to obraz, który może ocieplić nam dzień w tą paskudną, październikową pogodę.
Jest to film o niewidomym mężczyźnie, który do poruszania się wykorzystuje zjawisko echolokacji, nie używając laski. Udaje mu się to z różnym skutkiem, o czym świadczy jego pokaleczona twarz. Niemniej chce tej sztuki nauczyć innych niewidomych, przebywających w prywatnym ośrodku. Chce im dać poczucie niezależności i wiary w siebie. Jego kontrowersyjne metody budzą wiele zastrzeżeń wśród personelu, wywołują nieufność i podejrzliwość u pensjonariuszy.
Film poetycki, magiczny. Uświadamia jak dużo tracimy, gdy spostrzegamy świat za pomocą wzroku. Żyjemy nie zauważając ważnych rzeczy, które wzbogaciłyby nas gdybyśmy używali innych zmysłow. Tępiejemy, obojętniejemy na otaczający nas świat, umykają nam sprawy, może błahe, ale jednak nadające jakiś sens i smak życiu. Gdy odbieramy świat wzrokiem, to na plan drugi schodzą inne zmysły. A doznania dźwięków, zapachów, niezwykle wzbogacają świat, uwrażliwiają na inne strony rzeczywistości.
Urzekła mnie subtelność w pokazaniu problemu, magia, poetyckość. Zapewne to wyidealizowany obraz problemów ludzi niewidomych, rzeczywistość nie jest tak piękna. Ale po to istnieją artyści i sztuka, by trudne życie trochę ocieplić, pokazać inny wymiar, a nie tylko w ponury sposób zgłębiać dramat ludzkiej egzystencji.
Zbliżenia kamery na twarze, na oczy bohaterów, spowodowały, że czułam jak wchodzę w ich skórę. Przyglądanie się z bliska niewidzącym oczom bohaterów, uruchamiało we mnie empatię, głębsze zrozumienie ich świata, uczuć...
Piękna Lizbona, wąskie uliczki, słynne tramwaje, cudo, magia!
Jest to film o pokonywaniu lęków, ograniczeń, film o odwadze by wyjść ze skorupy własnych problemów, zahamowań i spotkać się z drugim człowiekiem. Może naiwne, ale przecież najczęściej ocieramy się o "banały", bo z tego składa się nasze życie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 października 2015
środa, 7 stycznia 2015
Papusza
(...) Ile głodów! Ile bied!
Tyle smutków! Dróg niemało!Tyle ostrych kamieni w stopy się wbijało!
Ileż koło uszu kul nam przeleciało!
Ile błot! Jakie deszcze!
Ile krwawych łez jeszcze!
Ile włosów z głów, z warkoczy
rwały nam gałęzie w nocy!
Ach, wielki Boże, któryś jest w niebie,
ratuj nam życie, błagamy Ciebie!
Tyleśmy przeszli bied i niedoli!
Czy nigdy spocząć los nie pozwoli?
Jak ptaki zimą, albo ryby,
kiedy je złowi wędka czyja,
tak strach nas dręczy, zły los zabija.
ratuj nam życie, błagamy Ciebie!
Tyleśmy przeszli bied i niedoli!
Czy nigdy spocząć los nie pozwoli?
Jak ptaki zimą, albo ryby,
kiedy je złowi wędka czyja,
tak strach nas dręczy, zły los zabija.
* * *
Niechaj wszyscy Cyganie
przybiegną tu blisko,
jak do lasu, gdzie wielkie ognisko
i gdzie w światłach słonecznych wszystko.
Niechaj na to moje śpiewanie
wszyscy zewsząd się zejdą Cyganie,
żeby słów mych wysłuchać,
odpowiedzieć na nie.
(...) fragment wiersza "Krwawe łzy"przybiegną tu blisko,
jak do lasu, gdzie wielkie ognisko
i gdzie w światłach słonecznych wszystko.
Niechaj na to moje śpiewanie
wszyscy zewsząd się zejdą Cyganie,
żeby słów mych wysłuchać,
odpowiedzieć na nie.
Tak się złożyło, że film obejrzałam dopiero teraz, więc patrzyłam na niego przez pryzmat śmierci Krzysztofa Krauze. Skłoniło mnie to do podwójnej refleksji - bo nad losem cygańskiej poetki i nad postacią reżysera. Myślę, że musiał to być człowiek o dużej wrażliwości społecznej. Pochylał się w swoich filmach nad losem ludzi skrzywdzonych, wyrzuconych z głównego nurtu życia społecznego. Z uwagą słuchałam jego wypowiedzi publicznych na temat swojej choroby, czy na tematy tzw. ogólne, gdy np. był gościem w "Drugim śniadaniu mistrzów" u Marcina Mellera. Trzymałam kciuki za to by pokonał chorobę, chociaż na oko widać było, że rak go wyniszcza.
Film "Papusza" to taki trochę nagrobek, jaki mógł wystawić sam sobie reżyser. Pomnik zrobiony przez wrażliwego artystę o innym artyście.
"Papusza" nie jest filmem biograficznym w sensie dosłownym, nie dowiemy się o szczegółach życia cygańskiej poetki. Jest to artystycznie piękny obraz kultury, która była niedoceniana, poniżana, wypychana poza nawias społeczeństwa. Zresztą, Cyganie sami też poza tym nawiasem się ustawiali, broniąc swojej odrębności i swojego (nazwijmy to -kontrowersyjnym) stylu życia.
Ofiarą takiej postawy, zamknięcia się w swoich tradycjach, wierzeniach, była Papusza. Jej talent stał się jednocześnie przekleństwem.
Szokować może nienawiść, jaką okazali jej najbliżsi, zarzucając, że zdradziła cygańskie tradycje. W filmie tylko zaznaczone jest jak ją odrzucono ze społeczności. Ale w rzeczywistości wiemy, że była bita, poniżana, do tego stopnia, że rozchorowała się psychicznie i bodaj trzykrotnie leczyła się w szpitalu psychiatrycznym.
Trudno zrozumieć, dlaczego jej rodzina poczuła się tak zagrożona. Czy fakt, że była kobietą ma tu znaczenie. Rodzina Wajsów była muzykami, być może byli zazdrośni o to, że kobieta może być też artystką, dodatkowo lepiej od nich wykształconą. Mogli to odczuwać jako zamach na ich dumę i tradycyjny patriarchat.
Poruszający jest też wątek Jerzego Ficowskiego, jego dylemat - czy dobrze zrobił, pisząc książkę o kulturze cygańskiej, drukując wiersze Papuszy. Wydawało mu się, że dokonał czegoś ważnego, pokazując to światu, ale ceną było zniszczenie czyjegoś życia. Publikacja wierszy, książka Ficowskiego, stały się podstawą jego kariery a nie poetki. Czy Papusza została zmanipulowana przez niego i wykorzystana...?
Sama Papusza mówiła, że byłaby szczęśliwa, gdyby nie uczyła się czytać. Nawet ta odrobina wykształcenia, jakiego liznęła, postawiła ja pomiędzy dwoma światami. Do obu nie mogła przynależeć w pełni. Cyganie ja odrzucili, a inne środowiska chyba nie do końca chciałyby ją przyjąć, widząc w niej, być może, tylko "ciekawe zjawisko". Zresztą ona sama chyba nie chciała i nie umiała podjąć takiej decyzji.
Jak domyślam się, Ficowski proponował jej przeprowadzkę i pomoc materialną, ale ona nie chciała z tego skorzystać, porzucać swojego świata. Dramat jej polegał na tym, że ten świat, który kochała i opisywała w swoich wierszach odrzucił ją.
Po obejrzeniu filmu miałam niedosyt historii samej Papuszy. Niby film jest o niej, ale widz dostrzega, że nie jest ona główną bohaterką. Trochę szkoda, bo Jowita Budnik była tak przejmująca, że chciałabym jej więcej na ekranie.
Wśród krytyków filmu pojawiają się właśnie zarzuty do scenariusza. Jeżeli widz nie doczyta sobie sam historii Bronisławy Wajs, to z filmu nie wyniesie pełnego obrazu biografii. Widać, że autorom nie zależało na epatowaniu widza dramatyzmem, wciskającym w fotel. Ten film odbiera się raczej zmysłami, obrazami. Mnie ta narracja spodobała się , ale rozumiem zarzuty innych.
Na uwagę zasługuje postać męża- Dionizego Wajsa. ( w tej roli Zbigniew Waleryś). Był od Papuszy dużo starszy, właściwie zmusił ją do małżeństwa. Był wobec niej brutalny, zdradzał ją, pił. Ale jest w filmie kilka scen, które łagodzą ten wizerunek, sugerują, że tak naprawdę kochał Papuszę. Mimo, że nawet przed śmiercią wypominał żonie "występki", to jednak został z nią do końca, decydując się na banicję ze społeczności cygańskiej, bronił Papuszy przed atakami, starał się, by przybrany syn szanował matkę, mimo tego, że była poniżana przez innych, schorowana psychicznie.
Cyganie kojarzą mi się z kolorami, a tu... czarno-biały film. Ciekawy zabieg, podkreślający prostotę, zgrzebność i taką nienachalność życia i poezji Papuszy.
Piękne zdjęcia, tabory jadące przez las, ogniska rozpalane gdzieś na polanie. W tych zdjęciach i muzyce Pawluśkiewicza jest coś co porusza we mnie jakąś nostalgiczną strunę. Przypomina mi dzieciństwo, gdy ojciec zabrał mnie w miejsce, w którym Cyganie rozbili się z taborem. Pamiętam tę atmosferę tajemniczości, gdy obserwowaliśmy na wzgórzu wozy cygańskie. Był to rok '75 czy '76, więc tabory były już od dawna zakazane, a mimo to w Łodzi stanęły wozy...
Na koniec warto wspomnieć o reakcji polskich Cyganów na ten film. czytałam wypowiedzi Don Vasyla, w których odnosi sie bardzo krytycznie do ekranizacji. Zarzuca, że państwo Krauze nie konsultowali sie z królem Cyganów. przez co stworzyli fałszywy obraz tej historii. Jego zdaniem, Papusza za życia wykorzystana była przez Jerzego Ficowskiego, a teraz przez Krauzów. Ma pretensje, że nie zostali zaproszeni do filmu prawdziwi, cyganscy muzycy. No cóż..., zawsze muszą być niesnaski, zazdrość i obrzucanie się błotem. Nie wiem kto ma rację, staram się odnięść do filmu takiego jaki jest.
... i jeszcze kilka kilka pięknych zdjęć z filmu
poniedziałek, 2 września 2013
Tajemnica Westerplatte , reż. Paweł Chochlew
Po Syberiadzie polskiej nadal jestem w klimacie historyczno - patriotycznym.
Moje myśli krążą wokół tej problematyki, co powoduje, że trudno jest mi przestawić się na inny tor, zacząć czytać inną książkę. Dlatego wczoraj, z okazji 01 września obejrzałam Tajemnicę Westerplatte, film w reż. Pawła Chochlewa.
W zamierzchłej przeszłości, gdy ta data oznaczała dla mnie koniec wakacji i powrót do szkoły, to wiązała się też jednoznacznie z rocznicą wybuchu II wojny św. Nieodłączne akademie, patetyczne dekoracje na sali gimnastycznej, deklamowanie słynnego wiersza Gałczyńskiego.
W ostatnich latach rozgorzał spór, czy naprawdę "słodko było iść na te niebiańskie polany?? W filmie, literaturze, rozpoczął się proces odbrązawiania bohaterów. Może nie zawsze słusznie, ale jednak jest to urealnianie historii.
Problem obrony Westerplatte to dylemat - czy mjr. Sucharski był bohaterem, dzielnie broniącym skrawka ziemi do ostatniej kropli krwi (jak uczono nas w szkole). Czy może w tajemnicy utrzymywano fakt, że chciał poddać placówkę po dwóch dniach walk, widząc beznadzieję sytuacji, mając świadomość, że nie otrzyma posiłków, w które wierzyli żołnierze.
Film był atakowany za pokazanie zakłamanej historii, nie ma bowiem jasnych dowodów, że załamany nerwowo Sucharski przekazał dowodzenie kpt. Dąbrowskiemu. Czytałam opinie, że władzy komunistycznej odpowiadało to , by właśnie z Sucharskiego uczynić bohatera, bo miał właściwe, czyli chłopskie pochodzenie.
Nie wiem jaka jest prawda, chętnie posłuchałabym opinii historyków. W necie niby jest trochę informacji na ten temat, ale mam wrażenie, że każdy trzyma się swojej prawdy.
Wydaje mi się, że prawda jak zwykle, leży gdzieś po środku i chyba taki wydźwięk ma dla mnie film Chochlewa. Pokazuje Sucharskiego jako człowieka odważnego, honorowego ale też wrażliwego. Przygniotła go odpowiedzialność za życie żołnierzy, miał poczucie , że ich krew jest na jego rękach( co pokazuje scena urojeń w trakcie choroby). Nie mógł na zimno, z wyrachowaniem wysyłać młodych chłopaków na śmierć i okłamywać ich, że wkrótce nadejdą posiłki( z kraju czy z Zachodu). Zdawał sobie sprawę z tego, że nawet gdy oni bardzo palą się do walki, to jednak on- dowódca, ponosi odpowiedzialność za tę walkę, za ich śmierć. Nie odebrałam tego filmu jako próby splugawienia honoru polskiego żołnierza. Dzięki pokazaniu ich kłótni, upijania się, dezercji, stali się bardziej ludzcy, prawdziwi a nie spiżowi. Widać jak trudno jest być BOHATEREM w tak ekstremalnych warunkach.
P. Chochlew podobno napisał scenariusz w oparciu o rozmowy z rodzinami westerplatczyków , ale czytałam oburzone wypowiedzi córki kpt. Dąbrowskiego, zaprzeczającej jakimkolwiek konsultacjom.
Nie rozstrzygnę czy film przedstawia zakłamaną historię, czy jednak prawdziwą tajemnicę obrony Westerplatte.
Natomiast sam film nie wydaje mi się tak zły, jak sugerowały recenzje w mediach. Nie jest to amerykańska produkcja w stylu Szeregowca Ryana z rozmachem , efektami i patosem patriotycznym. I to mi się w tym filmie właśnie podobało - smutek, fatalizm, świetnie podkreślany przez ścieżkę dźwiękową Jana Kaczmarka; jest to bardziej dramat psychologiczny niż film wojenny, co moim zdaniem jest plusem.
Może dialogi są trochę drętwe, postaci papierowe, ale mnie jakoś to nie raziło, bo dawało wrażenie , że oglądam dokument a nie wielką produkcję kinową.
Michał Żebrowski sprawił się nie najgorzej, była jakaś autentyczność w jego postawie, czułam tę rozpacz, przerażenie, zagubienie i jednocześnie silne poczucie odpowiedzialności.
Niestety, film moim zdaniem położył Robert Żołędziewski - jako kpt. Dąbrowski. Swoje kwestie wygłaszał jak uczeń na akademii szkolnej, twarz bez wyrazu, całkowity blamaż. Borys Szyc - niegdyś obiecujący aktor, teraz : minus za Kac Wawa, minus za Bitwę Warszawską, minus za Tajemnice Westerplatte - a trzy minusy to pała, sorry:(, ale tutaj też nie popisał się.
Jak mawiał Zygmunt Kałużyński,
jeżeli w filmie była choć jedna dobra scena, to warto było film oglądać. W Tajemnicy... jest to wątek z Mirosławem Baką, zmuszonym do rozstrzelania swoich żołnierzy za dezercję.Dla tej sceny warto było film oglądać, by zobaczyć prawdziwe aktorstwo. Kwestią do zastanowienia pozostaje jego zdanie, że przegramy tę wojnę , bo nie zasługujemy na to by ją wygrać! Boję się pomyśleć o co reżyserowi chodziło...
Ciekawym pomysłem było ujęcie końcówki filmu jakby widzianej z archiwalnej kliszy. Szkoda, że zabrakło gestu salutowania niemieckiego gen.Eberhardta przed mjr. Sucharskim - byłoby tak ku pokrzepieniu serc.
Moje myśli krążą wokół tej problematyki, co powoduje, że trudno jest mi przestawić się na inny tor, zacząć czytać inną książkę. Dlatego wczoraj, z okazji 01 września obejrzałam Tajemnicę Westerplatte, film w reż. Pawła Chochlewa.
W zamierzchłej przeszłości, gdy ta data oznaczała dla mnie koniec wakacji i powrót do szkoły, to wiązała się też jednoznacznie z rocznicą wybuchu II wojny św. Nieodłączne akademie, patetyczne dekoracje na sali gimnastycznej, deklamowanie słynnego wiersza Gałczyńskiego.
W ostatnich latach rozgorzał spór, czy naprawdę "słodko było iść na te niebiańskie polany?? W filmie, literaturze, rozpoczął się proces odbrązawiania bohaterów. Może nie zawsze słusznie, ale jednak jest to urealnianie historii.
Problem obrony Westerplatte to dylemat - czy mjr. Sucharski był bohaterem, dzielnie broniącym skrawka ziemi do ostatniej kropli krwi (jak uczono nas w szkole). Czy może w tajemnicy utrzymywano fakt, że chciał poddać placówkę po dwóch dniach walk, widząc beznadzieję sytuacji, mając świadomość, że nie otrzyma posiłków, w które wierzyli żołnierze.
Film był atakowany za pokazanie zakłamanej historii, nie ma bowiem jasnych dowodów, że załamany nerwowo Sucharski przekazał dowodzenie kpt. Dąbrowskiemu. Czytałam opinie, że władzy komunistycznej odpowiadało to , by właśnie z Sucharskiego uczynić bohatera, bo miał właściwe, czyli chłopskie pochodzenie.
Nie wiem jaka jest prawda, chętnie posłuchałabym opinii historyków. W necie niby jest trochę informacji na ten temat, ale mam wrażenie, że każdy trzyma się swojej prawdy.
Wydaje mi się, że prawda jak zwykle, leży gdzieś po środku i chyba taki wydźwięk ma dla mnie film Chochlewa. Pokazuje Sucharskiego jako człowieka odważnego, honorowego ale też wrażliwego. Przygniotła go odpowiedzialność za życie żołnierzy, miał poczucie , że ich krew jest na jego rękach( co pokazuje scena urojeń w trakcie choroby). Nie mógł na zimno, z wyrachowaniem wysyłać młodych chłopaków na śmierć i okłamywać ich, że wkrótce nadejdą posiłki( z kraju czy z Zachodu). Zdawał sobie sprawę z tego, że nawet gdy oni bardzo palą się do walki, to jednak on- dowódca, ponosi odpowiedzialność za tę walkę, za ich śmierć. Nie odebrałam tego filmu jako próby splugawienia honoru polskiego żołnierza. Dzięki pokazaniu ich kłótni, upijania się, dezercji, stali się bardziej ludzcy, prawdziwi a nie spiżowi. Widać jak trudno jest być BOHATEREM w tak ekstremalnych warunkach.
P. Chochlew podobno napisał scenariusz w oparciu o rozmowy z rodzinami westerplatczyków , ale czytałam oburzone wypowiedzi córki kpt. Dąbrowskiego, zaprzeczającej jakimkolwiek konsultacjom.
Nie rozstrzygnę czy film przedstawia zakłamaną historię, czy jednak prawdziwą tajemnicę obrony Westerplatte.
Natomiast sam film nie wydaje mi się tak zły, jak sugerowały recenzje w mediach. Nie jest to amerykańska produkcja w stylu Szeregowca Ryana z rozmachem , efektami i patosem patriotycznym. I to mi się w tym filmie właśnie podobało - smutek, fatalizm, świetnie podkreślany przez ścieżkę dźwiękową Jana Kaczmarka; jest to bardziej dramat psychologiczny niż film wojenny, co moim zdaniem jest plusem.
Może dialogi są trochę drętwe, postaci papierowe, ale mnie jakoś to nie raziło, bo dawało wrażenie , że oglądam dokument a nie wielką produkcję kinową.
Michał Żebrowski sprawił się nie najgorzej, była jakaś autentyczność w jego postawie, czułam tę rozpacz, przerażenie, zagubienie i jednocześnie silne poczucie odpowiedzialności.
Niestety, film moim zdaniem położył Robert Żołędziewski - jako kpt. Dąbrowski. Swoje kwestie wygłaszał jak uczeń na akademii szkolnej, twarz bez wyrazu, całkowity blamaż. Borys Szyc - niegdyś obiecujący aktor, teraz : minus za Kac Wawa, minus za Bitwę Warszawską, minus za Tajemnice Westerplatte - a trzy minusy to pała, sorry:(, ale tutaj też nie popisał się.
Jak mawiał Zygmunt Kałużyński,
jeżeli w filmie była choć jedna dobra scena, to warto było film oglądać. W Tajemnicy... jest to wątek z Mirosławem Baką, zmuszonym do rozstrzelania swoich żołnierzy za dezercję.Dla tej sceny warto było film oglądać, by zobaczyć prawdziwe aktorstwo. Kwestią do zastanowienia pozostaje jego zdanie, że przegramy tę wojnę , bo nie zasługujemy na to by ją wygrać! Boję się pomyśleć o co reżyserowi chodziło...
Ciekawym pomysłem było ujęcie końcówki filmu jakby widzianej z archiwalnej kliszy. Szkoda, że zabrakło gestu salutowania niemieckiego gen.Eberhardta przed mjr. Sucharskim - byłoby tak ku pokrzepieniu serc.
czwartek, 27 czerwca 2013
1920 Bitwa Warszawska reż . Jerzy Hoffman
Długo zbierałam się do obejrzenia tego filmu, bo ciągle brakuje mi czasu, ale też zniechęcały mnie nieprzychylne recenzje. Wreszcie zobaczyłam na własne oczy, czemu film został skrytykowany.
Pewnie miało być to dzieło ku pokrzepieniu serc, dostarczające wzruszeń miłosnych i uniesień patriotycznych. Mnie nie poruszył pod żadnym względem ( oprócz świetnych zdjęć, ale sam Idziak to za mało).
Zabrakło mi pokazania szerszego kontekstu historycznego i politycznego w Europie i w odradzającej się Polsce. Widz niewyrobiony historycznie(bo przecież nie każdy jest historykiem)nie zrozumie o co chodziło w wojnie polsko - bolszewickiej, jakie miała znaczenie dla Polski i dla Europy.
Mało wyrazista wydała mi się postać Piłsudskiego, w końcu głównego bohatera tamtych wydarzeń. Wieniawa - Długoszowski - pierwszy ułan Rzeczpospolitej, mógł być postacią , która ubarwi, ożywi ducha tamtych czasów w filmie. Zobaczyłam starszego(z całym szacunkiem dla B. Lindy), powściągliwego pana - szkoda!
Czekałam na pokazanie jak rodziła się tożsamość Polaków w odradzającej się ojczyźnie, liczyłam na polemikę, a dostałam lekko kiczowatą laurkę.
Bohaterowie papierowi, emocje sztuczne, dialogi drętwe. Nie ma bohatera, z którym można się identyfikować, któremu się kibicuje.
Szyc rozczarował mnie płytką i
nijaką grą. Natasza Urbańska "zjawiskowa", śliczna, ale też nijaka, trochę taka malowana gwiazda kabaretu, która przeistacza się w bohaterkę - patriotkę. Całkowicie nieprzekonywująca postać, ale nie ma się co czepiać , przecież nie jest aktorką. Z tak marnym scenariuszem i tak nieźle sobie poradziła.
Wszystkim postaciom brakowało wyrazistości, psychologicznej głębi.
Zdecydowanie wyróżnia się rola Adama Ferencego jako czekisty - prawdziwa, barwna, na swój sposób też zabawna( np. scena nagrzewania hemoroidów).
Mam niejasność co do śmierci ks. Skorupki, bo czytałam dwie wersje. Jedna, piękna i heroiczna, tak jak została ukazana w filmie - ksiądz z podniesionym krzyżem prowadzi żołnierzy do ataku. Druga wersja mówi, że zginął podczas udzielania ostatniego namaszczenia rannemu żołnierzowi. Może ktoś ma większą wiedzę na ten temat?
Nie można wszystkiego krytykować, więc powiem, że zdjęcia Idziaka robią wrażenie, jest to najmocniejsza strona filmu. Niestety, nie oglądałam filmu w 3D, więc nie mogę ocenić efektów od tej strony.
Mało mamy w historii naszego narodu wygranych bitew. Ta z 1920 r. jest o tyle ważna, że miała duże znaczenie dla słabej, dopiero powstającej państwowości. Zasługuje więc na lepsze udokumentowanie, a sprowadzenie jej do historii miłosnej to chyba smutny objaw komercjalizacji. Takie filmy są łatwiejsze w odbiorze i lepiej się sprzedają.
Pewnie miało być to dzieło ku pokrzepieniu serc, dostarczające wzruszeń miłosnych i uniesień patriotycznych. Mnie nie poruszył pod żadnym względem ( oprócz świetnych zdjęć, ale sam Idziak to za mało).
Zabrakło mi pokazania szerszego kontekstu historycznego i politycznego w Europie i w odradzającej się Polsce. Widz niewyrobiony historycznie(bo przecież nie każdy jest historykiem)nie zrozumie o co chodziło w wojnie polsko - bolszewickiej, jakie miała znaczenie dla Polski i dla Europy.
Mało wyrazista wydała mi się postać Piłsudskiego, w końcu głównego bohatera tamtych wydarzeń. Wieniawa - Długoszowski - pierwszy ułan Rzeczpospolitej, mógł być postacią , która ubarwi, ożywi ducha tamtych czasów w filmie. Zobaczyłam starszego(z całym szacunkiem dla B. Lindy), powściągliwego pana - szkoda!
Czekałam na pokazanie jak rodziła się tożsamość Polaków w odradzającej się ojczyźnie, liczyłam na polemikę, a dostałam lekko kiczowatą laurkę.
Bohaterowie papierowi, emocje sztuczne, dialogi drętwe. Nie ma bohatera, z którym można się identyfikować, któremu się kibicuje.
Szyc rozczarował mnie płytką i
![]() |
| A. Domogarow tym razem jako "dobry" kozak. |
![]() |
| dziewczyna z plakatu propagandowego? |
Zdecydowanie wyróżnia się rola Adama Ferencego jako czekisty - prawdziwa, barwna, na swój sposób też zabawna( np. scena nagrzewania hemoroidów).
Mam niejasność co do śmierci ks. Skorupki, bo czytałam dwie wersje. Jedna, piękna i heroiczna, tak jak została ukazana w filmie - ksiądz z podniesionym krzyżem prowadzi żołnierzy do ataku. Druga wersja mówi, że zginął podczas udzielania ostatniego namaszczenia rannemu żołnierzowi. Może ktoś ma większą wiedzę na ten temat?
Nie można wszystkiego krytykować, więc powiem, że zdjęcia Idziaka robią wrażenie, jest to najmocniejsza strona filmu. Niestety, nie oglądałam filmu w 3D, więc nie mogę ocenić efektów od tej strony.
Mało mamy w historii naszego narodu wygranych bitew. Ta z 1920 r. jest o tyle ważna, że miała duże znaczenie dla słabej, dopiero powstającej państwowości. Zasługuje więc na lepsze udokumentowanie, a sprowadzenie jej do historii miłosnej to chyba smutny objaw komercjalizacji. Takie filmy są łatwiejsze w odbiorze i lepiej się sprzedają.
niedziela, 16 czerwca 2013
City Island reż. Raymond De Felitta
Ostatnio mam taki nawał pracy, że nie mam czasu na żadne przyjemności. Wieczorami jestem tak zmęczona, że nie mam siły na czytanie czy nawet słuchanie muzyki. Dużym wysiłkiem intelektualnym stała się partyjka warcabów z córką, czy pomoc w zadaniu z chemii (brr...).
Film City Island był w sam raz dopasowany do moich aktualnych możliwości - nie wymagał wysiłku umysłowego, zaangażowania emocjonalnego; akcja toczy się powoli, ale wciąga, a Andy Garcia - hm... - patrzeć na niego to czysta przyjemność.
Jest to opowieść o rodzinie Rizzo z Bronxu, która w gonitwie codzienności zagubiła to co w rodzinie najpiękniejsze; zaufanie, akceptacja, szczerość. Mąż - Vince( A. Garcia), na co dzień strażnik więzienny, wstydzi się przyznać swojej żonie, że chodzi na kurs aktorstwa. Woli kłamać i być podejrzewany o zdradę, niż narazić się ze swoim hobby na ośmieszenie przed żoną. Córka ukrywa przed rodzicami, że zamiast studiować, pracuje jako striptizerka. Syn też ma ciekawe zainteresowania, otóż podnieca go karmienie otyłych kobiet... .
Katalizatorem zmian w pogmatwanych relacjach staje się chłopak z więzienia, syn Vince'a z przypadkowego związku sprzed lat.
Film do pewnego momentu zapowiada się jak dramat psychologiczny, ale finałowe rozwiązanie problemów zaskoczyło mnie swoim komizmem i taką trochę naiwnością.
Miało to chyba jednak jakiś głębszy sens - komplikujemy sobie życie, stawiamy wyimaginowane bariery, wycofujemy się z relacji, obwarowując w swoich wewnętrznych twierdzach - aż stajemy się śmieszni. A może wystarczy tylko (lub aż) kochać się, wybaczać sobie i podchodzić do życia z dystansem i wiarą w ludzi.
Może i trochę naiwny film, ale z pozytywną energią.
Smaczku filmowi nadaje fakt, że córkę Vince'a gra Dominik Garcia- Lorrido, czyli córka A. Garcia.
Film City Island był w sam raz dopasowany do moich aktualnych możliwości - nie wymagał wysiłku umysłowego, zaangażowania emocjonalnego; akcja toczy się powoli, ale wciąga, a Andy Garcia - hm... - patrzeć na niego to czysta przyjemność.
Jest to opowieść o rodzinie Rizzo z Bronxu, która w gonitwie codzienności zagubiła to co w rodzinie najpiękniejsze; zaufanie, akceptacja, szczerość. Mąż - Vince( A. Garcia), na co dzień strażnik więzienny, wstydzi się przyznać swojej żonie, że chodzi na kurs aktorstwa. Woli kłamać i być podejrzewany o zdradę, niż narazić się ze swoim hobby na ośmieszenie przed żoną. Córka ukrywa przed rodzicami, że zamiast studiować, pracuje jako striptizerka. Syn też ma ciekawe zainteresowania, otóż podnieca go karmienie otyłych kobiet... .
Katalizatorem zmian w pogmatwanych relacjach staje się chłopak z więzienia, syn Vince'a z przypadkowego związku sprzed lat.
Film do pewnego momentu zapowiada się jak dramat psychologiczny, ale finałowe rozwiązanie problemów zaskoczyło mnie swoim komizmem i taką trochę naiwnością.
Miało to chyba jednak jakiś głębszy sens - komplikujemy sobie życie, stawiamy wyimaginowane bariery, wycofujemy się z relacji, obwarowując w swoich wewnętrznych twierdzach - aż stajemy się śmieszni. A może wystarczy tylko (lub aż) kochać się, wybaczać sobie i podchodzić do życia z dystansem i wiarą w ludzi.
Może i trochę naiwny film, ale z pozytywną energią.
Smaczku filmowi nadaje fakt, że córkę Vince'a gra Dominik Garcia- Lorrido, czyli córka A. Garcia.
niedziela, 17 marca 2013
"Sugar Man" , reż. Malik Bendjelloul
Oscary filmowe już dawno rozdane, a ja dopiero teraz znalazłam czas, żeby obejrzeć "Sugar Man", czyli zwycięzcę w kategorii filmów dokumentalnych.
Jest to historia Rodrigueza - muzyka, piosenkarza z Detroit. Pochodzi z biednej, robotniczej rodziny, przez wiele lat utrzymywał się z pracy fizycznej.
Pod koniec lat '60 próbował realizować się w muzyce. Sam komponował swoje utwory, grywał je w nocnych lokalach.Wydawało się, że los daje mu szansę, gdy został zauważony przez producentów branży muzycznej. Wydał dwie płyty w latach 1970 i 1971.Niestety , nie odniósł sukcesów na rynku. Właściwie nie wiadomo dlaczego jego płyty nie sprzedawały się, bo oceniano go bardzo dobrze. W USA nikt się nim nie interesował i wkrótce słuch po nim zaginął.
Chociaż, podobno Wojciech Mann przyznał, że w latach '70 kupił płytę nieznanego nikomu Rodrigueza - widać zawsze miał wyczucie muzyczne.
Tymczasem płytę Rodrigueza przywiózł ktoś ze Stanów do RPA, do Kapsztadu.
Utwory zrobiły ogromne wrażenie na społeczeństwie kraju , w którym panował apartheid. Rodriguez stał się symbolem buntu wobec establishmentu. Jego teksty uświadomiły ludziom , że można zanegować istniejący porządek, uwolnić swój umysł od stereotypów i zacząć myśleć inaczej.
Rodriguez stał się w RPA popularniejszy niż Elvis Presley. Wytwórnie sprzedawały tysiące jego płyt. Sam muzyk był dla fanów osobą tajemniczą, mityczną.Nie wiadomo było gdzie mieszka , co robi. Powstała plotka , że zastrzelił się , bądź podpalił na scenie po nieudanym koncercie. Władze RPA wprowadziły cenzurę jego tekstów , które mówiły o buncie przeciw nierówności społecznej i biedzie. To wszystko kształtowało jego legendę i jeszcze bardziej podsycało fascynację osobą Rodrigueza i jego twórczością.
Tymczasem Rodriguez , nieświadomy swojej szalonej popularności w RPA , wiódł trudne życie robotnika w Detroit. Olbrzymim zaskoczeniem dla niego było spotkanie z dziennikarzem z RPA. Po 30 latach dowiedział się , że jego muzyka żyje tam własnym życiem , a on sam jest legendą.
Sugar Man to film o tym ,jak ważne jest , by w życiu znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu. To opowieść o tym , jak o ludzkim losie decyduje przypadek.
Można brnąć przez życie w szarości i poczuciu beznadziei , nie podejrzewając , że za rogiem czeka nas inna rzeczywistość.
Historia Rodrigueza to jakby dwa życia tego samego człowieka , różniące się od siebie , które rozgrywają się w światach równoległych.Opowieść trochę jak z bajki o Kopciuszku , wzruszająca, z pozytywnym przesłaniem.
Można oczywiście zastanawiać się , czy Rodriguez na prawdę był tak genialnym muzykiem? Czy może na jego popularność w RPA wpływ miała sytuacja polityczna i społeczna tego kraju ? W tekstach piosenek ludzie odnajdywali takie treści , jakie chcieli widzieć , by podsycać nastroje społeczne.
Biorąc pod uwagę , że to film dokumentalny, to trochę zabrakło mi wyjaśnienia wątków finansowych. Co stało się z pieniędzmi z płyt, dlaczego nie dotarły one do Rodrigueza ? Reżyser pozostawia widza w sferze niedomówień.
Jakkolwiek by nie oceniać filmu pod względem technicznym , to na pewno przedstawia on ciekawą historię i daje widzom dawkę świetnej muzyki :)
źródło zdjęcia : stopklatka.pl
niedziela, 17 lutego 2013
Lincoln- kolejny oscarowy kandydat
Lincoln w reż. Steven'a Spielberga to film , który mam wrażenie , że zrobiony jest typowo pod oscarowe jury. Monumentalny, dotyczący historii USA - co już wystarczy , żeby go nagradzać:)
Sądząc po tytule,spodziewałam się biografii , jakiegoś nowego , świeżego spojrzenia na tę ciekawą postać. Niestety, film jest głównie o 13 poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jak bardzo ważny by to nie był temat , to jednak trochę za mało na 2,5 godzinny film.
Większą część filmu zajmuje jeden problem - jak przekupić kilkunastu kongresmenów do głosowania za 13 poprawką , dotyczącą zniesienia niewolnictwa. Moim zdaniem - zmarnowany ciekawy temat .
Film trochę nudny , choć niewątpliwie świetna scenografia, dobre charakteryzacje i kostiumy , ciekawie oddane realia XIX wieku, i świetna rola Tommy Lee- Jonesa.
Daniel Day-Lewis , odtwórca głównej roli, dość ciekawie przedstawił postać Lincolna. Miałam wrażenie , że oglądam , zamiast silnego prezydenta dużego państwa, człowieka zmęczonego władzą , życiem , problemami rodzinnymi. Jednocześnie to człowiek silny i bezwzględny, jeśli chce osiągnąć cel , jest w stanie użyć wszystkich środków , z oszustwem i kłamstwem włącznie.
Lincoln zdawał sobie sprawę z wagi 13 poprawki , mówi:" Świat na nas patrzy, mamy teraz w rękach los ludzkiej godności". Wielkie słowa, brzmiące nawet dość patetycznie. Szkoda tylko , że połowa społeczeństwa wcale tej "ludzkiej godności" nie zamierzała bronić. To bardzo przygnębiające , że sprawa równości ludzi była sprowadzona przez kongresmanów do gry politycznej. Kraj , który uważany był za kolebkę i wzór demokracji , już na początku swojego istnienia budował ustrój na oszustwie. Zaufani ludzie Lincolna przekupywali, szantażowali kongresmanów , by głosowali za 13 poprawką. W ten sposób , jak mówi jeden z kongresmanów:
" ...najważniejsza ustawa XIX w. osiągnięta została dzięki korupcji i oszustwu...".
Znużyło mnie oglądanie Lincolna ; ciekawy temat przedstawiony został monotonnie , fabuła miałka , postacie dość płytkie . Niby technicznie bardzo dobry( w końcu to Spielberg), ale nie wywołał we mnie większych emocji.
Sądząc po tytule,spodziewałam się biografii , jakiegoś nowego , świeżego spojrzenia na tę ciekawą postać. Niestety, film jest głównie o 13 poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jak bardzo ważny by to nie był temat , to jednak trochę za mało na 2,5 godzinny film.
Większą część filmu zajmuje jeden problem - jak przekupić kilkunastu kongresmenów do głosowania za 13 poprawką , dotyczącą zniesienia niewolnictwa. Moim zdaniem - zmarnowany ciekawy temat .
Film trochę nudny , choć niewątpliwie świetna scenografia, dobre charakteryzacje i kostiumy , ciekawie oddane realia XIX wieku, i świetna rola Tommy Lee- Jonesa.
Daniel Day-Lewis , odtwórca głównej roli, dość ciekawie przedstawił postać Lincolna. Miałam wrażenie , że oglądam , zamiast silnego prezydenta dużego państwa, człowieka zmęczonego władzą , życiem , problemami rodzinnymi. Jednocześnie to człowiek silny i bezwzględny, jeśli chce osiągnąć cel , jest w stanie użyć wszystkich środków , z oszustwem i kłamstwem włącznie.
Lincoln zdawał sobie sprawę z wagi 13 poprawki , mówi:" Świat na nas patrzy, mamy teraz w rękach los ludzkiej godności". Wielkie słowa, brzmiące nawet dość patetycznie. Szkoda tylko , że połowa społeczeństwa wcale tej "ludzkiej godności" nie zamierzała bronić. To bardzo przygnębiające , że sprawa równości ludzi była sprowadzona przez kongresmanów do gry politycznej. Kraj , który uważany był za kolebkę i wzór demokracji , już na początku swojego istnienia budował ustrój na oszustwie. Zaufani ludzie Lincolna przekupywali, szantażowali kongresmanów , by głosowali za 13 poprawką. W ten sposób , jak mówi jeden z kongresmanów:
" ...najważniejsza ustawa XIX w. osiągnięta została dzięki korupcji i oszustwu...".
Znużyło mnie oglądanie Lincolna ; ciekawy temat przedstawiony został monotonnie , fabuła miałka , postacie dość płytkie . Niby technicznie bardzo dobry( w końcu to Spielberg), ale nie wywołał we mnie większych emocji.
niedziela, 10 lutego 2013
Poradnik pozytywnego myślenia , reż . David O. Russell
Kolejny kandydat do Oscara , więc podeszłam do niego z zaciekawieniem. Niestety, trochę mnie rozczarował. Zapowiadał się dobrze. Bohater- Pat, przeżywa poważny kryzys w swoim życiu. Przyłapuje żonę na zdradzie z kolegą z pracy. Wpada w szał i wyładowuje swoją złość na kochanku żony. Konsekwencją takiego niekontrolowanego wybuchu agresji jest zwolnienie z pracy i zakaz zbliżania się do żony. Sąd nakazuje mu przymusowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie okazuje się , że już wcześniej cierpiał na niezdiagnozowane zaburzenia dwubiegunowe.Po wyjściu ze szpitala próbuje odbudować swoje życie, odzyskać żonę. Nie jest to jednak łatwe, bo na każdym kroku powracają wspomnienia, nie umie zapanować nad napadami agresji, nie chce łykać leków. Rodzice początkowo też nie ułatwiają mu powrotu do normalności.
Matka jest osobą raczej bierną , choć niewątpliwie kocha syna.
Ojciec ( świetny Robert De Niro) sam nie jest zbyt zrównoważonym człowiekiem. Jego pasją są zakłady bukmacherskie. Czasem na meczu tak bardzo ponoszą go emocje , że wszczyna awantury. W związku z tym ma zakaz wchodzenia na stadiony.
Pat poznaje dziewczynę , z którą wydaje się , że dość dobrze się rozumieją.Są do siebie podobni, bo oboje napiętnowani są łatką osób z problemami emocjonalnymi. Co ciekawe, w odróżnieniu od tzw. normalnych ludzi są szczerzy wobec otoczenia , nie bawią się w konwenanse zbędną grzeczność . Gdy patrzy się na ich znajomych, rodziny , to można mieć wątpliwości , kto jest zdrowy a kto zaburzony psychicznie. Widać jak bardzo kategorie zdrowia psychicznego i choroby są płynne , względne. Na przykład ojciec bohatera to dziwak, swoje decyzje i działania podporządkowuje przesądom, co staje się w końcu natręctwem.( np. określone ułożenie pilotów do TV, które gwarantować ma wygranie meczu). Przyjaciel Pata- na pozór spokojny człowiek , dobry mąż i ojciec, przyznaje,że czasem dopada go taka wściekłość na siebie , na żonę , na pracę, że z trudem panuje nad morderczymi odruchami. Wtedy zamyka się w garażu i krzyczy przy wtórze ostrej muzyki.
W trakcie filmu zagłębiamy się więc w ciemne zakamarki ludzkiego umysłu. Widzimy , że nie ma jasnej i prostej granicy między zdrowiem a chorobą psychiczną. Jak mówi stare porzekadło psychiatryczne - " Nie ma ludzi zdrowych , są tylko niezdiagnozowani...". Każdy z nas nosi w sobie jakiś element wariactwa, neurotyczności, psychopatii. Jedni potrafią nad tym zapanować , bo wytworzyli sobie sposoby radzenia sobie , a inni po prostu "pękają" w sytuacjach stresu.
Widać w filmie , jak ważna jest pomoc otoczenia.Z tym może być trudno , bo często otoczenie samo nie radzi sobie zbyt dobrze w gęstwinie życiowych problemów.
Do pewnego momentu Poradnik pozytywnego myślenia porusza więc dość ciekawe problemy, ale zakończenie wydało mi się dość banalne. Pod koniec film robi się słodki i przewidywalny , jak komedia romantyczna.
Obejrzałam już kilka nominacji Oscarowych i Poradnik wydaje mi się najsłabszym filmem , z wyjątkiem świetnej kreacji Roberta De Niro, który "sprawdza się " w roli neurotycznego ojca.
Matka jest osobą raczej bierną , choć niewątpliwie kocha syna.
Ojciec ( świetny Robert De Niro) sam nie jest zbyt zrównoważonym człowiekiem. Jego pasją są zakłady bukmacherskie. Czasem na meczu tak bardzo ponoszą go emocje , że wszczyna awantury. W związku z tym ma zakaz wchodzenia na stadiony.
Pat poznaje dziewczynę , z którą wydaje się , że dość dobrze się rozumieją.Są do siebie podobni, bo oboje napiętnowani są łatką osób z problemami emocjonalnymi. Co ciekawe, w odróżnieniu od tzw. normalnych ludzi są szczerzy wobec otoczenia , nie bawią się w konwenanse zbędną grzeczność . Gdy patrzy się na ich znajomych, rodziny , to można mieć wątpliwości , kto jest zdrowy a kto zaburzony psychicznie. Widać jak bardzo kategorie zdrowia psychicznego i choroby są płynne , względne. Na przykład ojciec bohatera to dziwak, swoje decyzje i działania podporządkowuje przesądom, co staje się w końcu natręctwem.( np. określone ułożenie pilotów do TV, które gwarantować ma wygranie meczu). Przyjaciel Pata- na pozór spokojny człowiek , dobry mąż i ojciec, przyznaje,że czasem dopada go taka wściekłość na siebie , na żonę , na pracę, że z trudem panuje nad morderczymi odruchami. Wtedy zamyka się w garażu i krzyczy przy wtórze ostrej muzyki.
W trakcie filmu zagłębiamy się więc w ciemne zakamarki ludzkiego umysłu. Widzimy , że nie ma jasnej i prostej granicy między zdrowiem a chorobą psychiczną. Jak mówi stare porzekadło psychiatryczne - " Nie ma ludzi zdrowych , są tylko niezdiagnozowani...". Każdy z nas nosi w sobie jakiś element wariactwa, neurotyczności, psychopatii. Jedni potrafią nad tym zapanować , bo wytworzyli sobie sposoby radzenia sobie , a inni po prostu "pękają" w sytuacjach stresu.
Widać w filmie , jak ważna jest pomoc otoczenia.Z tym może być trudno , bo często otoczenie samo nie radzi sobie zbyt dobrze w gęstwinie życiowych problemów.
Do pewnego momentu Poradnik pozytywnego myślenia porusza więc dość ciekawe problemy, ale zakończenie wydało mi się dość banalne. Pod koniec film robi się słodki i przewidywalny , jak komedia romantyczna.
Obejrzałam już kilka nominacji Oscarowych i Poradnik wydaje mi się najsłabszym filmem , z wyjątkiem świetnej kreacji Roberta De Niro, który "sprawdza się " w roli neurotycznego ojca.
niedziela, 3 lutego 2013
Sesje reż. Ben Lewin
![]() |
| "prawdziwy" Marc O'Brien w aparaturze ułatwiającej oddychanie |
![]() |
| fragment sesji terapeutycznej |
Cheryl , którą gra Helen Hunt, sama tłumaczy Marcowi , że prostytutce zależy na jak najdłuższym zatrzymaniu klienta, bo chce od niego wyciągać kasę . Ona wyznacza maksymalnie 6 sesji, podczas których próbuje pomóc klientowi w poradzeniu sobie z problemami fizycznymi i emocjonalnymi. Swoje spostrzeżenia i wnioski nagrywa, notuje , by móc je przemyśleć , skonsultować z terapeutą. Celem takiej terapii jest pomoc, by taki człowiek odważył się sam nawiązywać kontakty seksualne, by pozbył się choć trochę lęku, wstydu za własne , chore , zniekształcone , mało atrakcyjne ciało.
Jak w każdej terapii , trudnym momentem dla obu stron jest problem przeniesienia. Nietrudno sobie wyobrazić , że klient angażuje się emocjonalnie w relację z taką sekssurogatką, bo po raz pierwszy doświadcza czułości , akceptacji. W historii Marca zaangażowanie było po obu stronach. Cheryl trudno było zachować profesjonalny dystans do swojego klienta.
Ważną postacią w filmie i zapewne w prawdziwym życiu Marca O'Briena ,był ksiądz.
![]() |
Postać pewnie trochę wyidealizowana - ksiądz , z którym można napić się piwa i pogadać o seksie. Może dla zdrowych ludzi byłoby to zbyt trywialne, prostackie . Dla niepełnosprawnego Marca takie rozmowy to ciąg dalszy terapii, to możliwość zwierzenia się przyjacielowi z najbardziej intymnych spraw.
Film z założenia skupia się głównie na osobie Marca O'Briena , ale dla mnie ciekawym tematem jest też postać Cheryl , czy właściwie wszystkich takich sekssurogatek. Zastanawiam się nad tym co kieruje takimi kobietami , że podejmują się takiej pracy. Czy pozwala im to zaspokajać jakieś własne potrzeby , leczyć się z własnych problemów? W końcu taki rodzaj terapii jest dość kontrowersyjny, wchodzenie w intymność , której nie można porównać do żadnej innej psychoterapii.
Jak radzą sobie takie terapeutki ( lub terapeuci- bo temat dotyczy obu płci) w życiu rodzinnym? Mąż Cheryl mówi jej , że jest święta, ale też jest mu trudno godzić się z tym , że jego żona dzieli intymność z obcym człowiekiem.
Film poruszający , godny uwagi . Wydobywa na światło dzienne temat, który skrywany jest wstydliwie w domach, ośrodkach dla niepełnosprawnych, zagłuszany lekami uspokajającymi , pomijany milczeniem.
Podobny problem poruszony został w filmie Nietykalni, jednak w trochę innej konwencji. Zawód sekssurogatki, często poświadczony dyplomem, to dla mnie nowość. Film otworzył mi świadomość na sprawy , nad którymi nie zastanawiałam się do tej pory. Przypomniał jak wiele różnych wymiarów może mieć życie ludzkie, warto jest szukać sensu tam , gdzie pozornie go nie widać , jak ważna jest wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka .
sobota, 19 stycznia 2013
Django reż. Quentin Tarantino
![]() |
| Django- jak czarny anioł ,wymierzający sprawiedliwość |
Tarantino ,jak zwykle, bawi się konwencją,sypie czarnym humorem, ironią i świetnymi dialogami.
Akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych , na 2 lata przed wojna secesyjną. Tytułowy bohater, to czarny niewolnik, niepokorny , niegodzący się ze swoim losem. Nagle życie daje mu szansę. Spotyka na swojej drodze Niemca, który jest łowcą głów.
Django z niewolnika przeobraża się w kowboja i we dwóch zaczynają wymierzać sprawiedliwość. Kluczowym problemem staje się uwolnienie z plantacji pana Candie żony Django - Hildy. Więcej oczywiście zdradzić nie mogę.
![]() |
| DiCaprio w przerażającym wykładzie na temat frenologii. |
W filmie dużo jest humoru, ale takiego czasem przez łzy, ściskającego gardło , jest trochę refleksji nad człowieczeństwem , trochę ocierania się o kicz , zabawy konwencją - jak to u Tarantino. Film , którego nie można jednoznacznie zaklasyfikować - western, pastisz ,komedia, próba rozliczenia się z rasizmem? Jeśli to ostatnie, to po scenie końcowej , gdybym była na miejscu Amerykanów to przeszyłby mnie dreszcz strachu.
Bardzo dobra muzyka i świetna rola L. DiCaprio , który stworzył fascynującą postać pana Candie - to dla mnie największe walory tego filmu. Czy Oscar za najlepszy film?
Wypowiem się gdy obejrzę pozostałe nominacje...
![]() |
| Samuel L. Jackson- ciekawa psychologicznie postać lokaja -zdrajcy |
Łowcy głów budzą wściekłość wśród ludności - czarny kowboj to nie tylko rzadkość ale też nieprzyzwoitość.
A oto i sam Quentin Tarantino, który w filmie tez zagrał małą rólkę.
niedziela, 30 grudnia 2012
Atlas chmur reż. T.Tykwer, A. Wachowski, L. Wachowski
Film jest oparty na książce Davida Mitchella, której niestety nie przeczytałam , ale teraz wiem , że muszę szybko to nadrobić. Oglądanie tego filmu wymaga dużego skupienia uwagi, zwłaszcza na początku. Przedstawia historie ludzi , rozgrywające się w różnych epokach i miejscach. Mamy XIX -wieczne wspomnienia i futurystyczne wizje zmutowanych genetycznie istot z XXII w. Sceny z poszczególnych wydarzeń przeplatają się , zmieniamy miejsce nawet co minutę . Początkowo miałam więc uczucie chaosu , gubienia się w wątkach.
To co łączy wszystkie płaszczyzny to ci sami aktorzy. Czasem trudno ich rozpoznać, np. Hugh Grant- charakteryzacja mistrzowska, ale też styl gry aktorskiej o jaki nie podejrzewałabym tego aktora.
Ci sami aktorzy w różnych wcieleniach powodują wrażenie przenikania się wydarzeń, czasów, osób. Jakby czas nie płynął liniowo, do czego jesteśmy przyzwyczajeni . Połączenia scen nie są przypadkowe. Zachowania , związki , myśli, które widzimy w jednej przestrzeni , przenikają i wpływają na pozostałe wydarzenia. Życie jednostki nie jest ani początkiem ani końcem ciągu przyczynowo-skutkowego . ( przypomina mi to symbol kosmicznego węża , o którym pisałam w poprzednim poście). Jeden z bohaterów tak to ujmuje, że jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi, nasze ścieżki są połączone ze ścieżkami innych ludzi. A każdym naszym czynem tworzymy przyszłość , bo konsekwencje naszych słów, myśli i działania są nieśmiertelne. Może to być nawiązanie do reinkarnacji, może do istnienia jednocześnie w wielu wymiarach czasoprzestrzennych. Myślę , że ten film daje możliwość wielu interpretacji , każdy widz może się do niego odnieść przez pryzmat własnych przekonań światopoglądowych , wiary.
Czytałam też opinie , że to " filozofia z dupy, na poziomie P. Coelho. "
Ja aż tak krytyczna nie byłabym, chociaż mam wątpliwości czy forma obrazu nie przerosła jego treści. Może w książce jest więcej filozofii i przemyśleń , co podnosi wartość intelektualną dzieła - tak wnioskuję po recenzjach . Trzeba przyznać też rację krytykom filmu , że nie jest to nowa myśl filozoficzna , czy zaskakująca koncepcja bytu. Twórcy filmu postawili na przekaz za pomocą scenografii, efektów komputerowych, charakteryzacji . Efekt osiągnęli wspaniały , momentami aż przytłacza od nadmiaru wrażeń ! Jeżeli komuś nie odpowiada przesłanie filmu , to warto go obejrzeć chociażby z powodu tych walorów X Muzy. Myślę, że przełożenie tak "pokręconej" fabuły książki na ekran musiało być niełatwym wyzwaniem. Trochę zabrakło mi wyraźniejszych powiązań między wątkami , dlatego na początku nie mogłam złapać sensu. W końcu zrozumiałam , że właśnie to może być sensem samym w sobie , że nie ma w życiu prostych związków przyczynowo-skutkowych , albo że nie potrafimy ich wprost spostrzec i nazwać.
Dobrą zabawę można mieć z odgadywania , który aktor kryje się pod daną charakteryzacją. Czytałam wypowiedź , że ktoś Hugh Granta widział tylko raz :)
To prawda , że świetnie maskuje się.Kreacje Toma Hanksa też mnie zaskakiwały. Przez cały film miałam wątpliwości kogo w danej roli oglądam . Dobrze , że na koniec podana jest ściągawka z obsadą:)
Zamieszczam zwiastun , żeby zachęcić do obejrzenia filmu.
To co łączy wszystkie płaszczyzny to ci sami aktorzy. Czasem trudno ich rozpoznać, np. Hugh Grant- charakteryzacja mistrzowska, ale też styl gry aktorskiej o jaki nie podejrzewałabym tego aktora.
Ci sami aktorzy w różnych wcieleniach powodują wrażenie przenikania się wydarzeń, czasów, osób. Jakby czas nie płynął liniowo, do czego jesteśmy przyzwyczajeni . Połączenia scen nie są przypadkowe. Zachowania , związki , myśli, które widzimy w jednej przestrzeni , przenikają i wpływają na pozostałe wydarzenia. Życie jednostki nie jest ani początkiem ani końcem ciągu przyczynowo-skutkowego . ( przypomina mi to symbol kosmicznego węża , o którym pisałam w poprzednim poście). Jeden z bohaterów tak to ujmuje, że jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi, nasze ścieżki są połączone ze ścieżkami innych ludzi. A każdym naszym czynem tworzymy przyszłość , bo konsekwencje naszych słów, myśli i działania są nieśmiertelne. Może to być nawiązanie do reinkarnacji, może do istnienia jednocześnie w wielu wymiarach czasoprzestrzennych. Myślę , że ten film daje możliwość wielu interpretacji , każdy widz może się do niego odnieść przez pryzmat własnych przekonań światopoglądowych , wiary.
Czytałam też opinie , że to " filozofia z dupy, na poziomie P. Coelho. "
Ja aż tak krytyczna nie byłabym, chociaż mam wątpliwości czy forma obrazu nie przerosła jego treści. Może w książce jest więcej filozofii i przemyśleń , co podnosi wartość intelektualną dzieła - tak wnioskuję po recenzjach . Trzeba przyznać też rację krytykom filmu , że nie jest to nowa myśl filozoficzna , czy zaskakująca koncepcja bytu. Twórcy filmu postawili na przekaz za pomocą scenografii, efektów komputerowych, charakteryzacji . Efekt osiągnęli wspaniały , momentami aż przytłacza od nadmiaru wrażeń ! Jeżeli komuś nie odpowiada przesłanie filmu , to warto go obejrzeć chociażby z powodu tych walorów X Muzy. Myślę, że przełożenie tak "pokręconej" fabuły książki na ekran musiało być niełatwym wyzwaniem. Trochę zabrakło mi wyraźniejszych powiązań między wątkami , dlatego na początku nie mogłam złapać sensu. W końcu zrozumiałam , że właśnie to może być sensem samym w sobie , że nie ma w życiu prostych związków przyczynowo-skutkowych , albo że nie potrafimy ich wprost spostrzec i nazwać.
Dobrą zabawę można mieć z odgadywania , który aktor kryje się pod daną charakteryzacją. Czytałam wypowiedź , że ktoś Hugh Granta widział tylko raz :)
To prawda , że świetnie maskuje się.Kreacje Toma Hanksa też mnie zaskakiwały. Przez cały film miałam wątpliwości kogo w danej roli oglądam . Dobrze , że na koniec podana jest ściągawka z obsadą:)
Zamieszczam zwiastun , żeby zachęcić do obejrzenia filmu.
sobota, 8 grudnia 2012
"Młyn i krzyż" , czyli droga krzyżowa wg. Lecha Majewskiego
Pieter Bruegel, podobnie jak Hieronim Bosch, to malarze , których obrazy robią na mnie duże wrażenie.
Dlatego z wielkim zapałem zasiadłam do filmu "Młyn i krzyż" w reż. Lecha Majewskiego.
Scenariusz filmu jest oparty na eseju amerykańskiego historyka sztuki Michaela Gibsona.Jest to forma animacji znanego obrazu Pietera Bruegla " Droga Krzyżowa".
Reżyser pochyla się z lupą nad postaciami i wydarzeniami przedstawionymi na obrazie , dokładając do nich narrację.
Ogólnym tematem jest życie we Flandrii roku 1563, będącej pod panowaniem hiszpańskim.Bruegel (Rutger Hauer) planuje namalować obraz. Przygląda się mieszkańcom, robi szkice , tłumaczy rozmieszczenie planu i symbolikę postaci.
Widzimy zwykłe, codzienne życie wieśniaków, ich biedę, prześladowanie heretyków, okrutne egzekucje. Dowiadujemy się (niestety) do czego służyło koło , widoczne z prawej strony obrazu Bruegla.
W filmie nie ma fabuły, jest to raczej kalejdoskop scen ,przesuwających się przed oczami widza.
Od początku przykuwa uwagę cisza panująca w filmie. Dialogi ograniczone są do niezbędnego minimum, są tylko formą komentarza do tego co widz ogląda. Najważniejsze są zdjęcia, które tworzą magię tego filmu.
Czułam się jak Alicja przechodząca na drugą stronę lustra. Z tą różnicą , że lustrem jest płótno obrazu. Nie miałam poczucia , że oglądam film , tylko ,że wchodzę w magicznie ożywiony świat wg. Bruegla. Sceny, dopracowane z wielką dbałością o szczegóły ,zapierały mi dech w piersiach. Nie chcę , żeby wyglądało to na egzaltację , na prawdę oglądałam ten film na wstrzymanym oddechu.
Aktorzy są postaciami jakby namalowanymi ręką mistrza. Charlotte Rampling grająca rolę Matki Boskiej nie jest zwykłą odtwórczynią roli , jaką znamy z filmów pokazywanych w TV w okresie świątecznym. Ona po prosty j e s t Pietą, cierpiącą , skupioną na tajemnicy, której jest świadkiem.
Twórcom filmu udało się pokazać artyzm mistrza Bruegla, który słynął z malowania pejzaży.Krajobrazy sprawiają wrażenie namalowanych. Wiernie oddane są kolory, światło, klimat obrazów. Czasami ma się wrażenie , że widać pociągnięcia pędzla.Wykorzystanie współczesnej techniki w połączeniu z miłością do sztuki dało wspaniały efekt.
Lech Majewski o procesie tworzenia tego filmu tak powiedział:
"Wykonana praca może być porównana do tkania ogromnego cyfrowego gobelinu zbudowanego z wielowarstwowych perspektyw, zjawisk atmosferycznych i ludzi".
Czytałam krytyczne opinie na temat filmu "Młyn i krzyż". Stawiane są zarzuty , że banalna fabuła, , że nic odkrywczego, że wydumane - dla pseudointelektualistów
( cokolwiek to znaczy) .
Recenzenci( np . na Filmweb) , obok krytyki filmu, obrażają dodatkowo widzów, którzy mają odmienne zdanie.
Zapominają chyba po co jest sztuka , dlaczego jedni ludzie coś tworzą , a inni to oglądają?
Moim zdaniem sztuka ma wywołać określone emocje,ma poruszyć w odbiorcy schowaną gdzieś głęboko strunę. Jest to sprawa subiektywna , a nawet czasami intymna. Emocje nie podlegają normom, ramom. Każdy człowiek rezonuje na inny rodzaj sztuki, bo każdemu coś innego w duszy gra.
Film Lecha Majewskiego "Młyn i krzyż"jest właśnie obrazem oddziałowującym na emocje. Nie ma po co kombinować nad nim- czy dobry , czy banalny. Należy go chłonąć zmysłami , przeżywać.
W mojej duszy własnie taka sztuka gra...
piątek, 2 listopada 2012
Whisky dla aniołów reż. Ken Loach
Nowy film Kena Loacha zdobył Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu w Cannes w 2012 r.
Reżyser lubi podejmować tematykę społeczną i tak jest tym razem.
Bohaterowie filmu to ludzie ,którzy są na bakier z prawem, słabo wykształceni , niedostosowani , skazani przez sąd na prace społeczne za kradzieże i rozboje.
Główny bohater, Robbie, to chłopak z nizin społecznych w Glasgow. Ma problemy z panowaniem nad swoimi emocjami, agresją. Na początku filmu spostrzegamy go jako zwykłego bandytę, którego strach spotkać w ciemnej uliczce.
W miarę rozwoju akcji zaczyna nam się jednak jawić chłopak wrażliwy , inteligentny.
Ma dziewczynę i synka. Dla nich chce się zmienić, wyrwać ze swojego środowiska. Jednak dla człowieka z jego przeszłością i pokiereszowana twarzą nie jest łatwo znaleźć pracę. Wydaje się więc , że Robbie nie zdoła zerwać z dotychczasowym życiem , ze środowiskiem kryminalnym. Nawet teść nazywa go " genetycznym gównem", a jak wiadomo od genów nie można uciec.
Kiedy wydaje się już, że zwycięży determinizm społeczny , następuje zwrot akcji. Robbie poznaje kogoś , kto mu daje kredyt zaufania - czyli opiekuna grupy z prac społecznych.Mądry pedagog chce młodym przestępcom dać z siebie coś więcej niż tylko odfajkowanie obowiązkowych godzin.
Chłopak odkrywa w sobie nowe zdolności. Wpada na pomysł zarobienia dużej kasy, niestety nielegalnie.
Grupa bohaterów zdobywa sympatię widza, tak że właściwie trzymamy za nich kciuki , aby przekręt się udał. W końcu okraść zmanierowanych bogaczy nie zawsze musi być złe, o czym wiemy już od czasów Robin Hooda.
Ciekawy jest tytuł filmu. Nawiązuje do ubytku kilku procent whisky podczas dojrzewania w beczce. Mówi się , że ta brakująca ilość idzie dla aniołów.
Może to właśnie aniołowie postanawiają się podzielić się trunkiem z bohaterami...?
Film nie daje odpowiedzi na pytanie zasadnicze- czy bohaterowie będą potrafili wykorzystać szansę jaką zesłał im los? Czy tak jak mieli dotąd w zwyczaju , przehulają wszystko i znów znajda się na dnie?
Obraz Loacha oglądałam z przyjemnością, nie jest to komedia jak był reklamowany , ale wywołuje uśmiech,bohaterowie budzą sympatię .
Ken Loach lubi zatrudniać aktorów amatorów i tym razem też obsada jest świetna, zwłaszcza Paul Brannigan w roli głównej.
Ciekawy jest slang uliczny jakim mówią bohaterowie.
Film pozostawia pytanie o relatywizm moralny , kiedy możemy osądzać czyny jako przestępcze , a kiedy jest to wynik sytuacji w jakiej się człowiek znalazł , czasem niezależnie od swojej woli. Jak bardzo życie jednostki jest zdeterminowane przez pochodzenie społeczne, ekonomiczne. Jak trudno jest pokonać te bariery, zwłaszcza gdy nikt nie poda pomocnej dłoni.
Reżyser lubi podejmować tematykę społeczną i tak jest tym razem.
Bohaterowie filmu to ludzie ,którzy są na bakier z prawem, słabo wykształceni , niedostosowani , skazani przez sąd na prace społeczne za kradzieże i rozboje.
Główny bohater, Robbie, to chłopak z nizin społecznych w Glasgow. Ma problemy z panowaniem nad swoimi emocjami, agresją. Na początku filmu spostrzegamy go jako zwykłego bandytę, którego strach spotkać w ciemnej uliczce.
W miarę rozwoju akcji zaczyna nam się jednak jawić chłopak wrażliwy , inteligentny.
Ma dziewczynę i synka. Dla nich chce się zmienić, wyrwać ze swojego środowiska. Jednak dla człowieka z jego przeszłością i pokiereszowana twarzą nie jest łatwo znaleźć pracę. Wydaje się więc , że Robbie nie zdoła zerwać z dotychczasowym życiem , ze środowiskiem kryminalnym. Nawet teść nazywa go " genetycznym gównem", a jak wiadomo od genów nie można uciec.
Kiedy wydaje się już, że zwycięży determinizm społeczny , następuje zwrot akcji. Robbie poznaje kogoś , kto mu daje kredyt zaufania - czyli opiekuna grupy z prac społecznych.Mądry pedagog chce młodym przestępcom dać z siebie coś więcej niż tylko odfajkowanie obowiązkowych godzin.
Chłopak odkrywa w sobie nowe zdolności. Wpada na pomysł zarobienia dużej kasy, niestety nielegalnie.
Grupa bohaterów zdobywa sympatię widza, tak że właściwie trzymamy za nich kciuki , aby przekręt się udał. W końcu okraść zmanierowanych bogaczy nie zawsze musi być złe, o czym wiemy już od czasów Robin Hooda.
Ciekawy jest tytuł filmu. Nawiązuje do ubytku kilku procent whisky podczas dojrzewania w beczce. Mówi się , że ta brakująca ilość idzie dla aniołów.
Może to właśnie aniołowie postanawiają się podzielić się trunkiem z bohaterami...?
Film nie daje odpowiedzi na pytanie zasadnicze- czy bohaterowie będą potrafili wykorzystać szansę jaką zesłał im los? Czy tak jak mieli dotąd w zwyczaju , przehulają wszystko i znów znajda się na dnie?
Obraz Loacha oglądałam z przyjemnością, nie jest to komedia jak był reklamowany , ale wywołuje uśmiech,bohaterowie budzą sympatię .
Ken Loach lubi zatrudniać aktorów amatorów i tym razem też obsada jest świetna, zwłaszcza Paul Brannigan w roli głównej.
Ciekawy jest slang uliczny jakim mówią bohaterowie.
Film pozostawia pytanie o relatywizm moralny , kiedy możemy osądzać czyny jako przestępcze , a kiedy jest to wynik sytuacji w jakiej się człowiek znalazł , czasem niezależnie od swojej woli. Jak bardzo życie jednostki jest zdeterminowane przez pochodzenie społeczne, ekonomiczne. Jak trudno jest pokonać te bariery, zwłaszcza gdy nikt nie poda pomocnej dłoni.
niedziela, 28 października 2012
Cosmopolis , reż David Cronenberg
Film powstał na podstawie książki Don Delillo o tym samym tytule. Jest to zapis 24 godzin życia młodego człowieka , biznesmena dla którego pieniądze nie mają większego znaczenia.
Robert Pattinson gra człowieka zimnego, nie okazującego emocji, skoncentrowanego na sobie, obsesyjnie dbającego o swoje zdrowie.
Świat bohatera zamknięty jest w luksusowej limuzynie, jeżdżącej po NY. Kontaktuje się z różnymi ludźmi, ale w relacjach z nimi odcina się od głębszych uczuć. Szuka doznań silniejszych typu uczucie porażenia paralizatorem.(!)
Tłem społecznym są zamieszki na ulicach, wrogość wobec bogaczy tego świata, brak wiary w przyszłość dla tzw. zwykłych ludzi, przygnębiający , dekadencki nastrój.
Uboga mimika, skąpe dialogi, mogą początkowo intrygować, sugerując istnienie jakiejś tajemnicy , drugiego dna, prowokować do analizy i szukania głębi.
Ale pod pierwszą warstwą odbioru chyba jednak nic się nie kryje. Może tylko refleksja na temat samotności człowieka we współczesnym świecie, ukrytej pod osłoną bogactwa , wyrachowania, oziębłości uczuciowej.
Nie robią na mnie wrażenia puste, "niewidzące" , zawieszone gdzieś w próżni spojrzenia Pattinsona. Dla mnie w każdym filmie jest on taki sam, a jego role wyróżnia tylko kostium i scenografia.
Moim zdanie w Cosmopolis na siłę dorabiana jest głębia tam , gdzie jej nie ma. Dzieło sztuki w stylu " nie wiadomo o co chodzi" więc trzeba się wysilić intelektualnie, a kto tego nie zrozumie - ten głupek.
Odebrałam ten film jako nudną opowieść o problemach , które i tak już wszyscy znamy. Nie zainteresowała mnie specjalnie ani treść , ani forma.
Przy obecnie powszechnym dostępie do informacji mielimy wszyscy w kółko te same treści, karmimy się papką podawaną przez media. Trudno jest znaleźć nowe prądy , idee, środki wyrazu. Czekam na coś nowego , co poruszy we mnie nieznaną mi dotąd strunę , skieruje na nowe tory. Cosmopolis niestety tego nie robi.
Robert Pattinson gra człowieka zimnego, nie okazującego emocji, skoncentrowanego na sobie, obsesyjnie dbającego o swoje zdrowie.
Świat bohatera zamknięty jest w luksusowej limuzynie, jeżdżącej po NY. Kontaktuje się z różnymi ludźmi, ale w relacjach z nimi odcina się od głębszych uczuć. Szuka doznań silniejszych typu uczucie porażenia paralizatorem.(!)
Tłem społecznym są zamieszki na ulicach, wrogość wobec bogaczy tego świata, brak wiary w przyszłość dla tzw. zwykłych ludzi, przygnębiający , dekadencki nastrój.
![]() |
| Juliette Binoche - jak zawsze świetna |
Uboga mimika, skąpe dialogi, mogą początkowo intrygować, sugerując istnienie jakiejś tajemnicy , drugiego dna, prowokować do analizy i szukania głębi.
![]() |
| ...w poszukiwaniu silniejszych wrażeń... |
Nie robią na mnie wrażenia puste, "niewidzące" , zawieszone gdzieś w próżni spojrzenia Pattinsona. Dla mnie w każdym filmie jest on taki sam, a jego role wyróżnia tylko kostium i scenografia.
Moim zdanie w Cosmopolis na siłę dorabiana jest głębia tam , gdzie jej nie ma. Dzieło sztuki w stylu " nie wiadomo o co chodzi" więc trzeba się wysilić intelektualnie, a kto tego nie zrozumie - ten głupek.
Odebrałam ten film jako nudną opowieść o problemach , które i tak już wszyscy znamy. Nie zainteresowała mnie specjalnie ani treść , ani forma.
Przy obecnie powszechnym dostępie do informacji mielimy wszyscy w kółko te same treści, karmimy się papką podawaną przez media. Trudno jest znaleźć nowe prądy , idee, środki wyrazu. Czekam na coś nowego , co poruszy we mnie nieznaną mi dotąd strunę , skieruje na nowe tory. Cosmopolis niestety tego nie robi.
piątek, 26 października 2012
Marina Abramović Artystka obecna , reż. Matthew Akers
Obejrzenie filmu - dokumentu o "babci performanc'u" - Marinie Abramović wywarło na mnie duże wrażenie. Jest to artystka urodzona w 1946 r. w Jugosławii. Jej rodzice byli zagorzałymi komunistami. Zaangażowani w działalność polityczną , nie poświęcali uwagi córce.Matka nie okazywała jej ciepłych uczuć, bo jak twierdziła - jedynaczki nie można rozpieszczać . Jej metody wychowawcze można nawet nazwać torturą i znęcaniem psychicznym i fizycznym.
Myślę , że doświadczenia z dzieciństwa mogły mieć silny wpływ na jej emocje i osobowość. Wiele osób mogło by załamać się , zamknąć w sobie. Abramović potrafiła swoje urazy , kompleksy, wykorzystać twórczo.
Jej performance jest bardzo kontrowersyjny. Można mieć watpliwość czy jest to jeszcze sztuka czy już perwersja,masochizm , czy próba uporania się z własnymi problemami emocjonalnymi. A może nie można tego rozdzielić. Może sztuka w naturalny sposób graniczy z obnażaniem siebie , z perwersją psychiczną (i fizyczną)?
Marina Abramović wystawia swoje ciało na ryzykowne eksperymenty.
Czesała swoje włosy przez wiele godzin, raniąc skórę aż do krwi.
![]() |
| Ludzie kłuli ją kolcami róży |
W innej części tego projektu łykała tabletki na schorzenia neurologiczne i psychiczne, by sprawdzić zależność między umysłem a ciałem .
Doprowadziło to oczywiście do niebezpiecznych konsekwencji.
W 1975 r. w Amsterdamie zrobiła po raz pierwszy coś co mnie wprowadziło w duże osłupienie. Po raz kolejny wykorzystała swoje ciało jako narzędzie artystycznej (?) ekspresji.Tu uwaga- opis będzie drastyczny.
Najpierw zjadła kilogram miodu i wypiła litr wina. Kieliszek zgniotła w ręku.
Następnie żyletką wycięła sobie na brzuchu gwiazdę. Krwawiła już mocno , ale dla Mariny to było za mało. Zaczęła smagać się biczem po plecach. Kiedy były już zakrwawione - położyła się na krzyżu z bryły lodu. Nad nią wisiał grzejnik , który grzał ciepłym powietrzem w jej poraniony brzuch. W tym czasie krew na plecach przymarzła do krzyża. Publiczność nie wytrzymała - zdjęli ją z krzyża- wybawili przed nią samą .
Wtedy poznała swojego wieloletniego partnera Ulay'a. Mówiła , że on ją uratował, bo w końcu by się zabiła. Nasuwa się tu pytanie czy to sztuka , czy autodestrukcja? Czy aż tak angażowała się w projekt ,że traciła zupełnie kontrolę nad sobą?!
Do 1988 r. tworzą z Ulay'em nierozłączny duet, jak bliźniacy , nawet ubierają się tak samo. Prowokują nagością w miejscach publicznych, zadają sobie ból , cierpienie.
Duże wrażenie robi cykl nagrodzony w Wenecji Złotymi Lwami. Przez kilka dni Marina siedzi na stercie kości i oczyszcza je z resztek . Smród z gnijących resztek był tak duży , że widzowie nie mogli wytrzymać w sali dłużej iż minutę.
Był to protest artystki wobec wojny na Bałkanach , symboliczne opłakiwanie zmarłych.
Z czasem Abramović zmienia swoją interpretację sztuki. Mówi , że w performansie nie są najtrudniejsze brutalne akcje wymierzone przeciw własnemu ciału. Najtrudniejsze jest nicnierobienie. Ważny jest stan umysłu z jakiego wysnuty jest performance.
Chcąc zmusić ludzi do dłuższej koncentracji , do bycia "tu i teraz", siedziała nieruchomo na krześle wiele godzin . Ludzie siadali na przeciwko niej , patrzyli jej w oczy , niektórzy płakali. Część uczestników tego pokazu śmiało się z tak rozumianej sztuki . Inni byli pod dużym wrażeniem tego doświadczenia.
Warto obejrzeć film, przyjrzeć się Marinie Abramović. Można poczuć obrzydzenie , zachwyt lub popukać się w głowę . Na pewno nie można przejść obok niej obojętnie. Patrząc w jej piękne , głębokie oczy ,widać jej cierpienia , emocje. Nie można jej sztuki oceniać w kategoriach "co artystka miała na myśli". Trzeba spojrzeć na jej przedstawienia przez pryzmat własnych wewnętrznych projekcji.
środa, 24 października 2012
Woody Allen "Zakochani w Rzymie"
Nareszcie obejrzałam najnowszy film Woody Allena , który ponoć pobił rekordy oglądalności w Polsce.
Wiadomo ,że filmy Allena mają swój klimat, charakter i wybierając się do kina wiemy czego można się spodziewać.Ten styl albo się lubi , albo ziewa się z nudów.
Tym razem jestem trochę rozczarowana( aż wstyd mi to pisać , bo czuję , że zdradzam Mistrza). Może to moja wina , bo nie miałam humoru . Mam wrażenie , że to wszystko już było - filozoficzny pesymizm, neurotyczność , nieporadność. Niby fajnie , zabawnie - ale takie jakby zwietrzałe.
Najciekawszy wydał mi się wątek Aleca Baldwina - głos sumienia, z którym dyskutują niektórzy bohaterowie.
Nie wiem czy ma sens porównywanie twórczości , ale " O północy w Paryżu" miał pomysł , a tu mi tego zabrakło. Chociaż wiem ,że zdania na ten temat wśród widzów są podzielone.
Kończę , bo chyba nie mam humoru i dlatego tak smęcę, a film może jest całkiem dobry?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































