aktorzy w różnych wcieleniach powodują wrażenie przenikania się wydarzeń, czasów, osób. Jakby czas nie płynął liniowo, do czego jesteśmy przyzwyczajeni . Połączenia scen nie są przypadkowe. Zachowania , związki , myśli, które widzimy w jednej przestrzeni , przenikają i wpływają na pozostałe wydarzenia. Życie jednostki nie jest ani początkiem ani końcem ciągu przyczynowo-skutkowego . ( przypomina mi to symbol kosmicznego węża , o którym pisałam w poprzednim poście). Jeden z bohaterów tak to ujmuje, że jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi, nasze ścieżki są połączone ze ścieżkami innych ludzi. A każdym naszym czynem tworzymy przyszłość , bo konsekwencje naszych słów, myśli i działania są nieśmiertelne. Może to być nawiązanie do reinkarnacji, może do istnienia jednocześnie w wielu wymiarach czasoprzestrzennych. Myślę , że ten film daje możliwość wielu interpretacji , każdy widz może się do niego odnieść przez pryzmat własnych przekonań światopoglądowych , wiary.
Czytałam też opinie , że to " filozofia z dupy, na poziomie P. Coelho. "
Ja aż tak krytyczna nie byłabym, chociaż mam wątpliwości czy forma obrazu nie przerosła jego treści. Może w książce jest więcej filozofii i przemyśleń , co podnosi wartość intelektualną dzieła - tak wnioskuję po recenzjach . Trzeba przyznać też rację krytykom filmu , że nie jest to nowa myśl filozoficzna , czy zaskakująca koncepcja bytu. Twórcy filmu postawili na przekaz za pomocą scenografii, efektów komputerowych, charakteryzacji . Efekt osiągnęli wspaniały , momentami aż przytłacza od nadmiaru wrażeń ! Jeżeli komuś nie odpowiada przesłanie filmu , to warto go obejrzeć chociażby z powodu tych walorów X Muzy. Myślę, że przełożenie tak "pokręconej" fabuły książki na ekran musiało być niełatwym wyzwaniem. Trochę zabrakło mi wyraźniejszych powiązań między wątkami , dlatego na początku nie mogłam złapać sensu. W końcu zrozumiałam , że właśnie to może być sensem samym w sobie , że nie ma w życiu prostych związków przyczynowo-skutkowych , albo że nie potrafimy ich wprost spostrzec i nazwać.
Dobrą zabawę można mieć z odgadywania , który aktor kryje się pod daną charakteryzacją. Czytałam wypowiedź , że ktoś Hugh Granta widział tylko raz :)
To prawda , że świetnie maskuje się.Kreacje Toma Hanksa też mnie zaskakiwały. Przez cały film miałam wątpliwości kogo w danej roli oglądam . Dobrze , że na koniec podana jest ściągawka z obsadą:)
Zamieszczam zwiastun , żeby zachęcić do obejrzenia filmu.
sobota, 29 grudnia 2012
Grimpow .Sekret ośmiu mędrców , Rafael Abalos
Historia Templariuszy, legendy związane z zakonem i tajemnica unosząca się nad skarbem przywiezionym z Jerozolimy, to temat , wydawałoby się , nadal nośny. Z zaciekawieniem sięgnęłam po tę książkę, zwłaszcza , że recenzja na okładce sugeruje , że to " drugie Imię róży". Po przeczytaniu Grimpow... przekonałam się , że Imię róży jest tylko jedno.
Akcja powieści Grimpow...toczy się w 1313 r., czyli w czasie likwidacji zakonu Templariuszy przez Filipa IV Pięknego.
Zaczyna się dość ciekawie i tajemniczo. Otóż jest zima , góry , w pobliżu opactwa dwóch włóczęgów znajduje zwłoki mężczyzny, który ma przy sobie kilka dziwnych przedmiotów , w tym kamień o tajemniczych właściwościach. Na młodego chłopca - Grimpowa, kamień zaczyna w dziwny sposób oddziałowywać. Otwiera jego umysł na wiedzę , jakiej do tej pory nie posiadał, rozumie obce języki, widzi przeszłość. Czuje , że kamień jest jego przeznaczeniem , popycha go do wyjaśnienia tajemnicy. Łatwo się domyślić , że kamień ten to lapis philosophorum , jeden z legendarnych skarbów , zdobytych w Jerozolimie przez Templariuszy .
W powieści poruszone są dwa aspekty kamienia filozoficznego. Zewnętrzny, dotyczący transmutacji metali w złoto , oraz wewnętrzny- mówiący o transformacji duchowej. Złoto ma wówczas charakter symboliczny , oznacza wewnętrzną przemianę , oświecenie i nieśmiertelność.
Grimpow przez kilka miesięcy studiuje w opactwie tajemne księgi, uczy się podstaw alchemii.Jednym słowem, jest przygotowywany przez "wtajemniczone " osoby do wypełnienia misji . To jest , moim zdaniem , najciekawsza część powieści, bo rozbudza nadzieje w czytelniku , że dalej może być jeszcze bardziej tajemniczo. Liczyłam na to , że autor książki odkryje przede mną coś , czego jeszcze nie wiem o rzekomym skarbie Templariuszy. Właściwie w powieści jest wszystko co trzeba - tajemnicze średniowiecze, opactwo na pustkowiu, groza , zamki kryjące zagadki, pułapki. Niestety, fabuła jest przedstawiona banalnie , dialogi są naiwne , postaci płaskie, a rozwiązywanie trudności przez bohaterów- do bólu przewidywalne.
Zakończenie jest przypieczętowaniem tego , co w książce najsłabsze. Po wielu trudach Grimpow odkrywa znaczenie kamienia filozoficznego. Liczyłam na coś bardziej spektakularnego , a tu okazuje się , że kręcimy się w kółko i nic nowego autor nie potrafił już wymyślić.
Moja refleksja po przeczytaniu Grimpow...jest taka , że temat Templariuszy został już w literaturze wyeksploatowany . Jest mnóstwo powieści, które obracają w kółko legendę o skarbie , Świętym Graalu, Arce Przymierza i potomstwie Jezusa .
Trudno stworzyć ciekawą powieść , skoro nowych faktów przecież nie przybywa :)
Zabierając się za Grimpow. Sekret ośmiu mędrców miałam ( naiwnie) nadzieję, że powieść poruszy moją wyobraźnię w nowym kierunku. Niestety, pomimo kilku ciekawostek , książka jest dość banalna.
A może jestem zbyt krytyczna? Może nie jestem właściwym adresatem?
Myślę , że może to być ciekawa powieść przygodowa dla młodzieży .
Ale... żeby nie mówić o samych negatywach - ciekawy jest symbol , przedstawiony na okładce i pojawiający się w fabule. Jest to Uroboros- wąż , trzymający pysku własny ogon. Ciągle go pożera i jednocześnie odradza się . Symbolizuje doskonałość kosmosu , ciągłość życia we wszechświecie, wieczną destrukcję i odradzanie się. Wąż pokazuje , że koniec rzeczy jest jednocześnie jej początkiem. Był też symbolem alchemii, kamieniem filozoficznym. Nawiązanie do Uroborosa pojawiało się już w literaturze, choćby u Dana Browna. W Grimpow...jest on ciekawie wpleciony w fabułę.
Akcja powieści Grimpow...toczy się w 1313 r., czyli w czasie likwidacji zakonu Templariuszy przez Filipa IV Pięknego.
Zaczyna się dość ciekawie i tajemniczo. Otóż jest zima , góry , w pobliżu opactwa dwóch włóczęgów znajduje zwłoki mężczyzny, który ma przy sobie kilka dziwnych przedmiotów , w tym kamień o tajemniczych właściwościach. Na młodego chłopca - Grimpowa, kamień zaczyna w dziwny sposób oddziałowywać. Otwiera jego umysł na wiedzę , jakiej do tej pory nie posiadał, rozumie obce języki, widzi przeszłość. Czuje , że kamień jest jego przeznaczeniem , popycha go do wyjaśnienia tajemnicy. Łatwo się domyślić , że kamień ten to lapis philosophorum , jeden z legendarnych skarbów , zdobytych w Jerozolimie przez Templariuszy .
W powieści poruszone są dwa aspekty kamienia filozoficznego. Zewnętrzny, dotyczący transmutacji metali w złoto , oraz wewnętrzny- mówiący o transformacji duchowej. Złoto ma wówczas charakter symboliczny , oznacza wewnętrzną przemianę , oświecenie i nieśmiertelność.
Grimpow przez kilka miesięcy studiuje w opactwie tajemne księgi, uczy się podstaw alchemii.Jednym słowem, jest przygotowywany przez "wtajemniczone " osoby do wypełnienia misji . To jest , moim zdaniem , najciekawsza część powieści, bo rozbudza nadzieje w czytelniku , że dalej może być jeszcze bardziej tajemniczo. Liczyłam na to , że autor książki odkryje przede mną coś , czego jeszcze nie wiem o rzekomym skarbie Templariuszy. Właściwie w powieści jest wszystko co trzeba - tajemnicze średniowiecze, opactwo na pustkowiu, groza , zamki kryjące zagadki, pułapki. Niestety, fabuła jest przedstawiona banalnie , dialogi są naiwne , postaci płaskie, a rozwiązywanie trudności przez bohaterów- do bólu przewidywalne.
Zakończenie jest przypieczętowaniem tego , co w książce najsłabsze. Po wielu trudach Grimpow odkrywa znaczenie kamienia filozoficznego. Liczyłam na coś bardziej spektakularnego , a tu okazuje się , że kręcimy się w kółko i nic nowego autor nie potrafił już wymyślić.
Moja refleksja po przeczytaniu Grimpow...jest taka , że temat Templariuszy został już w literaturze wyeksploatowany . Jest mnóstwo powieści, które obracają w kółko legendę o skarbie , Świętym Graalu, Arce Przymierza i potomstwie Jezusa .
Trudno stworzyć ciekawą powieść , skoro nowych faktów przecież nie przybywa :)
Zabierając się za Grimpow. Sekret ośmiu mędrców miałam ( naiwnie) nadzieję, że powieść poruszy moją wyobraźnię w nowym kierunku. Niestety, pomimo kilku ciekawostek , książka jest dość banalna.
A może jestem zbyt krytyczna? Może nie jestem właściwym adresatem?
Myślę , że może to być ciekawa powieść przygodowa dla młodzieży .
![]() |
XV - wieczne wyobrażenie Uroborosa źródło: wikipedia |
Ale... żeby nie mówić o samych negatywach - ciekawy jest symbol , przedstawiony na okładce i pojawiający się w fabule. Jest to Uroboros- wąż , trzymający pysku własny ogon. Ciągle go pożera i jednocześnie odradza się . Symbolizuje doskonałość kosmosu , ciągłość życia we wszechświecie, wieczną destrukcję i odradzanie się. Wąż pokazuje , że koniec rzeczy jest jednocześnie jej początkiem. Był też symbolem alchemii, kamieniem filozoficznym. Nawiązanie do Uroborosa pojawiało się już w literaturze, choćby u Dana Browna. W Grimpow...jest on ciekawie wpleciony w fabułę.
piątek, 28 grudnia 2012
Boże Narodzenie w Górach Świętokrzyskich
![]() |
św. Katarzyna - rzeźba stoi obok klasztoru |
![]() |
domek , w którym mieszkaliśmy |
Do szczęścia brakowało nam trochę więcej śniegu i zdrowia , bo mąż był mocno przeziębiony.
W Wigilie było mglisto, co odbiło się na jakości zdjęć.
Pierwszy klasztor oo. Bernardynów ku czci Trójcy Świętej i św. Katarzyny powstał na tym miejscu w XV w. Legendarną figurkę świętej miał na te tereny sprowadzić z Ziemi Świętej rycerz Władysława Jagiełły. Siostry Bernardynki sprowadziły się tu w 1815 r.
![]() |
klasztor ss. Bernardynek w Świętej Katarzynie |
![]() |
wnętrze klasztoru ss. Bernardynek |
![]() |
piękno przydrożnych kapliczek A oto wejście do Świętokrzyskiego Parku Narodowego i szlak na Łysicę |
![]() |
kapliczka św. Franciszka - przy szlaku na Łysicę![]() |
![]() |
źródełko św. Franciszka - obok kapliczki , powstało z łez wylanych w wyniku nieszczęśliwej miłości |
![]() |
źródełko i moja córka - mgła dodawała magii temu miejscu |
![]() |
ruiny XIV- wiecznego zamku w pobliskim Bodzentynie |
![]() |
otoczenie ruin zamku- zrobiłam fotkę , bo też wyglądały jak ...zabytek |
![]() |
Święty Krzyż - klasztor oo. Oblatów na Łysej Górze - widok od strony Drogi Królewskiej |
![]() |
Święty Krzyż - widok od strony głównego wejścia |
![]() |
stajenka na Świętym Krzyżu |
![]() |
ołtarz główny na Świętym Krzyżu |
![]() |
Relikwia Świętego Krzyża- podarowana przez Emeryka, syna św. Stefana Benedyktynom , którzy wówczas zajmowali klasztor na Łysej Górze. |
![]() |
Freski w krużgankach klasztoru . |

Schodząc drogą od klasztoru w stronę parkingu , trzeba koniecznie zajrzeć na punkt widokowy. Latem można tam podziwiać gołoborza, zimą wszystko jest zasypane śniegiem. Po drodze mija się wał kultowy - miejsce pogańskiego kultu bogów
Łada, Boda i Leli.
Widok na gołoborza obsypane śniegiem , w dole panorama wsi świętokrzyskich.
Góry Świętokrzyskie to świetny rejon Polski dla miłośników ruin zamków, tropicieli średniowiecznych legend i historii z czarownicami w tle.
piątek, 21 grudnia 2012
21 grudnia 2012 czyli każdy ma swój koniec świata
Podobno Koniec Świata to święto ruchome. Szkoda , że nie jest to dzień wolny od pracy. W tym roku wypada w piątek, więc moglibyśmy zrobić sobie długi weekend:)
Beata Pawlikowska uważa, że koniec świata to choroba emocji, która zawładnęła duszami i umysłami ludzi ,mieszkańców tzw. świata zachodniego.
Człowiek zerwał kontakt ze Źródłem , z którego wszyscy pochodzimy , czyli z Bogiem , Naturą , czy jak Je nazwiemy.
Skutkiem tego jest utrata poczucia bezpieczeństwa i sensu naszej egzystencji.
Taki świat, naznaczony cierpieniem ,musi się skończyć. Czy wystarczą jednak nasze chęci, próby wewnętrznej przemiany?
A może koniec świata nie zależy od nas - ludzi, nawet w najmniejszym stopniu . Może, jak twierdzili m.in.Sumerowie , jesteśmy eksperymentem genetycznym, prowadzonym przez Obcych. Tak jak niszczyli poprzednie , nieudane próby tworzenia, tak może teraz postanowili zniszczyć nas. Trzeba przyznać , że człowiek w obecnej postaci doskonały nie jest, więc wymaga poprawek.
Pozostaje nam mieć nadzieję, że 21 grudnia 2012 roku przeminie jak każdy inny dzień , a opowieści o końcu świata będziemy mogli potraktować tak jak na obrazku obok.
Jedno jest pewne - każdy z nas będzie miał kiedyś swój osobisty koniec świata.
W dzień końca świata
Beata Pawlikowska uważa, że koniec świata to choroba emocji, która zawładnęła duszami i umysłami ludzi ,mieszkańców tzw. świata zachodniego.
Człowiek zerwał kontakt ze Źródłem , z którego wszyscy pochodzimy , czyli z Bogiem , Naturą , czy jak Je nazwiemy.
Skutkiem tego jest utrata poczucia bezpieczeństwa i sensu naszej egzystencji.
Taki świat, naznaczony cierpieniem ,musi się skończyć. Czy wystarczą jednak nasze chęci, próby wewnętrznej przemiany?
A może koniec świata nie zależy od nas - ludzi, nawet w najmniejszym stopniu . Może, jak twierdzili m.in.Sumerowie , jesteśmy eksperymentem genetycznym, prowadzonym przez Obcych. Tak jak niszczyli poprzednie , nieudane próby tworzenia, tak może teraz postanowili zniszczyć nas. Trzeba przyznać , że człowiek w obecnej postaci doskonały nie jest, więc wymaga poprawek.
Pozostaje nam mieć nadzieję, że 21 grudnia 2012 roku przeminie jak każdy inny dzień , a opowieści o końcu świata będziemy mogli potraktować tak jak na obrazku obok.
Jedno jest pewne - każdy z nas będzie miał kiedyś swój osobisty koniec świata.
Powtarzając za Miłoszem- innego końca świata nie będzie...
Koniec świata
W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.
wtorek, 18 grudnia 2012
Świąteczny przebój Trójki
Artur Andrus i Dorota Miśkiewicz na świątecznej płycie radiowej Trójki .
Jazzowy prezent dla Dzieciątka , które ma dość folku...
Muzycy z najwyższej półki, cel nagrania płyty - chwalebny.
W rytm tej nowej "pastorałki" zamierzam spędzić Boże Narodzenie w Górach Świętokrzyskich.
Jazzowy prezent dla Dzieciątka , które ma dość folku...
Muzycy z najwyższej półki, cel nagrania płyty - chwalebny.
W rytm tej nowej "pastorałki" zamierzam spędzić Boże Narodzenie w Górach Świętokrzyskich.
sobota, 8 grudnia 2012
"Młyn i krzyż" , czyli droga krzyżowa wg. Lecha Majewskiego
Pieter Bruegel, podobnie jak Hieronim Bosch, to malarze , których obrazy robią na mnie duże wrażenie.
Dlatego z wielkim zapałem zasiadłam do filmu "Młyn i krzyż" w reż. Lecha Majewskiego.
Scenariusz filmu jest oparty na eseju amerykańskiego historyka sztuki Michaela Gibsona.Jest to forma animacji znanego obrazu Pietera Bruegla " Droga Krzyżowa".
Reżyser pochyla się z lupą nad postaciami i wydarzeniami przedstawionymi na obrazie , dokładając do nich narrację.
Ogólnym tematem jest życie we Flandrii roku 1563, będącej pod panowaniem hiszpańskim.Bruegel (Rutger Hauer) planuje namalować obraz. Przygląda się mieszkańcom, robi szkice , tłumaczy rozmieszczenie planu i symbolikę postaci.
Widzimy zwykłe, codzienne życie wieśniaków, ich biedę, prześladowanie heretyków, okrutne egzekucje. Dowiadujemy się (niestety) do czego służyło koło , widoczne z prawej strony obrazu Bruegla.
W filmie nie ma fabuły, jest to raczej kalejdoskop scen ,przesuwających się przed oczami widza.
Od początku przykuwa uwagę cisza panująca w filmie. Dialogi ograniczone są do niezbędnego minimum, są tylko formą komentarza do tego co widz ogląda. Najważniejsze są zdjęcia, które tworzą magię tego filmu.
Czułam się jak Alicja przechodząca na drugą stronę lustra. Z tą różnicą , że lustrem jest płótno obrazu. Nie miałam poczucia , że oglądam film , tylko ,że wchodzę w magicznie ożywiony świat wg. Bruegla. Sceny, dopracowane z wielką dbałością o szczegóły ,zapierały mi dech w piersiach. Nie chcę , żeby wyglądało to na egzaltację , na prawdę oglądałam ten film na wstrzymanym oddechu.
Aktorzy są postaciami jakby namalowanymi ręką mistrza. Charlotte Rampling grająca rolę Matki Boskiej nie jest zwykłą odtwórczynią roli , jaką znamy z filmów pokazywanych w TV w okresie świątecznym. Ona po prosty j e s t Pietą, cierpiącą , skupioną na tajemnicy, której jest świadkiem.
Twórcom filmu udało się pokazać artyzm mistrza Bruegla, który słynął z malowania pejzaży.Krajobrazy sprawiają wrażenie namalowanych. Wiernie oddane są kolory, światło, klimat obrazów. Czasami ma się wrażenie , że widać pociągnięcia pędzla.Wykorzystanie współczesnej techniki w połączeniu z miłością do sztuki dało wspaniały efekt.
Lech Majewski o procesie tworzenia tego filmu tak powiedział:
"Wykonana praca może być porównana do tkania ogromnego cyfrowego gobelinu zbudowanego z wielowarstwowych perspektyw, zjawisk atmosferycznych i ludzi".
Czytałam krytyczne opinie na temat filmu "Młyn i krzyż". Stawiane są zarzuty , że banalna fabuła, , że nic odkrywczego, że wydumane - dla pseudointelektualistów
( cokolwiek to znaczy) .
Recenzenci( np . na Filmweb) , obok krytyki filmu, obrażają dodatkowo widzów, którzy mają odmienne zdanie.
Zapominają chyba po co jest sztuka , dlaczego jedni ludzie coś tworzą , a inni to oglądają?
Moim zdaniem sztuka ma wywołać określone emocje,ma poruszyć w odbiorcy schowaną gdzieś głęboko strunę. Jest to sprawa subiektywna , a nawet czasami intymna. Emocje nie podlegają normom, ramom. Każdy człowiek rezonuje na inny rodzaj sztuki, bo każdemu coś innego w duszy gra.
Film Lecha Majewskiego "Młyn i krzyż"jest właśnie obrazem oddziałowującym na emocje. Nie ma po co kombinować nad nim- czy dobry , czy banalny. Należy go chłonąć zmysłami , przeżywać.
W mojej duszy własnie taka sztuka gra...
sobota, 1 grudnia 2012
Daniel Passent " Passa"
Ostatnio popularne jest pisanie wspomnień. Wiele znanych osób chętnie opisuje swoją ,bogatą w ciekawe wydarzenia ,przeszłość,chwaląc się "kto z kim i kiedy".Czytając takie książki zawsze zastanawiam się jaką one mają wartość merytoryczną?Wspomnienia , pisane po latach , zniekształcone są przez ubytki w pamięci , upływ czasu, który często powoduje idealizację przeszłości.Można wykreować swoją osobę zgodnie z potrzebami. Nie koniecznie musi to być za pomocą kłamstwa , ale choćby odpowiedniego rozkładania akcentów.
Mimo tych zastrzeżeń często daję się skusić na przeczytanie tego typu wspomnień, mając nadzieję , że dowiem się czegoś nowego i ciekawego.
Tym razem w ręce wpadła mi Passa Daniela Passenta.
Już sam tytuł zwraca uwagę - jest to ciekawe połączenie nazwiska znanego felietonisty z dobrą passą , jaka towarzyszyła mu w życiu.
Jako żydowskie dziecko ,przeżył wojnę , ukrywany przez polską rodzinę .Po wojnie opiekował się nim wujek. Był to ideowy komunista, wysoko postawiony w strukturze powojennej władzy. I tu pojawia się moja trudność w ustosunkowaniu się do osoby autora. Niemożliwe jest mówienie o życiorysach , karierach z okresu PRL-u , bez dotknięcia kontekstu politycznego. Daniel Passent próbuje odcinać się od polityki, często zaznacza , że nigdy go nie interesowała. Trudno w to uwierzyć. Był w układy polityczne uwikłany poprzez swoją rodzinę i pracę. Niewątpliwie ułatwiło mu to karierę zawodową, zagraniczne studia( o czym większa część społeczeństwa mogła tylko pomarzyć). Ale może nie ma w tym nic złego ? W końcu świat tak jest urządzony i nikt nie powiedział, że ma być sprawiedliwie.
Przez połowę książki autor chowa się za suchymi faktami , datami i nazwiskami. A szkoda, bo bardziej interesowałyby mnie jego obserwacje, poglądy , refleksje na temat rzeczywistości w jakiej przyszło mu żyć i pracować. Przyznaję , że czułam się znudzona i miałam ochotę nie czytać dalej, ale w drugiej połowie książki sytuacja trochę się poprawia. Pojawia się więcej osobistych przemyśleń, bardziej odważnego dzielenia się własnymi opiniami.Passent opowiada o kulisach swoich wywiadów ze sławnymi osobami , o swojej znajomości z Jerzym Kosińskim i o działalności kabaretowej.
Dużo miejsca zajmują wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, osobie fascynującej a jednocześnie bardzo trudnej w codziennym życiu.Jest to chyba najbardziej intymna część książki i dla mnie najciekawsza.
Dość smutne , ale i prawdziwe, wydały mi się refleksje Passenta nt. upadającej sztuki pisania felietonów. Paradoksalnie , cenzura była sprzymierzeńcem dla tego gatunku, który jest trochę puszczaniem oka do czytelnika. Teraz można pisać wszystko wprost. Coraz mniej jest mrugania okiem, a coraz więcej wsadzania palca w oko.
Czy polecam tę książkę ? Nie wiem...Ja mam już przesyt wspomnień o karierach rodem z PRL-u.
Mimo tych zastrzeżeń często daję się skusić na przeczytanie tego typu wspomnień, mając nadzieję , że dowiem się czegoś nowego i ciekawego.
Tym razem w ręce wpadła mi Passa Daniela Passenta.
Już sam tytuł zwraca uwagę - jest to ciekawe połączenie nazwiska znanego felietonisty z dobrą passą , jaka towarzyszyła mu w życiu.
Jako żydowskie dziecko ,przeżył wojnę , ukrywany przez polską rodzinę .Po wojnie opiekował się nim wujek. Był to ideowy komunista, wysoko postawiony w strukturze powojennej władzy. I tu pojawia się moja trudność w ustosunkowaniu się do osoby autora. Niemożliwe jest mówienie o życiorysach , karierach z okresu PRL-u , bez dotknięcia kontekstu politycznego. Daniel Passent próbuje odcinać się od polityki, często zaznacza , że nigdy go nie interesowała. Trudno w to uwierzyć. Był w układy polityczne uwikłany poprzez swoją rodzinę i pracę. Niewątpliwie ułatwiło mu to karierę zawodową, zagraniczne studia( o czym większa część społeczeństwa mogła tylko pomarzyć). Ale może nie ma w tym nic złego ? W końcu świat tak jest urządzony i nikt nie powiedział, że ma być sprawiedliwie.
Przez połowę książki autor chowa się za suchymi faktami , datami i nazwiskami. A szkoda, bo bardziej interesowałyby mnie jego obserwacje, poglądy , refleksje na temat rzeczywistości w jakiej przyszło mu żyć i pracować. Przyznaję , że czułam się znudzona i miałam ochotę nie czytać dalej, ale w drugiej połowie książki sytuacja trochę się poprawia. Pojawia się więcej osobistych przemyśleń, bardziej odważnego dzielenia się własnymi opiniami.Passent opowiada o kulisach swoich wywiadów ze sławnymi osobami , o swojej znajomości z Jerzym Kosińskim i o działalności kabaretowej.
Dużo miejsca zajmują wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, osobie fascynującej a jednocześnie bardzo trudnej w codziennym życiu.Jest to chyba najbardziej intymna część książki i dla mnie najciekawsza.
Dość smutne , ale i prawdziwe, wydały mi się refleksje Passenta nt. upadającej sztuki pisania felietonów. Paradoksalnie , cenzura była sprzymierzeńcem dla tego gatunku, który jest trochę puszczaniem oka do czytelnika. Teraz można pisać wszystko wprost. Coraz mniej jest mrugania okiem, a coraz więcej wsadzania palca w oko.
Czy polecam tę książkę ? Nie wiem...Ja mam już przesyt wspomnień o karierach rodem z PRL-u.
Tobiasz W. Lipny Brukselska misja
Brukselska misja to III część przygód naukowca, historyka sztuki- Karola ...ski.Jest to opowiastka sensacyjna, napisana w tonie z lekka żartobliwym.
Autor sam mówi o swoich książkach, że ma to być literatura "do pociągu"i niestety , taka jest.Szkoda , że Lipny nie ma większych aspiracji literackich. Nie można mu odmówić talentu pisarskiego i erudycji. Mam wrażenie , że autor idzie na łatwiznę, pisząc takie krótkie czytadełka.Gdyby trochę wysilił się , to mogłyby powstać ciekawe powieści sensacyjne,ubarwione wstawkami z dziedziny sztuki
( co bardzo lubię), przyprawione(żeby nie powiedzieć 'dopieprzone 'erotyką).
Brakuje mi w jego książkach pogłębienia wizerunku postaci, rozbudowania wątków. Czyli ogólnie - przeszkadza mi skrótowość formy.Czytelnik angażuje się w poważnie zapowiadającą się sprawę, a tu zaraz koniec książki i uczucie niedosytu.
Autor sam mówi o swoich książkach, że ma to być literatura "do pociągu"i niestety , taka jest.Szkoda , że Lipny nie ma większych aspiracji literackich. Nie można mu odmówić talentu pisarskiego i erudycji. Mam wrażenie , że autor idzie na łatwiznę, pisząc takie krótkie czytadełka.Gdyby trochę wysilił się , to mogłyby powstać ciekawe powieści sensacyjne,ubarwione wstawkami z dziedziny sztuki
( co bardzo lubię), przyprawione(żeby nie powiedzieć 'dopieprzone 'erotyką).
Brakuje mi w jego książkach pogłębienia wizerunku postaci, rozbudowania wątków. Czyli ogólnie - przeszkadza mi skrótowość formy.Czytelnik angażuje się w poważnie zapowiadającą się sprawę, a tu zaraz koniec książki i uczucie niedosytu.
piątek, 30 listopada 2012
Ken Follett Filary ziemi
Książki Kena Folletta kojarzyły mi się do tej pory z tematyką sensacyjną. Tym razem autor mnie zaskoczył. Filary ziemi to powieść historyczno - przygodowa. Akcja rozgrywa się w XII wiecznej Anglii, targanej wewnętrznymi walkami o tron.
Bardzo ciekawie pokazany jest przekrój ówczesnego społeczeństwa, surowość życia . Brak poszanowania dla wartości życia ludzkiego, przerażające okrucieństwo.
Rządy nad światem średniowiecznym podzielone były między możnowładców i hierarchów Kościoła katolickiego.Powieść pokazuje intrygi, przekupstwo, bezwzględną walkę o władzę, wpływy i majątek.
Ciekawy jest wątek , wokół którego skupia się życie głównych bohaterów - budowa katedry, bo XII wiek to powstawanie nowego stylu w architekturze sakralnej , poszukiwanie nowych rozwiązań.
Autor nie stworzył postaci o skomplikowanych , wielowymiarowych psychikach. Podzielił ich prosto - na "tych dobrych" i na czarne charaktery. Główne wątki to nieustająca walka między dobrem a złem .
Przez 800 stron powieści wygrani i przegrani wielokrotnie zamieniają się miejscami, obmyślanie nowych intryg zdaje się nie mieć końca. Emocjonalne angażowanie się czytelnika w rozgrywki bohaterów staje się więc w końcu trochę męczące.
Jest to powieść dla ludzi o mocnych nerwach, odpornych na opisy okrucieństwa, mordów, gwałtów.Wśród bohaterów nie brak prawdziwych sadystów, nie przebierających w metodach.
Najmocniejszą stroną powieści jest ciekawe tło historyczne, społeczne. W fabułę wpleciona jest scena zamordowania Thomasa Becketa , arcybiskupa Canterbury.Przerażający opis tego wydarzenia oparty jest na przekazach historycznych.
Powieść pozostawiła we mnie otwarte pytanie o granice moralności , uczciwości. I nie chodzi mi tu o drobne grzeszki maluczkich, ale o konflikty wielkich tego świata - władzy świeckiej i kościelnej. Obie strony miały na uwadze wyłącznie własne interesy, a religia to była chyba ostatnia sprawa jaka zaprzątała głowę hierarchów.
Na postawie książki powstał serial, dobrze zrobiony , świetnie oddający realia średniowiecznego świata.
Tom II pt. Świat bez końca- w trakcie czytania.
Bardzo ciekawie pokazany jest przekrój ówczesnego społeczeństwa, surowość życia . Brak poszanowania dla wartości życia ludzkiego, przerażające okrucieństwo.
Rządy nad światem średniowiecznym podzielone były między możnowładców i hierarchów Kościoła katolickiego.Powieść pokazuje intrygi, przekupstwo, bezwzględną walkę o władzę, wpływy i majątek.
Ciekawy jest wątek , wokół którego skupia się życie głównych bohaterów - budowa katedry, bo XII wiek to powstawanie nowego stylu w architekturze sakralnej , poszukiwanie nowych rozwiązań.
Autor nie stworzył postaci o skomplikowanych , wielowymiarowych psychikach. Podzielił ich prosto - na "tych dobrych" i na czarne charaktery. Główne wątki to nieustająca walka między dobrem a złem .
Przez 800 stron powieści wygrani i przegrani wielokrotnie zamieniają się miejscami, obmyślanie nowych intryg zdaje się nie mieć końca. Emocjonalne angażowanie się czytelnika w rozgrywki bohaterów staje się więc w końcu trochę męczące.
Jest to powieść dla ludzi o mocnych nerwach, odpornych na opisy okrucieństwa, mordów, gwałtów.Wśród bohaterów nie brak prawdziwych sadystów, nie przebierających w metodach.
![]() |
Śmierć Thomasa Becketa wg. Tommaso Dolabella |
Powieść pozostawiła we mnie otwarte pytanie o granice moralności , uczciwości. I nie chodzi mi tu o drobne grzeszki maluczkich, ale o konflikty wielkich tego świata - władzy świeckiej i kościelnej. Obie strony miały na uwadze wyłącznie własne interesy, a religia to była chyba ostatnia sprawa jaka zaprzątała głowę hierarchów.
Na postawie książki powstał serial, dobrze zrobiony , świetnie oddający realia średniowiecznego świata.
Tom II pt. Świat bez końca- w trakcie czytania.
poniedziałek, 19 listopada 2012
Tabletki z krzyżykiem aplikowane przez Szymona Hołownię
Tabletki z krzyżykiem to lek starej generacji , łatwo dostępny , tani , niestety,ma dużo działań niepożądanych. Ból głowy mi po nich przechodzi , ale złe samopoczucie pozostaje. Podobnie czułam się po przeczytaniu książki Szymona Hołowni. Napisana lekkim, zabawnym językiem. Trochę w stylu "patrzcie jaki jestem równiacha , nie wymądrzam się , chociaż miałbym ku temu powody".
Autor zadaje wiele ciekawych pytań z zakresu religii. Niestety , rozwinięcia tematów nie satysfakcjonowały mnie. Nie dowiedziałam się niczego nowego, lektura nie pobudziła mnie do głębszych rozważań.Nie chcę przez to powiedzieć , że o religii należy mówić tylko patetycznym językiem. Wzorem dla mnie jest ks. Tischner, który potrafił żartować , ale nie pomniejszało to głębokiej wartości jego tekstów.
Obawiam się , że na ocenę książki miał wpływ mój niechętny stosunek do samego autora. Nie przepadałam za jego felietonami w Newsweeku, nie odpowiadały mi jego wypowiedzi w mediach.
Wypada napisać też coś pozytywnego o Tabletkach..., bo w końcu nie oceniam tej książki jako całkiem nieciekawej. Podobał mi się rozdział o poczuciu humoru Pana Boga. Jeśli do Boga dociera z ziemskiego padołu (bo chyba jakaś łączność jest) następujący dowcip , to czy Bóg obraża się o to, czy też się śmieje?
A dowcip jest taki :
Oto Jezus wita u bram Nieba starszego człowieka. Ten zwierza Mu się , że był rzemieślnikiem, całe życie zajmował się obróbką drewna. Miał też syna , który tak naprawdę nie był jego synem , a na dodatek opuścił go w młodym wieku.
- Tata? - pyta zaskoczony Jezus.
-Pinokio?! - odpowiada zdumiony starzec.:-)
Autor zadaje wiele ciekawych pytań z zakresu religii. Niestety , rozwinięcia tematów nie satysfakcjonowały mnie. Nie dowiedziałam się niczego nowego, lektura nie pobudziła mnie do głębszych rozważań.Nie chcę przez to powiedzieć , że o religii należy mówić tylko patetycznym językiem. Wzorem dla mnie jest ks. Tischner, który potrafił żartować , ale nie pomniejszało to głębokiej wartości jego tekstów.
Obawiam się , że na ocenę książki miał wpływ mój niechętny stosunek do samego autora. Nie przepadałam za jego felietonami w Newsweeku, nie odpowiadały mi jego wypowiedzi w mediach.
Wypada napisać też coś pozytywnego o Tabletkach..., bo w końcu nie oceniam tej książki jako całkiem nieciekawej. Podobał mi się rozdział o poczuciu humoru Pana Boga. Jeśli do Boga dociera z ziemskiego padołu (bo chyba jakaś łączność jest) następujący dowcip , to czy Bóg obraża się o to, czy też się śmieje?
A dowcip jest taki :
Oto Jezus wita u bram Nieba starszego człowieka. Ten zwierza Mu się , że był rzemieślnikiem, całe życie zajmował się obróbką drewna. Miał też syna , który tak naprawdę nie był jego synem , a na dodatek opuścił go w młodym wieku.
- Tata? - pyta zaskoczony Jezus.
-Pinokio?! - odpowiada zdumiony starzec.:-)
niedziela, 11 listopada 2012
Alina Szapocznikow
Od 7 października 2012 do 28 stycznia 2013 r. w MoMA - Museum of Modern Art w Nowym Jorku odbywa się wystawa prac polskiej rzeźbiarki - Aliny Szapocznikow.
Urodziła się w Kaliszu w 1926 r.
Jej życie naznaczone było trudnymi doświadczeniami wojennymi.Była w getcie pabianickim i łódzkim. Przeżyła 3 obozy koncentracyjne.
Trauma wojenna zostawiła swój ślad w psychice chyba wszystkim , którzy ją przeżyli. U Szapocznikow znalazła ona odzwierciedlenie w jej sztuce.
Po wojnie wyjechała do Pragi , gdzie praktykowała w pracowni rzeźbiarza Otokara Velimskiego. Podjęła też naukę w Wyższej Szkole Artystyczno - Przemysłowej.
Od 1947 r. studiowała w Paryżu , jednak choroba zmusiła ja do przerwania nauki i powrotu do Polski.
Próbowała tworzyć , włączając się w obowiązujący nurt socrealizmu. Jako nieznana rzeźbiarka zaistniała w II Ogólnopolskiej Wystawie Plastycznej Zachęta '51 , zdobywając wyróżnienie za rzeźbę Pokój. Pracowała przy rekonstrukcji rzeźb na starówce w Warszawie, startowała w konkursach na socjalistyczne pomniki.
Jej sztuka nabiera zupełnie innego charakteru od rzeźby Ekshumowany , poświęconej węgierskiemu działaczowi opozycyjnemu.O zmianie obszaru zainteresowań świadczą następne jej prace - Maria Magdalena , Pieta.
Od 1963 r. mieszkała już na stałe w Paryżu.
Zaczęła tworzyć głównie z materiałów poliestrowych .Szukała nowej formy, nowej ekspresji dla wyrażenia dramatu , zmysłowości. Jej rzeźby stają się próbą utrwalania tego co nietrwałe , czyli ciała.
Pokazują kruchość ciała , a co za tym idzie , kruchość człowieka .
W 1965 r . dostała nagrodę Fundacji Copley za rzeźbę Goldfinger. Przedstawia ona szczątki kobiecych nóg , uwięzionych przez maszynę .
Jej prace nacechowane są intymnością , wymagały wielkiej odwagi w tak ekshibicjonistycznym pokazywaniu swego ciała. Szapocznikow robiła bowiem odlewy z fragmentów własnego ciała.Pokazywała swoją kobiecość, co było zapewne łatwiejsze gdy była zdrowa.
Przełamała tabu choroby, śmierci , utrwalając swoje ciało podczas choroby , walczyła z rakiem piersi.
Jej prace ukazywały dramat przemijania , rozpadu , nietrwałości ciała.
Rzeźba Łza pokazuje zmiętą gazę opatrunkową , z której skapuje łza w postaci kobiecej piersi.
Desery czy Lampy to już pewne przekroczenie dobrego smaku, chociaż dobitnie pokazujące jak artystka wyrażała siebie przez biologię , ciało. Desery to kobiece piersi ułożone jak lody w pucharku.
W latach 1971-72 tworzy cykl Zielnik.Forma prac była już inna . Artystka robiła odlewy , potem gniotła je , spłaszczała na podłożu, jak na kartach zielnika . Nie przedstawiała już swojego ciała, robiła odlewy ciała syna.
Alina Szapocznikow zmarła w 1973 r.
Uważana jest obecnie za ikonę feminizmu, choć sama odżegnywała się od takiego szufladkowania jej twórczości.
W swoich pracach próbowała łączyć piękno i brzydotę. Ukazywała kruchość ludzkiego istnienia. Na jej sztukę niewątpliwy wpływ wywarły przeżycia wojenne , o których nie chciała mówić, a które wyrażała w swoich rzeźbach.
Na zdjęciach zawsze uśmiechnięta, można podziwiać ją za afirmację życia, dystans do siebie , do choroby.

Na koniec przytoczę wypowiedź samej artystki na temat jej twórczości:
"Mój gest kieruje się w stronę ciała ludzkiego, tej 'sfery całkowicie erogennej', w stronę najbardziej nieokreślonych i najulotniejszych jego odczuć. Sławić nietrwałość w zakamarkach naszego ciała, w śladach naszych kroków po tej ziemi. Przez odciski ciała ludzkiego usiłuję utrwalić w przezroczystym polistyrenie ulotne momenty życia, jego paradoksy i jego absurdalność. (...) Usiłuję zawrzeć w żywicy odciski naszego ciała: jestem przekonana, że wśród wszystkich przejawów nietrwałości, ciało ludzkie jest najwrażliwszym, jedynym źródłem wszelkiej radości, wszelkiego bólu i wszelkiej prawdy, a to z powodu swej ontologicznej nędzy tak samo nieuniknionej, jak - w płaszczyźnie świadomości - zupełnie nie do przyjęcia."
źródło : culture.pl
artmuseum.pl
Urodziła się w Kaliszu w 1926 r.
Jej życie naznaczone było trudnymi doświadczeniami wojennymi.Była w getcie pabianickim i łódzkim. Przeżyła 3 obozy koncentracyjne.
Trauma wojenna zostawiła swój ślad w psychice chyba wszystkim , którzy ją przeżyli. U Szapocznikow znalazła ona odzwierciedlenie w jej sztuce.
Po wojnie wyjechała do Pragi , gdzie praktykowała w pracowni rzeźbiarza Otokara Velimskiego. Podjęła też naukę w Wyższej Szkole Artystyczno - Przemysłowej.
Od 1947 r. studiowała w Paryżu , jednak choroba zmusiła ja do przerwania nauki i powrotu do Polski.
![]() |
Pokój |
![]() |
Ekshumowany 1956 |
![]() |
Maria Magdalena 1957-58 |
Od 1963 r. mieszkała już na stałe w Paryżu.
Zaczęła tworzyć głównie z materiałów poliestrowych .Szukała nowej formy, nowej ekspresji dla wyrażenia dramatu , zmysłowości. Jej rzeźby stają się próbą utrwalania tego co nietrwałe , czyli ciała.
Pokazują kruchość ciała , a co za tym idzie , kruchość człowieka .
![]() |
Goldfinger |
W 1965 r . dostała nagrodę Fundacji Copley za rzeźbę Goldfinger. Przedstawia ona szczątki kobiecych nóg , uwięzionych przez maszynę .
Jej prace nacechowane są intymnością , wymagały wielkiej odwagi w tak ekshibicjonistycznym pokazywaniu swego ciała. Szapocznikow robiła bowiem odlewy z fragmentów własnego ciała.Pokazywała swoją kobiecość, co było zapewne łatwiejsze gdy była zdrowa.
Przełamała tabu choroby, śmierci , utrwalając swoje ciało podczas choroby , walczyła z rakiem piersi.
Jej prace ukazywały dramat przemijania , rozpadu , nietrwałości ciała.
![]() |
Łza |
Desery czy Lampy to już pewne przekroczenie dobrego smaku, chociaż dobitnie pokazujące jak artystka wyrażała siebie przez biologię , ciało. Desery to kobiece piersi ułożone jak lody w pucharku.
Lamp nie chcę tu przytaczać , bo musiałabym zastrzec , że blog jest 'tylko dla dorosłych'.
Inne znane prace Aliny Szapocznikow :
![]() |
Portret wielokrotny |
Brzuchy |
![]() |
Odlew nogi artystki |
Pogrzeb Aliny to wstrząsająca próba skonfrontowania się z własną , nieuchronną śmiercią. Jest to kompozycja z poliestru , w którym zatopione są osobiste przedmioty artystki takie jak fotografia, bielizna , gaza.
Cykl Nowotwory
W latach 1971-72 tworzy cykl Zielnik.Forma prac była już inna . Artystka robiła odlewy , potem gniotła je , spłaszczała na podłożu, jak na kartach zielnika . Nie przedstawiała już swojego ciała, robiła odlewy ciała syna.
![]() |
Autoportret |
![]() |
Pamiątka |
Uważana jest obecnie za ikonę feminizmu, choć sama odżegnywała się od takiego szufladkowania jej twórczości.
W swoich pracach próbowała łączyć piękno i brzydotę. Ukazywała kruchość ludzkiego istnienia. Na jej sztukę niewątpliwy wpływ wywarły przeżycia wojenne , o których nie chciała mówić, a które wyrażała w swoich rzeźbach.
Na zdjęciach zawsze uśmiechnięta, można podziwiać ją za afirmację życia, dystans do siebie , do choroby.

Na koniec przytoczę wypowiedź samej artystki na temat jej twórczości:
"Mój gest kieruje się w stronę ciała ludzkiego, tej 'sfery całkowicie erogennej', w stronę najbardziej nieokreślonych i najulotniejszych jego odczuć. Sławić nietrwałość w zakamarkach naszego ciała, w śladach naszych kroków po tej ziemi. Przez odciski ciała ludzkiego usiłuję utrwalić w przezroczystym polistyrenie ulotne momenty życia, jego paradoksy i jego absurdalność. (...) Usiłuję zawrzeć w żywicy odciski naszego ciała: jestem przekonana, że wśród wszystkich przejawów nietrwałości, ciało ludzkie jest najwrażliwszym, jedynym źródłem wszelkiej radości, wszelkiego bólu i wszelkiej prawdy, a to z powodu swej ontologicznej nędzy tak samo nieuniknionej, jak - w płaszczyźnie świadomości - zupełnie nie do przyjęcia."
źródło : culture.pl
artmuseum.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)