w moim domu zagościły na dobre. I nie polegają one na zmianie wystroju kuchni, tylko na głębokiej zmianie menu. Doszłam już do krytycznego punktu w swojej tuszy. Popłakałam się nad ubiegłorocznym wiosennym płaszczykiem, który teraz nie dopina się. Nie mogę chodzić w rozpiętym i udawać, że jest mi ciepło! W pierwszym odruchu postanowiłam, że kupię sobie nowy i tak rozwiążę problem. Ale przecież to nie o to chodzi... .
Zapadła więc decyzja o odchudzaniu. Nie ma co ukrywać, znacząco przyczyniła się do tego moja prawie 70-letnia ciotka, która skomentowała nad majówkową kiełbaską z grilla : " No przytyłaś, przytyłaś...". Kiełbaska stanęła mi w gardle, ale popiłam ją łzami wściekłości i już następnego dnia rozpoczęłam zmiany w swoim trybie życia.
Mijają już 2 miesiące - efekty są zadowalające, co motywuje mnie do dalszej pracy nad sobą:)
Ważne jest wsparcie rodziny, jak wszyscy w domu zgadzają się zmienić sposób odżywiania to jest o wiele łatwiej. Jemy zdrowo i chudo, jeździmy na rowerach.
Odchudzałam się już nie raz w życiu. Zawsze gubiło mnie złudne poczucie, że jak już schudłam to mogę sobie trochę poluzować, podjeść batonika i ... nawet nie zauważałam jak wpadam w stare tryby.
Oby teraz tak nie było! Motywację mam silną, bo wchodzę już powoli w taki wiek, że liczy się nie tylko figura ale jeszcze zdrowie, a to już poważniejsza sprawa.
środa, 24 czerwca 2015
środa, 29 kwietnia 2015
Czy biskup może być zwykłym człowiekiem...?
Wykupiłam sobie miesięczny dostęp do Tygodnika Powszechnego w sieci. Mam tak dużo zaległych numerów do przeczytania, że nie wiem od czego zacząć. Najbardziej jednak cieszę się, że Pilch wrócił do pisania:)
Dziś poruszył mnie wywiad z biskupem Piotrem Jareckim. Pamietam, jak głośno było w mediach, zwłaszcza internetowych (bo to najlepsze miejsce do wylewania nienawiści), o tym jak pijany biskup wjechał samochodem w latarnię. Panowało wtedy oburzenie, że nie poniesie żadnej kary, że Kościół zamiecie taką sprawę pod dywan itd. Temat wpisywał się w ogólno-społeczny hejt na biskupów. Szkoda, że takim samym rozgłosem nie cieszy się dalsza historia bp. Jareckiego, dla którego wypadek był początkiem zmiany własnego życia, spostrzegania siebie, swojej roli w Kościele. Piszę o tym z żalem, że treści w mainstreamie są tak wybiórcze, trzeba się postarać, poszukać w sieci, by mieć szerszy ogląd rzeczywistości, niż ten jaki serwuje tvn i WP. Dotyczy to wszystkich dziedzin życia, żeby nie wyglądało to tak, że wychwalam biskupów, bo daleko mi do tego. Ważny wydaje mi się sam problem stronniczości i selektywności mediów, artykułów pisanych pod zamówienie, często tak dyletanckich, że zęby bolą jak to czytam.
Historia bp. Jareckiego jest ciekawa, bo rzadko zdarza się, by biskup publicznie, w napisanej przez siebie książce, przyznawał sie do swojego grzesznego życia, do bycia złym kapłanem. W swoim alkoholizmie i spowodowanym wypadku dostrzegł palec boży. Potrzebował tak silnego wstrząsu, by zrozumieć, jak bardzo emocjonalnie oddalił się od Boga, bo, jak twierdzi, intelektem był blisko - co wydawało mu się wtedy najważniejsze.
W wywiadzie mówi o presji, wywieranej na biskupów, stawianie ich na piedestale, traktowanie jak nadludzi, istoty czysto duchowe, bez ludzkich grzeszków. Biskupi chętnie się godzą na takie traktowanie przez wiernych, bo to zaspokaja ich próżność - niby wszyscy śmieją sie z całowania w pierscień, ale biskupi nie protestują przeciw takiemu nadęciu w relacjach z ludźmi. Wynikać to może z tego, że biskup żyje sam, w oderwaniu od "zwykłych" ludzi, od codziennych problemów. Jego nauczanie jest więc "z zewnątrz", obce, nieprzystające do tego, z czym borykają sie ludzie na co dzień.
Bp. Jarecki podobno słynął z zamiłowania do luksusu, gustownych ubrań, nazywano go "władcą pierścieni", bo tak czesto te pierścienie zmieniał. Teraz odkrywa, jak to jest samemu sobie posprzątać mieszkanie, czy skompletować skarpetki po praniu. Nawet zabawne by to było... gdyby nie takie smutne... . Współczuję jako człowiekowi, że żył dotąd w tak sztucznym świecie, ale też przeraża mnie jakie życie wiodą "pasterze Kościoła". Wyznania bp. Jareckiego, jak się nad tym głębiej zastanowić, to nie tylko samokrytyka, ale być może i przyczynek do refleksji nad kryzysem Kościoła.
Trochę niedowierzam, by po dwóch latach terapii można zmienić się trwale. Wydaje mi się , że w rozmowie z ks. Bonieckim bp. Jarecki przedstawia dużo własnych przemyśleń, planów, ale... czy one wypływają z serca, czy - no właśnie - znów z rozumu ks.bp. Takie nieco naiwne wydają się stwierdzenia : "... znajdę sobie jakąś pracę 2 razy w tyg. żeby być bliżej ludzi." Ale nie chcę podważać szczerości słów bp. Jareckiego. Każdy jest ułomny i słaby. Dobrze, gdy sobie to uświadomi i coś próbuje robić.
I jeszcze fragment z książki bp. Jareckiego, przyznam, że w duchu papieża Franciszka, rzadko spotykane w polskim Kościele.
(...) Na pewno nie ośmieliłbym się powiedzieć tak jak Jezus: patrzcie na moje czyny, a przekonacie się, kim jestem. Powodem jest częsta rozbieżność między tym, jak powinienem żyć, a jak żyję”. I dalej: „Największą bodaj pokusą człowieka jest nieszczerość wobec siebie, nieszczerość wobec innych, czyli podwójne życie, faryzeizm. Jest to trucizna człowieczeństwa i chrześcijaństwa”.
Ciekawa jestem, jak biskup, po takich duchowych przemianach odnajdzie się w codziennej pracy, na ile starczy mu sił, by oprzeć się presji środowiska, do którego musi wrócić po 2 latach zawieszenia?
P.S. Przepraszam za to niechlujstwo w czcionce, ale nie mogłam tego zmienić, każdy fragment inną wielkością liter. Chyba to wina bloggera:)
niedziela, 19 kwietnia 2015
"Rodzinna historia lęku" Agaty Tuszyńskiej
Opowieść o szukaniu własnej tożsamości, ukrytej we fragmentach wspomnień, w rodzinnych tajemnicach.
Książka bardzo osobista, intymna, poruszająca sprawy rodzinne, bolesne, o których niechętnie mówi się publicznie.
Agata Tuszyńska wygrzebuje spod ziemi stare macewy, szuka śladów swoich żydowskich przodków w Łęczycy. odwiedza obóz w Woldenbergu, w którym spędził wojnę jej dziadek.
Takie książki uswiadamiają mi dramatyzm naszego ludzkiego przemijania. Przewija się korowód postaci - prababek, pradziadków, kuzynów, ciotek. Wszyscy pozostają jedynie mglistym wspomnieniem, pożółkłą fotografią. Ich troski, lęki i doczesne radości są już bez znaczenia, rozpłynęły się, spróchniały w grobie. Pozostają po człowieku jakieś bezużyteczne przedmioty, trochę wspomnień...
Chyba to wynik starzenia się, ale takie historie napawają mnie coraz większym smutkiem. Przygniata mnie świadomość przemijania.
...i żeby już całkiem pogrążyć się w otchłani depresji, przytoczę wiersz Haliny Poświatowskiej :
ja minę
ty miniesz
on minie
mijamy
mijajmy
woda liście umyła olszynie
nad wodą
olszyna
czerwona
zmarzła moknie
mijam
mijasz
mija
a zawsze tak samotnie
minąłeś
minęłam
już nas nie ma
a ten szum wyżej
to wiatr
on tak będzie jeszcze wieczność wiał
nad nami
nad wodą
nad ziemią
Książka bardzo osobista, intymna, poruszająca sprawy rodzinne, bolesne, o których niechętnie mówi się publicznie.
Agata Tuszyńska wygrzebuje spod ziemi stare macewy, szuka śladów swoich żydowskich przodków w Łęczycy. odwiedza obóz w Woldenbergu, w którym spędził wojnę jej dziadek.
Takie książki uswiadamiają mi dramatyzm naszego ludzkiego przemijania. Przewija się korowód postaci - prababek, pradziadków, kuzynów, ciotek. Wszyscy pozostają jedynie mglistym wspomnieniem, pożółkłą fotografią. Ich troski, lęki i doczesne radości są już bez znaczenia, rozpłynęły się, spróchniały w grobie. Pozostają po człowieku jakieś bezużyteczne przedmioty, trochę wspomnień...
Chyba to wynik starzenia się, ale takie historie napawają mnie coraz większym smutkiem. Przygniata mnie świadomość przemijania.
...i żeby już całkiem pogrążyć się w otchłani depresji, przytoczę wiersz Haliny Poświatowskiej :
ja minę
ty miniesz
on minie
mijamy
mijajmy
woda liście umyła olszynie
nad wodą
olszyna
czerwona
zmarzła moknie
mijam
mijasz
mija
a zawsze tak samotnie
minąłeś
minęłam
już nas nie ma
a ten szum wyżej
to wiatr
on tak będzie jeszcze wieczność wiał
nad nami
nad wodą
nad ziemią
niedziela, 22 lutego 2015
Wiosny
w lesie jeszcze nie widać, o czym przekonałam się podczas dzisiejszej wycieczki rowerowej. Miała to być niewinna przejażdżka a okazało się, że to "rajd błotami Teofilowa". W lesie mokro, błotnisto, leżą resztki brudnego śniegu. Przyroda jeszcze uśpiona, mimo dodatnich temperatur nic nie zapowiada wiosny. Staw koło działki teściów jeszcze zamarznięty, a jakiś śmiałek próbował łowić ryby.
Taka godzinna wyprawa, to wspaniały zastrzyk energii. Rozruszałam zastygłe po zimie mięśnie, popatrzyłam na przyrodę, a to zawsze poprawia nastrój.
Wróciliśmy do domu z uwalanymi błotem nogawkami spodni, ale za to humory wspaniałe. Łatwiej zmierzyć się z myślą o poniedziałku.
A zdjęć z wycieczki nie ma, bo zapomnaiłam aparatu:)
Wróciliśmy do domu z uwalanymi błotem nogawkami spodni, ale za to humory wspaniałe. Łatwiej zmierzyć się z myślą o poniedziałku.
A zdjęć z wycieczki nie ma, bo zapomnaiłam aparatu:)
I jeszcze takie zdanie znalazłam, nie wiem czyje:
"nie widzimy rzeczy takimi, jakie one są, widzimy je takimi, jacy my jesteśmy"
"nie widzimy rzeczy takimi, jakie one są, widzimy je takimi, jacy my jesteśmy"
piątek, 20 lutego 2015
św. Augustyn -
" Dusza żywi się tym, z czego się cieszy".
Przeczytałam te mądrą myśl doktora Kościoła i teraz kombinuję, czym nakarmić moją duszę. Zwłaszcza, że ostatnio więcej smutków i problemów. A to trucizna dla duszy, a nie pokarm.
P.S. A żeby nie było, że św. Augustyn to taki mądrala, to przytoczę inną jego myśl :
"Cóż gorszego od domu, w którym niewiasta mężem rządzi? Dobrze zaś jest w tym domu, gdzie mąż rządzi, a niewiasta ulega." :D
środa, 28 stycznia 2015
Pieśń łagodnych
Ile światłem prowadzeni
Dróg powietrza przejść zdołamy?
W ilu rzekach zanurzymy stopy?
Ile w nas zdumienia jeszcze?
Ile złudzeń nie straconych?
Światów ile nie odkrytych wokół?
Zadajemy te pytania głosem ptasim,
Niech prowadzą nas bez odpowiedzi nawet,
Niech się wznoszą, niech się wznoszą,
Aż zabłysną tęczą
Do krainy łagodności bramą.
Białych plam poszukiwacze
Wszędzie w sobie, ponad sobą
Odkrywamy karty niezwyczajne.
Oto morza falowanie,
Statek ze szkarłatnym żaglem,
Oto splot płomienia życiodajny
Niech zakwita, niech oczyszcza,
niech kształt nada
Tam, co w nas tkwi gdzieś na dnie samym,
Niech się wznosi, niech się wznosi,
Aż zabłyśnie tęczą
Do krainy łagodności bramą
Wolna Grupa Bukowina
cóż poradzę, ...taki nastrój mnie dziś dopadł...
życzę wszystkim miłego dnia :-)
Dróg powietrza przejść zdołamy?
W ilu rzekach zanurzymy stopy?
Ile w nas zdumienia jeszcze?
Ile złudzeń nie straconych?
Światów ile nie odkrytych wokół?
Zadajemy te pytania głosem ptasim,
Niech prowadzą nas bez odpowiedzi nawet,
Niech się wznoszą, niech się wznoszą,
Aż zabłysną tęczą
Do krainy łagodności bramą.
Białych plam poszukiwacze
Wszędzie w sobie, ponad sobą
Odkrywamy karty niezwyczajne.
Oto morza falowanie,
Statek ze szkarłatnym żaglem,
Oto splot płomienia życiodajny
Niech zakwita, niech oczyszcza,
niech kształt nada
Tam, co w nas tkwi gdzieś na dnie samym,
Niech się wznosi, niech się wznosi,
Aż zabłyśnie tęczą
Do krainy łagodności bramą
Wolna Grupa Bukowina
cóż poradzę, ...taki nastrój mnie dziś dopadł...
życzę wszystkim miłego dnia :-)
niedziela, 25 stycznia 2015
"Mistrz" Andy Andrews
"W chwilach próby większość ludzi szuka odpowiedzi. Czasami znajduje się ona na wyciągnięcie ręki, ale nie dostrzegamy jej, ponieważ brak nam odpowiedniej perspektywy."
"Właściwa perspektywa przynosi spokój, a spokój pomaga jasno myśleć. Jasność myśli pomaga znaleźć nowe rozwiązanie."
"Mistrz" to książka może trochę naiwna, ale podziałała jak plaster na ranę na moim skołatanym sercu, w tych parszywych ostatnio dla mnie dniach.
Jest to historia o ludziach w małym miasteczku, wśród których zjawia się co jakiś czas tajemniczy starzec, Jones. Nikt nie wie skąd przybywa, gdzie nocuje, z czego żyje. Lata mijają, a on nic się nie zmienia, zawsze ten sam, siwy, drobny, w wytartych dżinsach, ze starą walizką.
Przychodzi zawsze do tych, którzy nawet sami nie wiedzą, że stoją nad życiową przepaścią, cierpią, nie radzą sobie z życiem. Pomaga im odnaleźć, jak ON to nazywa, właściwą perspektywę, zrozumieć siebie, odmienić los.
Kilka różnych historii ludzkich, ale pewnie każdy odnajdzie w którejś z nich cząstkę siebie.
Wydaje się to proste, prawdy stare jak świat, żeby kochać zarówno siebie jak i drugiego człowieka, że wszystko, co robimy, nawet najzwyklejsze sprawy, mają wpływ na innych, na teraźniejszość i przyszłość - choć być może nigdy się o tym nie dowiemy. Niby to wszystko wiadomo, ale rzadko o tym pamiętam.
Mistrz prowokuje do stawiania sobie pytań, czasem niewygodnych, bolesnych. Można wzruszyć lekceważąco ramionami - co za bzdurki! Ale też można pozwolić sobie na chwilę refleksji - być może doprowadzi nas ona do czegoś nowego, lepszego?
Może trochę to psychoterapia dla ubogich, bajka, ale bajki są po to, by robiło się cieplej na sercu. Pewnie każdy chciałby, aby w trudnych chwilach taki Anioł Stróż położył rękę na naszym ramieniu i powiedział : "Podejdź tu, bliżej światła".
Pamiętaj "Najlepsze dopiero przed Wami."
więc
"Niech w Waszych sercach zawsze panuje jasność" - czego Wam życzę ;-)
czwartek, 15 stycznia 2015
"Hardkor Disko" reż. Krzysztof Skonieczny
![]() |
| kadr z filmu |
Ciekawe, że jest to film niezależny, wyprodukowany przez Krzysztofa Skoniecznego. Jak sam mówi, dało mu to możliwość decydowania o każdym szczególe, szansę zrobienia filmu autorskiego, zgodnego z własną wizją i artystyczną wrażliwością.
"Hardkor" to współczesne słowo mające wyrażać coś bezwzględnego, brutalnego, zaskakującego. W tym filmie ma reprezentować pokolenie młodych ludzi i być przeciwstawieniem dla słowa"disko", pochodzącego z epoki rodziców.
Czy jest to wobec tego film o konflikcie pokoleń, starciu się różnych wartości?
Pewnie tak. Ja odebrałam to jako zagubienie własnej tożsamości. Rodzice wychodzą ze swojej tradycyjnej roli, chcą by młodzi mówili do nich po imieniu, pokazują luz, beztroskę, tolerancję wobec zachowań dzieci. (Matka zdawkowo przypomina, żeby nie przesadzali z narkotykami). Rodzice przestali być autorytetem dla dziecka, a co za tym idzie, wsparciem, opoką. Filmowa mama koniecznie chce być traktowana jak kumpelka, cieszy ją, że koleżanki córki zazdroszczą takiej matki - a córka jest niezadowolona. Prawdopodobnie oczekuje, że matka będzie reprezentowała świat dorosłych, uporządkowany, stawiający granice, wymagający. Bez tego dziewczyna sama czuje się bezradna, zagubiona.
![]() |
| kadr z filmu |
Jest to obraz czasów, w których brakuje stałych uczuć, stabilnej hierarchii wartości, punktów odniesienia. Powoduje to poczucie pustki, zmierzania samotnie donikąd.
Pozostaje tylko utracona niewinność, którą (chyba) symbolizują sceny kręcone amatorską kamerą - dziewczynka, recytująca wierszyki, opowiadająca mamie o szkole, o koleżankach. Taki zapis "cudownych lat", jakie przechowujemy w pamięci o sobie, czy o swoich dzieciach. I dziecięce rysunki, przedstawiające rodzinę, które są symboliczną zapowiedzią kolejnej tragedii. Wszystko to jest w sferze domysłów, niedopowiedzeń. I taką sztukę lubię najbardziej.
Krzysztof Skonieczny próbował nawiązać do tragedii antycznej, dramatu między dzieckiem a rodzicem, problemu winy i kary, niemożliwej do spełnienia miłości. Ważną rolę przypisał w filmie muzyce, która świetnie współgra z obrazem, jak chór w teatrze antycznym, który coś dopowiada, dookreśla. Dobór piosenek do poszczególnych scen dodaje im nowych znaczeń, pozwala widzowi na nadawanie własnych interpretacji.
Słyszałam dużo krytycznych ocen tego filmu, zarówno w internecie, jak i w "poważnych" programach telewizyjnych. Zbyt dużo inspiracji innymi produkcjami, niejasne przyczyny zachowań głównego bohatera, Marcina, ogólnie brak głębszego sensu filmu.
Moim zdaniem to film, w którym tylko pozornie mało się dzieje, są dłużyzny, sceny niby niewiele wnoszące do fabuły. Ale to jest moim zdaniem wartością tego filmu. Daje wolność widzowi, przestrzeń do własnej interpretacji, płaszczyznę na indywidualne przeżywanie obrazu.
Dziwią mnie zarzuty, że nie wiadomo jakie są motywy działania głównego bohatera - Marcina, czy chodzi tu o zemstę z pobudek osobistych, czy symboliczne mszczenie się na pokoleniu rodziców? A czy wszystko musi być dopowiedziane? To nie kryminał. Zresztą reżyser podsuwa widzowi kilka szczegółów, mówiąc:"resztę dopowiedz sobie sam...".
Ciekawa produkcja, interesujące role Marcina Kowalczyka i Jaśminy Polak. Film, który długo siedzi w głowie.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
"Niebo i ziemia"
Na niebiosach mieszka Bóg,
A na ziemi jest ścieżka
Prowadząca do nieba...
Ścieżka wąska jak perć-
Tylko że naprzód śmierć
Przezwyciężyć trzeba.
Na ziemi ludzie prości
Umierają z miłości,
Bo wierzących miłość uśmierca...
Mógłby im pomóc Bóg,
Ale Bóg nie zna dróg
Do człowieczego serca.
...oto oblicze Jana Brzechwy jakiego nie znałam...
A na ziemi jest ścieżka
Prowadząca do nieba...
Ścieżka wąska jak perć-
Tylko że naprzód śmierć
Przezwyciężyć trzeba.
Na ziemi ludzie prości
Umierają z miłości,
Bo wierzących miłość uśmierca...
Mógłby im pomóc Bóg,
Ale Bóg nie zna dróg
Do człowieczego serca.
...oto oblicze Jana Brzechwy jakiego nie znałam...
niedziela, 11 stycznia 2015
"Jedwabnik" Robert Galbraith
Jest to już druga powieść kryminalna J.K. Rowling, ukrywającej się pod męskim pseudonimem. Poprzedniej - "Wołanie kukułki" wysłuchałam w postaci audiobooka. Już pisałam o tym, że trudno było mi ocenić, czy książka była dobra, czy to fantastyczna interpretacja Macieja Stuhra dodała jej uroku.
Dlatego z ciekawością sięgnęłam po "Jedwabnika", by upewnić się, czy Robert Galbraith talent do pisania kryminałów ma czy nie.
Prywatny detektyw Cormoran Strike, po spektakularnym sukcesie wykrycia zabójcy Lully Laundry, rozwinął swą praktykę zawodową. Poprawiła się jego sytuacja finansowa, świetnie rozwija sie współpraca z asystentką Robin. Przy natłoku spraw, które prowadzi, trafia mu się klientka, która już na pierwszy rzut oka nie przyniesie detektywowi wysokiego honorarium. Cormoran przyjmuje jednak tę sprawę, bo coś go zaintryguje w lekko dziwacznej klientce. Zgłasza się ona z prośbą o odnalezienie męża, który nie daje znaku życia już od tygodnia. Mąż jest pisarzem, niezbyt poczytnym, jego dość kontrowersyjne książki i grubiański styl bycia budzą niechęć znajomych. Mężem też nie jest zbyt dobrym, więc nikt specjalnie nie rozpacza z powodu jego zaginięcia. No, ale wypadałoby chłopa odnaleźć... . Zwłaszcza, że w obieg poszedł maszynopis jego najnowszej, nie wydanej jeszcze książki. Bohaterami tej powieści są dziwne, nierealistyczne postaci. Mają symboliczne imiona i cechy, które wyraźnie pasują do znajomych pisarza. W tak dziwny, literacki sposób pisarz obnaża swoją żonę, kochankę, wydawcę i parę innych osób. Wyciąga na światło dzienne ich tajemnice, przywary, kompleksy. Maszynopis wywołuje skandal w środowisku wydawniczym. Każdy, kogo opisano w książce, chciałby dorwać drania i rozprawić się z nim za insynuacje zawarte w książce. Więcej pisać nie będę, by nie ujawniać treści. Powiem tylko, że akcja rozkręca się dosyć wolno, trzeba więc trochę cierpliwości, by dać się wciągnąć w tę kryminalną zagadkę.
"Jedwabnik" jest klasycznym kryminałem - jest morderstwo, krąg podejrzanych, wiele wątków, które zwodzą czytelnika, a na końcu rozwiązanie, na które nagle wpada genialny detektyw.
W kryminałach najczęściej denerwują mnie zakończenia. Czuję się rozczarowana, mam niedosyt, że tyle było wątków niewyjaśnionych, tyle gmatwania, a tu nagle -deus ex machina- i jest morderca. Brakuje mi sensownych motywów, które uzasadniałyby wyrafinowane zbrodnie (bo pisarze ostatnio prześcigaja się w pomysłach).
Niestety, są też dłużyzny, np inne sprawy, które Cormoran prowadzi w tle. Są opisywane na tyle zdawkowo i bezbarwnie, że nie budzą zainteresowania. Przyznaję, że pomijałam te fragmenty.
Wątek obyczajowy, czyli relacje Cormorana z asystentką, nieporozumienia z jej narzeczonym, jest trochę wtórny wobec "Wołania kukułki", ale wciągający, bo ciągle trzyma w niepewności - czy między detektywem a jego asystentką wybuchnie płomienny romans czy nie.
Cały tydzień przeleżałam chora, zakatarzona, z gorączką. Jak wiadomo, nie ma się w takiej sytuacji ochoty na poważną literaturę, bo głowa ciężko pracuje.
"Jedwabnik" okazał się świetną książką na ten czas. Lekko, przyjemnie, stopień skomplikowania fabuły odpowiedni dla mojej zablokowanej katarem głowy. Szału nie ma, ale czekam na dalsze losy Cormorana Strike'a. Myślę, że byłby to dobry scenariusz na serial - nie film, bo teraz większość ogląda seriale:)
Dlatego z ciekawością sięgnęłam po "Jedwabnika", by upewnić się, czy Robert Galbraith talent do pisania kryminałów ma czy nie.
Prywatny detektyw Cormoran Strike, po spektakularnym sukcesie wykrycia zabójcy Lully Laundry, rozwinął swą praktykę zawodową. Poprawiła się jego sytuacja finansowa, świetnie rozwija sie współpraca z asystentką Robin. Przy natłoku spraw, które prowadzi, trafia mu się klientka, która już na pierwszy rzut oka nie przyniesie detektywowi wysokiego honorarium. Cormoran przyjmuje jednak tę sprawę, bo coś go zaintryguje w lekko dziwacznej klientce. Zgłasza się ona z prośbą o odnalezienie męża, który nie daje znaku życia już od tygodnia. Mąż jest pisarzem, niezbyt poczytnym, jego dość kontrowersyjne książki i grubiański styl bycia budzą niechęć znajomych. Mężem też nie jest zbyt dobrym, więc nikt specjalnie nie rozpacza z powodu jego zaginięcia. No, ale wypadałoby chłopa odnaleźć... . Zwłaszcza, że w obieg poszedł maszynopis jego najnowszej, nie wydanej jeszcze książki. Bohaterami tej powieści są dziwne, nierealistyczne postaci. Mają symboliczne imiona i cechy, które wyraźnie pasują do znajomych pisarza. W tak dziwny, literacki sposób pisarz obnaża swoją żonę, kochankę, wydawcę i parę innych osób. Wyciąga na światło dzienne ich tajemnice, przywary, kompleksy. Maszynopis wywołuje skandal w środowisku wydawniczym. Każdy, kogo opisano w książce, chciałby dorwać drania i rozprawić się z nim za insynuacje zawarte w książce. Więcej pisać nie będę, by nie ujawniać treści. Powiem tylko, że akcja rozkręca się dosyć wolno, trzeba więc trochę cierpliwości, by dać się wciągnąć w tę kryminalną zagadkę.
"Jedwabnik" jest klasycznym kryminałem - jest morderstwo, krąg podejrzanych, wiele wątków, które zwodzą czytelnika, a na końcu rozwiązanie, na które nagle wpada genialny detektyw.
W kryminałach najczęściej denerwują mnie zakończenia. Czuję się rozczarowana, mam niedosyt, że tyle było wątków niewyjaśnionych, tyle gmatwania, a tu nagle -deus ex machina- i jest morderca. Brakuje mi sensownych motywów, które uzasadniałyby wyrafinowane zbrodnie (bo pisarze ostatnio prześcigaja się w pomysłach).
Niestety, są też dłużyzny, np inne sprawy, które Cormoran prowadzi w tle. Są opisywane na tyle zdawkowo i bezbarwnie, że nie budzą zainteresowania. Przyznaję, że pomijałam te fragmenty.
Wątek obyczajowy, czyli relacje Cormorana z asystentką, nieporozumienia z jej narzeczonym, jest trochę wtórny wobec "Wołania kukułki", ale wciągający, bo ciągle trzyma w niepewności - czy między detektywem a jego asystentką wybuchnie płomienny romans czy nie.
Cały tydzień przeleżałam chora, zakatarzona, z gorączką. Jak wiadomo, nie ma się w takiej sytuacji ochoty na poważną literaturę, bo głowa ciężko pracuje.
"Jedwabnik" okazał się świetną książką na ten czas. Lekko, przyjemnie, stopień skomplikowania fabuły odpowiedni dla mojej zablokowanej katarem głowy. Szału nie ma, ale czekam na dalsze losy Cormorana Strike'a. Myślę, że byłby to dobry scenariusz na serial - nie film, bo teraz większość ogląda seriale:)
czwartek, 8 stycznia 2015
"Niebieskie ptaki PRL-u " Wojciecha Kałużyńskiego
to historie postaci ze świata artystycznego, którzy już za życia byli legendą. Często sami dbali o to, by tę legendę kreować, przybierając pozy, wkładając maski, wywołując skandale. Przewinęli się jak barwne, niebieskie ptaki, które czasem nie musiały nic robić, żyły z tego, że innym uatrakcyjniały życie.
Poznajemy świat dawnej Kameralnej, SPATiF-u i innych lokali, w których artyści przesiadywali, pili, dyskutowali, wywoływali burdy i skandale. Tworzyli barwny świat, który był przeciwwagą i antidotum na szarzyznę PRL-u.
Chyba nie trzeba było mieć wielkiego talentu (może tylko odwagę), by wybić się z socrealistycznego nurtu. Wielu z nich było buntownikami i outsiderami w polskich warunkach, za granicą ginęli w tłumie, opadały ich kolorowe pióra.
Próbuję sobie wyobrazić w dzisiejszych czasach takich ludzi, sytuacje. I mam wrażenie, że obecnie już nie tak łatwo byłoby zdobywać popularność w ten sposób. Wiele sytuacji chyba teraz kończyłaby się w sądzie. Niesmak wywołują we mnie anegdoty na temat urżniętego Himilsbacha, ubliżającego ludziom w lokalu, czy Hłaski bijącego kobiety kwiatkiem po twarzach, wyzywającego od kurew.
Oglądałam kiedyś wspomnienia J. Urbana ze spotkań w Kameralnej i zastanawiałam się co go tak bawi. Dla mnie wiekszość tych anegdotek jest żenująca. Można do tego oczywiście dorobić ideologię, że chodziło o wyśmianie kołtunerii i drobnomieszczańskich manier [?].
Chociaż, przyznaję, że w czasach licealnych Marek Hłasko, podobnie jak Stachura byli moimi idolami, mieli duży wpływ na kształtowanie moich gustów literackich i na spostrzeganie świata. Ale wtedy książki Hłaski były prawie niedostępne, zamykane w gablotce na kluczyk w osiedlowej bibliotece i wypożyczane na specjalny rewers. Może to właśnie ta aura tajemniczości, buntu, niedostępności, nadawała smaczek tej literaturze. Muszę to sprawdzić, wrócić do starych lektur. Czy po latach odnajdę w sobie tamten zachwyt, ten klimat...?
Nie oznacza to, że w książce nie ma interesujących historii, wręcz przeciwnie - mnóstwo jest zabawnych, ciekawych anegdot. Wyłaniają się postaci inteligentne, błyskotliwe, o niekonwencjonalnym spojrzeniu na świat, na rzeczywistość PRL-u.
Ludzie, których talent został zniszczony, stłamszony, bo nie pasowali do ideologicznej linii, wg. której miało kształtować się socjalistyczne społeczeństwo.
Dużo miejsca poświęcone jest Janowi Himilsbachowi i Zdzisławowi Maklakiewiczowi - postaci jednocześnie genialnych i tragicznych. Teksty Himilsbacha mogą czasem gorszyć, wywoływać obrzydzenie, ale tak naprawdę w wielu z nich kryje się drwina, dystans do siebie, do świata. Przytoczę jedną z wielu anegdotek, jakimi zasypuje nas Kałużyński. Otóż Himilsbach opowiada, że Steven Spielberg zapraponował mu rolę w filmie, pod warunkiem, że nauczy się j. angielskiego. Wszyscy dopytują się :" I jak Jasiu, nauczysz się?". Na co Jasiu odpowiada, krzywiąc się :" Nie. Jeszcze nie. Spielberg się rozmyśli, a ja z tym angielskim zostanę jak ten chuj."
Wiele osób w tzw. środowisku traktowało go jednak jak niewydarzonego aktorzynę i pijaka. Legenda, jaką wokół siebie stworzył obracała sie przeciwko niemu, skazywała go na życie na marginesie (z czego zdawał sobie sprawę).
Świetny jest rozdział o bikiniarzach, którzy szukali swojej drogi buntu, wolności. Niezgodę na narzucany przez państwo socrealistyczny styl wyrażali poprzez słuchanie zakazanej muzyki, ubieranie się w niekonwencjonalny sposób - cóż, tacy hipsterzy swoich czasów. Gromadzenie się młodzieży po domach, słuchanie imperialistycznej muzyki (jazz) i ...kolorowe skarpetki, wystarczało władzy, by ich tępić, piętnować, nazywać chuliganami i elementem aspołecznym. Czytając takie wspomnienia, doceniam 25 lat naszej wolności, przynajmniej pod względem zmian społecznych, jakie zaszły - bez wdawania się w szczegóły polityczne. Chociaż pojawia się też refleksja, że dobrobyt, wolność, rozleniwia ludzi, wyjaławia. Nie ma o co walczyć, przeciwko czemu się buntować. Może jednak się mylę... , teraz można przeciwstawiać się ogłupiającej pop-kulturze, konsumpcjonizmowi - czyli temu o czym kiedyś Polacy marzyli. Trochę to zabawne i przewrotne:).
W PRL-u bycie outsiderem kojarzono z manifestacją wolności o charakterze politycznym. Nawet gdy ktoś chciał sobie pożyć na uboczu, w ciszy, czy powłóczyć się po świecie, to i tak dopisywano mu legendę buntownika, sprzeciwiającego się systemowi politycznemu.
Inaczej było z Edwardem Stachurą, który już za życia stał się symbolem wolności, abnegacji otaczającego świata, jednocześnie zupełnie nie nawiązywał do polityki. Stał się guru dla wielu młodych ludzi, między innymi dlatego, że był autentyczny. Żył tak jak pisał, była to "poezja w drodze", włóczęgowska, wrażliwa, otwarta na ludzi, na to co niesie kolejny dzień. W swojej kurtce , dżinsach i z chlebakiem na ramieniu, stał się symbolem innego stylu życia, prostoty, wrażliwości, odnajdywania poetyckości w prostych czynnościach.
Wojciech Kałużyński ironizuje z pokolenia młodzieży, które dało się uwieść Stachurze, odbierając jego poezję powierzchownie, kierując sie głównie snobizmem, wykreowaną modą. Ech, poczułam sie lekko urażona tymi insynuacjami. Ja, z racji swojego wieku, poznałam twórczość Stachury dopiero w II poł. lat '80, kiedy "stachuromania" już mijała, zresztą wtedy nawet nie wiedziałam, że to było "modne". Nie wydaje mi się, bym odbierała jego poezję powierzchownie, raczej przeżywałam ją głęboko. Myślę, że kształtowała w znacznym stopniu moją osobowość. Ale przyznam, że dostałam pstryczka w nos, gdy przeczytałam, że dżinsy Stachury były zawsze markowe, a wino tylko francuskie. A ja, naiwna nastolatka marzyłam o uflajanych spodniach i prostym życiu jakie wiódł mój guru... .
Jednym z ważnych bohaterów książki jest alkohol, wokół którego obraca się prawie każdy rozdział. Wódka w PRL-u to był sposób na bycie "kimś", piło się kontestując szarą rzeczywistość, wódka była sposobem na autokreację. Jak mówił Stefan Kisielewski; pije się nie po to, by duszy było lżej, ale po to, by zmniejszyć wymagania.
Wielu outsiderów i "niebieskich ptaków" wykończyła wódka. Jan Wołek mówił, że wódka powinna stać w Sevres pod Paryżem , jako polski wzorzec kulturowy tamtych lat. Czytając tę książkę można faktycznie odnieść wrażenie, że artyści nie zajmowali się niczym innym, tylko piciem wódki po knajpach.
W korowodzie "niebieskich ptaków" nie mogło oczywiście zabraknąć, moim zdaniem najbarwniejszego, czyli Piotra Skrzyneckiego. Twórca i dobry duch Piwnicy pod Baranami. Był osią, wokół której obracali się artyści, światłem, które ich przyciągało. Wykreował własny styl, legendę, której w końcu stał się w pewnym sensie zakładnikiem. Wrósł w wizerunek Krakowa, jak ciekawostka, zabytek, nieodłącznie wpisany w pejzaż tego miasta.
Wiem, że jest modne obecnie wspominanie PRL-u, jedni z rozrzewnieniem i tęsknotą za młodością, inni z krytyczną oceną (na jaką niewątpliwie też zasługuje ten okres).
Publikacji, pod postacią wspomnień, na ten temat jest dosyć dużo. Szczerze mówiąc, już mnie znudziły, bo rzadko wynika z nich coś ciekawego, większość wspomnień to mierne autokreacje. Po książkę Wojciecha Kałużyńskiego warto jednak sięgnąć, bo napisana jest barwnie i plastycznie, jest kopalnią ciekawostek i anegdot. Jak rzadko czytam takie książki, tak tę przeczytałam z dużą przyjemnością.
Poznajemy świat dawnej Kameralnej, SPATiF-u i innych lokali, w których artyści przesiadywali, pili, dyskutowali, wywoływali burdy i skandale. Tworzyli barwny świat, który był przeciwwagą i antidotum na szarzyznę PRL-u.
Chyba nie trzeba było mieć wielkiego talentu (może tylko odwagę), by wybić się z socrealistycznego nurtu. Wielu z nich było buntownikami i outsiderami w polskich warunkach, za granicą ginęli w tłumie, opadały ich kolorowe pióra.
Próbuję sobie wyobrazić w dzisiejszych czasach takich ludzi, sytuacje. I mam wrażenie, że obecnie już nie tak łatwo byłoby zdobywać popularność w ten sposób. Wiele sytuacji chyba teraz kończyłaby się w sądzie. Niesmak wywołują we mnie anegdoty na temat urżniętego Himilsbacha, ubliżającego ludziom w lokalu, czy Hłaski bijącego kobiety kwiatkiem po twarzach, wyzywającego od kurew.
Oglądałam kiedyś wspomnienia J. Urbana ze spotkań w Kameralnej i zastanawiałam się co go tak bawi. Dla mnie wiekszość tych anegdotek jest żenująca. Można do tego oczywiście dorobić ideologię, że chodziło o wyśmianie kołtunerii i drobnomieszczańskich manier [?].
Chociaż, przyznaję, że w czasach licealnych Marek Hłasko, podobnie jak Stachura byli moimi idolami, mieli duży wpływ na kształtowanie moich gustów literackich i na spostrzeganie świata. Ale wtedy książki Hłaski były prawie niedostępne, zamykane w gablotce na kluczyk w osiedlowej bibliotece i wypożyczane na specjalny rewers. Może to właśnie ta aura tajemniczości, buntu, niedostępności, nadawała smaczek tej literaturze. Muszę to sprawdzić, wrócić do starych lektur. Czy po latach odnajdę w sobie tamten zachwyt, ten klimat...?
Nie oznacza to, że w książce nie ma interesujących historii, wręcz przeciwnie - mnóstwo jest zabawnych, ciekawych anegdot. Wyłaniają się postaci inteligentne, błyskotliwe, o niekonwencjonalnym spojrzeniu na świat, na rzeczywistość PRL-u.
Ludzie, których talent został zniszczony, stłamszony, bo nie pasowali do ideologicznej linii, wg. której miało kształtować się socjalistyczne społeczeństwo.
Dużo miejsca poświęcone jest Janowi Himilsbachowi i Zdzisławowi Maklakiewiczowi - postaci jednocześnie genialnych i tragicznych. Teksty Himilsbacha mogą czasem gorszyć, wywoływać obrzydzenie, ale tak naprawdę w wielu z nich kryje się drwina, dystans do siebie, do świata. Przytoczę jedną z wielu anegdotek, jakimi zasypuje nas Kałużyński. Otóż Himilsbach opowiada, że Steven Spielberg zapraponował mu rolę w filmie, pod warunkiem, że nauczy się j. angielskiego. Wszyscy dopytują się :" I jak Jasiu, nauczysz się?". Na co Jasiu odpowiada, krzywiąc się :" Nie. Jeszcze nie. Spielberg się rozmyśli, a ja z tym angielskim zostanę jak ten chuj."
Wiele osób w tzw. środowisku traktowało go jednak jak niewydarzonego aktorzynę i pijaka. Legenda, jaką wokół siebie stworzył obracała sie przeciwko niemu, skazywała go na życie na marginesie (z czego zdawał sobie sprawę).
Świetny jest rozdział o bikiniarzach, którzy szukali swojej drogi buntu, wolności. Niezgodę na narzucany przez państwo socrealistyczny styl wyrażali poprzez słuchanie zakazanej muzyki, ubieranie się w niekonwencjonalny sposób - cóż, tacy hipsterzy swoich czasów. Gromadzenie się młodzieży po domach, słuchanie imperialistycznej muzyki (jazz) i ...kolorowe skarpetki, wystarczało władzy, by ich tępić, piętnować, nazywać chuliganami i elementem aspołecznym. Czytając takie wspomnienia, doceniam 25 lat naszej wolności, przynajmniej pod względem zmian społecznych, jakie zaszły - bez wdawania się w szczegóły polityczne. Chociaż pojawia się też refleksja, że dobrobyt, wolność, rozleniwia ludzi, wyjaławia. Nie ma o co walczyć, przeciwko czemu się buntować. Może jednak się mylę... , teraz można przeciwstawiać się ogłupiającej pop-kulturze, konsumpcjonizmowi - czyli temu o czym kiedyś Polacy marzyli. Trochę to zabawne i przewrotne:).
W PRL-u bycie outsiderem kojarzono z manifestacją wolności o charakterze politycznym. Nawet gdy ktoś chciał sobie pożyć na uboczu, w ciszy, czy powłóczyć się po świecie, to i tak dopisywano mu legendę buntownika, sprzeciwiającego się systemowi politycznemu.
Inaczej było z Edwardem Stachurą, który już za życia stał się symbolem wolności, abnegacji otaczającego świata, jednocześnie zupełnie nie nawiązywał do polityki. Stał się guru dla wielu młodych ludzi, między innymi dlatego, że był autentyczny. Żył tak jak pisał, była to "poezja w drodze", włóczęgowska, wrażliwa, otwarta na ludzi, na to co niesie kolejny dzień. W swojej kurtce , dżinsach i z chlebakiem na ramieniu, stał się symbolem innego stylu życia, prostoty, wrażliwości, odnajdywania poetyckości w prostych czynnościach.
Wojciech Kałużyński ironizuje z pokolenia młodzieży, które dało się uwieść Stachurze, odbierając jego poezję powierzchownie, kierując sie głównie snobizmem, wykreowaną modą. Ech, poczułam sie lekko urażona tymi insynuacjami. Ja, z racji swojego wieku, poznałam twórczość Stachury dopiero w II poł. lat '80, kiedy "stachuromania" już mijała, zresztą wtedy nawet nie wiedziałam, że to było "modne". Nie wydaje mi się, bym odbierała jego poezję powierzchownie, raczej przeżywałam ją głęboko. Myślę, że kształtowała w znacznym stopniu moją osobowość. Ale przyznam, że dostałam pstryczka w nos, gdy przeczytałam, że dżinsy Stachury były zawsze markowe, a wino tylko francuskie. A ja, naiwna nastolatka marzyłam o uflajanych spodniach i prostym życiu jakie wiódł mój guru... .
Jednym z ważnych bohaterów książki jest alkohol, wokół którego obraca się prawie każdy rozdział. Wódka w PRL-u to był sposób na bycie "kimś", piło się kontestując szarą rzeczywistość, wódka była sposobem na autokreację. Jak mówił Stefan Kisielewski; pije się nie po to, by duszy było lżej, ale po to, by zmniejszyć wymagania.
Wielu outsiderów i "niebieskich ptaków" wykończyła wódka. Jan Wołek mówił, że wódka powinna stać w Sevres pod Paryżem , jako polski wzorzec kulturowy tamtych lat. Czytając tę książkę można faktycznie odnieść wrażenie, że artyści nie zajmowali się niczym innym, tylko piciem wódki po knajpach.
W korowodzie "niebieskich ptaków" nie mogło oczywiście zabraknąć, moim zdaniem najbarwniejszego, czyli Piotra Skrzyneckiego. Twórca i dobry duch Piwnicy pod Baranami. Był osią, wokół której obracali się artyści, światłem, które ich przyciągało. Wykreował własny styl, legendę, której w końcu stał się w pewnym sensie zakładnikiem. Wrósł w wizerunek Krakowa, jak ciekawostka, zabytek, nieodłącznie wpisany w pejzaż tego miasta.
Wiem, że jest modne obecnie wspominanie PRL-u, jedni z rozrzewnieniem i tęsknotą za młodością, inni z krytyczną oceną (na jaką niewątpliwie też zasługuje ten okres).
Publikacji, pod postacią wspomnień, na ten temat jest dosyć dużo. Szczerze mówiąc, już mnie znudziły, bo rzadko wynika z nich coś ciekawego, większość wspomnień to mierne autokreacje. Po książkę Wojciecha Kałużyńskiego warto jednak sięgnąć, bo napisana jest barwnie i plastycznie, jest kopalnią ciekawostek i anegdot. Jak rzadko czytam takie książki, tak tę przeczytałam z dużą przyjemnością.
środa, 7 stycznia 2015
Papusza
(...) Ile głodów! Ile bied!
Tyle smutków! Dróg niemało!Tyle ostrych kamieni w stopy się wbijało!
Ileż koło uszu kul nam przeleciało!
Ile błot! Jakie deszcze!
Ile krwawych łez jeszcze!
Ile włosów z głów, z warkoczy
rwały nam gałęzie w nocy!
Ach, wielki Boże, któryś jest w niebie,
ratuj nam życie, błagamy Ciebie!
Tyleśmy przeszli bied i niedoli!
Czy nigdy spocząć los nie pozwoli?
Jak ptaki zimą, albo ryby,
kiedy je złowi wędka czyja,
tak strach nas dręczy, zły los zabija.
ratuj nam życie, błagamy Ciebie!
Tyleśmy przeszli bied i niedoli!
Czy nigdy spocząć los nie pozwoli?
Jak ptaki zimą, albo ryby,
kiedy je złowi wędka czyja,
tak strach nas dręczy, zły los zabija.
* * *
Niechaj wszyscy Cyganie
przybiegną tu blisko,
jak do lasu, gdzie wielkie ognisko
i gdzie w światłach słonecznych wszystko.
Niechaj na to moje śpiewanie
wszyscy zewsząd się zejdą Cyganie,
żeby słów mych wysłuchać,
odpowiedzieć na nie.
(...) fragment wiersza "Krwawe łzy"przybiegną tu blisko,
jak do lasu, gdzie wielkie ognisko
i gdzie w światłach słonecznych wszystko.
Niechaj na to moje śpiewanie
wszyscy zewsząd się zejdą Cyganie,
żeby słów mych wysłuchać,
odpowiedzieć na nie.
Tak się złożyło, że film obejrzałam dopiero teraz, więc patrzyłam na niego przez pryzmat śmierci Krzysztofa Krauze. Skłoniło mnie to do podwójnej refleksji - bo nad losem cygańskiej poetki i nad postacią reżysera. Myślę, że musiał to być człowiek o dużej wrażliwości społecznej. Pochylał się w swoich filmach nad losem ludzi skrzywdzonych, wyrzuconych z głównego nurtu życia społecznego. Z uwagą słuchałam jego wypowiedzi publicznych na temat swojej choroby, czy na tematy tzw. ogólne, gdy np. był gościem w "Drugim śniadaniu mistrzów" u Marcina Mellera. Trzymałam kciuki za to by pokonał chorobę, chociaż na oko widać było, że rak go wyniszcza.
Film "Papusza" to taki trochę nagrobek, jaki mógł wystawić sam sobie reżyser. Pomnik zrobiony przez wrażliwego artystę o innym artyście.
"Papusza" nie jest filmem biograficznym w sensie dosłownym, nie dowiemy się o szczegółach życia cygańskiej poetki. Jest to artystycznie piękny obraz kultury, która była niedoceniana, poniżana, wypychana poza nawias społeczeństwa. Zresztą, Cyganie sami też poza tym nawiasem się ustawiali, broniąc swojej odrębności i swojego (nazwijmy to -kontrowersyjnym) stylu życia.
Ofiarą takiej postawy, zamknięcia się w swoich tradycjach, wierzeniach, była Papusza. Jej talent stał się jednocześnie przekleństwem.
Szokować może nienawiść, jaką okazali jej najbliżsi, zarzucając, że zdradziła cygańskie tradycje. W filmie tylko zaznaczone jest jak ją odrzucono ze społeczności. Ale w rzeczywistości wiemy, że była bita, poniżana, do tego stopnia, że rozchorowała się psychicznie i bodaj trzykrotnie leczyła się w szpitalu psychiatrycznym.
Trudno zrozumieć, dlaczego jej rodzina poczuła się tak zagrożona. Czy fakt, że była kobietą ma tu znaczenie. Rodzina Wajsów była muzykami, być może byli zazdrośni o to, że kobieta może być też artystką, dodatkowo lepiej od nich wykształconą. Mogli to odczuwać jako zamach na ich dumę i tradycyjny patriarchat.
Poruszający jest też wątek Jerzego Ficowskiego, jego dylemat - czy dobrze zrobił, pisząc książkę o kulturze cygańskiej, drukując wiersze Papuszy. Wydawało mu się, że dokonał czegoś ważnego, pokazując to światu, ale ceną było zniszczenie czyjegoś życia. Publikacja wierszy, książka Ficowskiego, stały się podstawą jego kariery a nie poetki. Czy Papusza została zmanipulowana przez niego i wykorzystana...?
Sama Papusza mówiła, że byłaby szczęśliwa, gdyby nie uczyła się czytać. Nawet ta odrobina wykształcenia, jakiego liznęła, postawiła ja pomiędzy dwoma światami. Do obu nie mogła przynależeć w pełni. Cyganie ja odrzucili, a inne środowiska chyba nie do końca chciałyby ją przyjąć, widząc w niej, być może, tylko "ciekawe zjawisko". Zresztą ona sama chyba nie chciała i nie umiała podjąć takiej decyzji.
Jak domyślam się, Ficowski proponował jej przeprowadzkę i pomoc materialną, ale ona nie chciała z tego skorzystać, porzucać swojego świata. Dramat jej polegał na tym, że ten świat, który kochała i opisywała w swoich wierszach odrzucił ją.
Po obejrzeniu filmu miałam niedosyt historii samej Papuszy. Niby film jest o niej, ale widz dostrzega, że nie jest ona główną bohaterką. Trochę szkoda, bo Jowita Budnik była tak przejmująca, że chciałabym jej więcej na ekranie.
Wśród krytyków filmu pojawiają się właśnie zarzuty do scenariusza. Jeżeli widz nie doczyta sobie sam historii Bronisławy Wajs, to z filmu nie wyniesie pełnego obrazu biografii. Widać, że autorom nie zależało na epatowaniu widza dramatyzmem, wciskającym w fotel. Ten film odbiera się raczej zmysłami, obrazami. Mnie ta narracja spodobała się , ale rozumiem zarzuty innych.
Na uwagę zasługuje postać męża- Dionizego Wajsa. ( w tej roli Zbigniew Waleryś). Był od Papuszy dużo starszy, właściwie zmusił ją do małżeństwa. Był wobec niej brutalny, zdradzał ją, pił. Ale jest w filmie kilka scen, które łagodzą ten wizerunek, sugerują, że tak naprawdę kochał Papuszę. Mimo, że nawet przed śmiercią wypominał żonie "występki", to jednak został z nią do końca, decydując się na banicję ze społeczności cygańskiej, bronił Papuszy przed atakami, starał się, by przybrany syn szanował matkę, mimo tego, że była poniżana przez innych, schorowana psychicznie.
Cyganie kojarzą mi się z kolorami, a tu... czarno-biały film. Ciekawy zabieg, podkreślający prostotę, zgrzebność i taką nienachalność życia i poezji Papuszy.
Piękne zdjęcia, tabory jadące przez las, ogniska rozpalane gdzieś na polanie. W tych zdjęciach i muzyce Pawluśkiewicza jest coś co porusza we mnie jakąś nostalgiczną strunę. Przypomina mi dzieciństwo, gdy ojciec zabrał mnie w miejsce, w którym Cyganie rozbili się z taborem. Pamiętam tę atmosferę tajemniczości, gdy obserwowaliśmy na wzgórzu wozy cygańskie. Był to rok '75 czy '76, więc tabory były już od dawna zakazane, a mimo to w Łodzi stanęły wozy...
Na koniec warto wspomnieć o reakcji polskich Cyganów na ten film. czytałam wypowiedzi Don Vasyla, w których odnosi sie bardzo krytycznie do ekranizacji. Zarzuca, że państwo Krauze nie konsultowali sie z królem Cyganów. przez co stworzyli fałszywy obraz tej historii. Jego zdaniem, Papusza za życia wykorzystana była przez Jerzego Ficowskiego, a teraz przez Krauzów. Ma pretensje, że nie zostali zaproszeni do filmu prawdziwi, cyganscy muzycy. No cóż..., zawsze muszą być niesnaski, zazdrość i obrzucanie się błotem. Nie wiem kto ma rację, staram się odnięść do filmu takiego jaki jest.
... i jeszcze kilka kilka pięknych zdjęć z filmu
czwartek, 30 października 2014
"Trafny wybór" J.K. Rowling
Zawsze mam zaległości w nowościach książkowych, więc dopiero teraz przeczytałam tę powieść, chociaż temat już nieco zwietrzały. Szum wokół niej był dość duży, bo to pierwsza powieść dla dorosłych jednej z najbardziej rozpoznawalnych pisarek dla młodzieży. "Trafny wybór" to książka zdecydowanie dla dorosłych, sporo w niej dosadnych, czasem nawet wulgarnych opisów. Ciekawe, czy młodzież, wiedziona ciekawością, nie zajrzała też do tej pozycji...?
Książka wymaga cierpliwości od czytelnika, bo rozkręca się baardzo wolno. Po 100 stronach byłam tak wynudzona, że już miałam ją odłożyć (powstrzymały mnie tylko pozytywne recenzje w internecie). Druga połowa powieści jest o wiele ciekawsza; wreszcie zaczyna się wyłaniać jakiś sens.
Jest to opowieść o małym, angielskim miasteczku, w którym każdy mieszkaniec ma swoją wyrobioną pozycję, wszyscy się znają, stwarzają pozory przyjaźni.
Nagła śmierć jednego ze znanych mieszkańców staje się mechanizmem spustowym, uruchamiającym lawinę zdarzeń. Na światło dzienne wychodzą grzeszki, zboczenia, lęki, rodzinne tajemnice, skrywane przed światem. Osoby powszechnie znane, na tzw. stanowiskach, pełniące ważne funkcje w tej lokalnej społeczność, zostają ośmieszone, skompromitowane.
Ciekawe, że sprawcami całego zamieszania jest młodzież, która, zmagając się ze swoimi problemami, przy okazji obnaża zakłamany świat dorosłych, mniej lub bardziej świadomie pokazuje egoizm i hipokryzję rodziców.
Powieść zmierza się z problemami społecznymi, narkomanią, rasizmem. Wyciąga na światło dzienne złość, nienawiść i wszystkie brudy, które mieszkańcy starali się pokryć wymuszoną grzecznością, fałszywą uprzejmością.
Dwa pogrzeby- jeden na początku i drugi na końcu powieści to klamra, spinająca tragiczne wydarzenia w małym miasteczku.. Pogrzeby, które dają czytelnikowi nadzieję, że coś zmieniło się w duszach mieszkańców, poruszyło czułe struny, przypomniało co jest w życiu ważne... .
"Trafny wybór" nie jest wielką powieścią, jak głosi recenzja na okładce, nie jest ambitna literaturą, wnoszącą nowe walory artystyczne. Fabuła dość przewidywalna, postaci mało pogłębione. Jest w niej jednak coś, co przykuwa uwagę, porusza i skłania do refleksji.
Książka wymaga cierpliwości od czytelnika, bo rozkręca się baardzo wolno. Po 100 stronach byłam tak wynudzona, że już miałam ją odłożyć (powstrzymały mnie tylko pozytywne recenzje w internecie). Druga połowa powieści jest o wiele ciekawsza; wreszcie zaczyna się wyłaniać jakiś sens.
Jest to opowieść o małym, angielskim miasteczku, w którym każdy mieszkaniec ma swoją wyrobioną pozycję, wszyscy się znają, stwarzają pozory przyjaźni.
Nagła śmierć jednego ze znanych mieszkańców staje się mechanizmem spustowym, uruchamiającym lawinę zdarzeń. Na światło dzienne wychodzą grzeszki, zboczenia, lęki, rodzinne tajemnice, skrywane przed światem. Osoby powszechnie znane, na tzw. stanowiskach, pełniące ważne funkcje w tej lokalnej społeczność, zostają ośmieszone, skompromitowane.
Ciekawe, że sprawcami całego zamieszania jest młodzież, która, zmagając się ze swoimi problemami, przy okazji obnaża zakłamany świat dorosłych, mniej lub bardziej świadomie pokazuje egoizm i hipokryzję rodziców.
Powieść zmierza się z problemami społecznymi, narkomanią, rasizmem. Wyciąga na światło dzienne złość, nienawiść i wszystkie brudy, które mieszkańcy starali się pokryć wymuszoną grzecznością, fałszywą uprzejmością.
Dwa pogrzeby- jeden na początku i drugi na końcu powieści to klamra, spinająca tragiczne wydarzenia w małym miasteczku.. Pogrzeby, które dają czytelnikowi nadzieję, że coś zmieniło się w duszach mieszkańców, poruszyło czułe struny, przypomniało co jest w życiu ważne... .
"Trafny wybór" nie jest wielką powieścią, jak głosi recenzja na okładce, nie jest ambitna literaturą, wnoszącą nowe walory artystyczne. Fabuła dość przewidywalna, postaci mało pogłębione. Jest w niej jednak coś, co przykuwa uwagę, porusza i skłania do refleksji.
piątek, 8 sierpnia 2014
czwartek, 24 lipca 2014
"Jeden demon mniej" -
to tytuł wywiadu z Jerzym Pilchem, przeprowadzonym przez Katarzynę Kubisiowską w najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego. Jak wiadomo, pisarz od kilku lat choruje na parkinsonizm. W swoich Dziennikach wielokrotnie odnosił się do swojej choroby, jej objawów, rzutujących na codzienne życie, na pisanie. Dla pisarza, jak mniemam, potrzebne są sprawna głowa i ręce. Drżenie rąk uniemożliwiało mu pisanie, a jak sam przyznaje, pomysł z dyktowaniem jest do kitu. Dlatego J. Pilch skorzystał z możliwości operacji. Jej celem nie jest wyleczenie, czy nawet zahamowanie choroby, tylko ograniczenie mimowolnego drżenia, które nie pozwala choremu normalnie funkcjonować. Operacja polega na wszczepieniu w mózgu elektrod, które dzięki wywoływanemu napięciu hamują drżenie. Pisarz sam o sobie mówi, że jest teraz "okablowany", bateria, umieszczona pod obojczykiem, musi być za 3 lata wymieniona. Takie operacje wykonuje się przy miejscowym znieczuleniu, więc pacjent cały czas ma świadomość, że grzebie się w jego mózgu, a dźwięk wiercenia w kości czaszki tkwi w uszach pisarza do tej pory. Niestety, jest też efekt uboczny, w postaci zaburzeń mowy, które mają być skorygowane dzięki ćwiczeniom z logopedą. Wyobrażam sobie, że taka operacja jest silnym przeżyciem emocjonalnym, nie przynosi wyleczenia, dając tylko (aż) okruch nadziei. A przecież parkinsonizm to nie tylko problem drżenia rąk... . Nie dziwię się więc, że pisarz nie rozwodzi się nad tym zbyt długo, zbaczając w rozmowie na problem swojej leworęczności w dzieciństwie.
Taka operacja darowuje pacjentom poprawę jakości życia, przywraca nadzieję i siłę do dalszej walki z chorobą, ma więc ogromne znaczenie, mimo że nie leczy.
Plany na nastepną książkę są, więc jak widzę, Pilch nie poddaje się.
Trzymam kciuki i życzę siły, wsparcia otoczenia - bo jak sam pisarz mówi, z tym jest różnie. Ludzie boją się chorób, nie wiedzą jak rozmawiać, by nie urazić. Więc wolą w ogóle nie dzwonić...
Taka operacja darowuje pacjentom poprawę jakości życia, przywraca nadzieję i siłę do dalszej walki z chorobą, ma więc ogromne znaczenie, mimo że nie leczy.
Plany na nastepną książkę są, więc jak widzę, Pilch nie poddaje się.
Trzymam kciuki i życzę siły, wsparcia otoczenia - bo jak sam pisarz mówi, z tym jest różnie. Ludzie boją się chorób, nie wiedzą jak rozmawiać, by nie urazić. Więc wolą w ogóle nie dzwonić...
poniedziałek, 21 lipca 2014
"Miłość w Powstaniu Warszawskim" Sławomir Koper
W tym roku przypada okrągła rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, więc, jak zauważyłam, w księgarniach jest sporo pozycji na ten temat. Książka Sławomira Kopra nie wyczerpuje zapewne tematu, bo nie taki miał być jej cel. Pokazuje jednak ludzi z bliska, z ich uczuciami, przyjaźniami, dlatego chyba tak przemawia do wyobraźni i porusza emocjonalnie.
Trudno jest pisać o Powstaniu Warszawskim, bo jest to legenda i świętość narodowa. Nie uważam, by krytyka samego Powstania była wyrazem braku szacunku i czci dla walczących i poległych powstańców. Niezależnie od ocen historycznych i politycznych nic nie zabierze im tego honoru. Myślę nawet, że tym większy szacunek się im należy, gdy uświadomimy sobie, że oddali życie za przegraną sprawę, a to, że Powstanie upadnie wiedzieli już po 2 tygodniach.
Sławomir Koper, jak sam na wstępie zaznacza, nie chce zajmować się polityką, tylko skupia się na ludziach, na relacjach, uczuciach. Dlatego ta książka wydała mi się ciekawa, pozwalająca przyjrzeć się z bliska zwykłym młodym chłopakom i dziewczynom, którzy oprócz patriotyzmu, mieli też inne uczucia - miłość, seks, przyjaźń. Jest więc to książka o powstańczych miłościach, ślubach i towarzyszącej zewsząd śmierci.
Czytałam tę książkę i (przyznam się) płakałam. Większość powstańców to ludzie niewiele starsi od mojej córki.
Szli do walki z taką wiarą i ufnością, że się uda, że to ma sens, że dowództwo nie myli się, gdy posyła ich na śmierć.
Koper krytycznie ocenia całe Powstanie - nieodpowiedni czas, w jakim wybuchło, brak przygotowania ludzi do walki, zastraszający wręcz brak broni. Dowództwo wydawało rozkazy, by walczyć kijami, siekierami, a broń zdobywać sobie na własną rękę, czyli zabierać ją zabitym Niemcom. Itd, itp, można tak wymieniać argumenty za i przeciw Powstaniu - z jednej strony nadzieja na zmianę decyzji z Teheranu, z drugiej - wybicie młodych, wykształconych ludzi, zniszczenie Warszawy, można się spierać czy było to potrzebne, komu było na rękę. Tylko po co to roztrząsać, skoro nie zwróci to życia poległym. Może po to by wyciągnąć lekcję z historii...?
Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie jakie skrajne emocje targały tymi ludźmi. Były to tak ekstremalne przeżycia, że ten kto ich nie doświadczył, nie pojmie co tak naprawdę działo się w sercach i umysłach powstańców. Zastanawiam sie, jak można było żyć po wojnie, niby normalnie, cieszyć sie wolnością(powiedzmy, że to była wolność), gdy przeszło się takie powstańcze piekło?! Wielu z nich nie poradziło sobie ze wspomnieniami, nie potrafiło pogodzić się z nową, socjalistyczną rzeczywistością. Ich dramat trwał więc dalej, czasem kończył się samobójstwem.
Może urażę kogoś tym, co teraz napiszę, ale im dłużej żyję i patrzę na ten świat, na historię i politykę, to nabieram podejrzeń, że patriotyzm został wymyślony po to, by można było w imię idei wykorzystywać zwykłych ludzi do załatwiania partykularnych interesów, zdobywania władzy i pieniędzy. A młodzi ludzie, wychowani jeszcze w kulcie XIX - wiecznych powstań narodowo- wyzwoleńczych, szli na śmierć, wiedzeni patriotyzmem i miłością do Ojczyzny. Ojczyzny, która wtedy ich trochę jednak wykorzystała i wystawiła, a później prześladowała - bo to już zresztą była inna Ojczyzna.
Niezwykle darmatyczny wydał mi się moment, kiedy wiadomo już było, że Powstanie upadło, Warszawa zrujnowana, Stare Miasto przestało istnieć. I wtedy pojawia się dylemat - czy się poddać, czy honorowo trwać do końca. Wstyd i poczucie winy wobec cywilnych mieszkańców stolicy, którzy nierzadko odnosili się wrogo do powstańców.
Przeczytałam ostatnio anegdotę nt. Zdzisława Maklakiewicza, który opowiadał o swoim udziale w Powstaniu Warszawskim. Mówił, że stali koło bramy, gdy zaczął się ostrzał. Wszyscy rozpierzchli się na dwie strony - i teraz jedni są ministrami a on nędznym aktorzyną. I to jest najbardziej bolesne, że walka, poświęcenie, śmierć, nie konsolidują, tylko dzielą Polaków. Zawsze podział na "my i oni", na tych "prawdziwych" i "zdrajców". Mam nadzieję, że w tym roku nie będzie buczenia i gwizdów na Powązkach w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Chciałabym, by mój naród umiał uszanować bohaterów, niezależnie od tego w którą stronę się rozpierzchli gdy był ostrzał. Bo chyba to jest właściwą miarą wielkości narodu... .
Trudno jest pisać o Powstaniu Warszawskim, bo jest to legenda i świętość narodowa. Nie uważam, by krytyka samego Powstania była wyrazem braku szacunku i czci dla walczących i poległych powstańców. Niezależnie od ocen historycznych i politycznych nic nie zabierze im tego honoru. Myślę nawet, że tym większy szacunek się im należy, gdy uświadomimy sobie, że oddali życie za przegraną sprawę, a to, że Powstanie upadnie wiedzieli już po 2 tygodniach.
Sławomir Koper, jak sam na wstępie zaznacza, nie chce zajmować się polityką, tylko skupia się na ludziach, na relacjach, uczuciach. Dlatego ta książka wydała mi się ciekawa, pozwalająca przyjrzeć się z bliska zwykłym młodym chłopakom i dziewczynom, którzy oprócz patriotyzmu, mieli też inne uczucia - miłość, seks, przyjaźń. Jest więc to książka o powstańczych miłościach, ślubach i towarzyszącej zewsząd śmierci.
Czytałam tę książkę i (przyznam się) płakałam. Większość powstańców to ludzie niewiele starsi od mojej córki.
Szli do walki z taką wiarą i ufnością, że się uda, że to ma sens, że dowództwo nie myli się, gdy posyła ich na śmierć.
Koper krytycznie ocenia całe Powstanie - nieodpowiedni czas, w jakim wybuchło, brak przygotowania ludzi do walki, zastraszający wręcz brak broni. Dowództwo wydawało rozkazy, by walczyć kijami, siekierami, a broń zdobywać sobie na własną rękę, czyli zabierać ją zabitym Niemcom. Itd, itp, można tak wymieniać argumenty za i przeciw Powstaniu - z jednej strony nadzieja na zmianę decyzji z Teheranu, z drugiej - wybicie młodych, wykształconych ludzi, zniszczenie Warszawy, można się spierać czy było to potrzebne, komu było na rękę. Tylko po co to roztrząsać, skoro nie zwróci to życia poległym. Może po to by wyciągnąć lekcję z historii...?
Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie jakie skrajne emocje targały tymi ludźmi. Były to tak ekstremalne przeżycia, że ten kto ich nie doświadczył, nie pojmie co tak naprawdę działo się w sercach i umysłach powstańców. Zastanawiam sie, jak można było żyć po wojnie, niby normalnie, cieszyć sie wolnością(powiedzmy, że to była wolność), gdy przeszło się takie powstańcze piekło?! Wielu z nich nie poradziło sobie ze wspomnieniami, nie potrafiło pogodzić się z nową, socjalistyczną rzeczywistością. Ich dramat trwał więc dalej, czasem kończył się samobójstwem.
Może urażę kogoś tym, co teraz napiszę, ale im dłużej żyję i patrzę na ten świat, na historię i politykę, to nabieram podejrzeń, że patriotyzm został wymyślony po to, by można było w imię idei wykorzystywać zwykłych ludzi do załatwiania partykularnych interesów, zdobywania władzy i pieniędzy. A młodzi ludzie, wychowani jeszcze w kulcie XIX - wiecznych powstań narodowo- wyzwoleńczych, szli na śmierć, wiedzeni patriotyzmem i miłością do Ojczyzny. Ojczyzny, która wtedy ich trochę jednak wykorzystała i wystawiła, a później prześladowała - bo to już zresztą była inna Ojczyzna.
Niezwykle darmatyczny wydał mi się moment, kiedy wiadomo już było, że Powstanie upadło, Warszawa zrujnowana, Stare Miasto przestało istnieć. I wtedy pojawia się dylemat - czy się poddać, czy honorowo trwać do końca. Wstyd i poczucie winy wobec cywilnych mieszkańców stolicy, którzy nierzadko odnosili się wrogo do powstańców.
Przeczytałam ostatnio anegdotę nt. Zdzisława Maklakiewicza, który opowiadał o swoim udziale w Powstaniu Warszawskim. Mówił, że stali koło bramy, gdy zaczął się ostrzał. Wszyscy rozpierzchli się na dwie strony - i teraz jedni są ministrami a on nędznym aktorzyną. I to jest najbardziej bolesne, że walka, poświęcenie, śmierć, nie konsolidują, tylko dzielą Polaków. Zawsze podział na "my i oni", na tych "prawdziwych" i "zdrajców". Mam nadzieję, że w tym roku nie będzie buczenia i gwizdów na Powązkach w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Chciałabym, by mój naród umiał uszanować bohaterów, niezależnie od tego w którą stronę się rozpierzchli gdy był ostrzał. Bo chyba to jest właściwą miarą wielkości narodu... .
wtorek, 1 lipca 2014
Haruki Murakami "1Q84"
Świat przedstawiany przez Murakami jest zawsze dziwny, nierzeczywisty. Bohaterowie funkcjonują jakby w zawieszeniu między realnym życiem a bytem z innego świata. Nie inaczej jest w 1Q84. Jak mówi jeden z bohaterów - przestawiona została zwrotnica kolejowa i pociąg wjechał z roku 1984 do 1Q84. Dzieją się dziwne, niewytłumaczalne rzeczy, światem sterują "little people", którzy za medium wybrali przywódcę sekty wyznaniowej. W tej książce jest warstwa realna, o aspektach kryminalnych, przemocy wobec kobiet, żyją niby zwykli ludzie, pracują, kochają się, jedzą. Ale to pozory, bo jest drugi - równoległy świat, nie podlegający ziemskim prawidłom i znanym nauce zasadom. Jego symbolem są dwa księżyce, pojawiające się na niebie, dziwne zjawiska atmosferyczne, wywoływane przez Little People. Murakami potrafi doskonale zacierać granice między dwoma światami, tak, że czytelnik przenosi się do innej rzeczywistości i daje się wciągnąć w ten dziwny świat.
Autor we wszystkich powieściach buduje postaci, które wzbudzają mój niepokój. Jest w nich jakiś chłód emocjonalny, autystyczne wycofanie. Nawet gdy bohaterowie przeżywają jakieś emocje, to są one bardzo wytonowane, raczej "opisane" niż przeżyte. Seks najczęściej traktowany jest instrumentalnie, opisywany tak, jakby była to zwykła codzienna czynność, nie wzbudzająca większych uczuć, typu robienie kanapek. Bohaterowie Murakami to ludzie na wskroś samotni, wyobcowani, nie nawiązują normalnych relacji emocjonalnych (co to jest normalna relacja?). Niby żyją ze sobą, ale po krótkiej interakcji każdy zamyka się w swoim świecie.
Murakami buduje klimat poprzez powolne, wręcz ślimacze rozbudowywanie fabuły, trzeba mieć więc sporo samozaparcia (lub lubić taką prozę) by brnąć przez trzy tomy. Ja słuchałam audiobooka, który czytany jest przez Marię Seweryn i Piotra Grabowskiego. Czytają naprawdę bardzo wolno, jakby ważąc każde słowo, nie da się więc "przyśpieszyć", jak wtedy gdy czytam drukowaną książkę. Na skutek tego, że słuchanie jest tak rozciągnięte w czasie, można całkowicie przenieść się do świata z roku 1Q84, zanurzyć się w nim, poczuć klimat tej powieści. W końcu już nie wiadomo co jest realne a co nie, gdzie jest przyczyna, a gdzie skutek dziejących się wydarzeń.
Moim zdanie 1Q84 to wielowymiarowa i najlepsza książka Haruki Murakami.
Autor we wszystkich powieściach buduje postaci, które wzbudzają mój niepokój. Jest w nich jakiś chłód emocjonalny, autystyczne wycofanie. Nawet gdy bohaterowie przeżywają jakieś emocje, to są one bardzo wytonowane, raczej "opisane" niż przeżyte. Seks najczęściej traktowany jest instrumentalnie, opisywany tak, jakby była to zwykła codzienna czynność, nie wzbudzająca większych uczuć, typu robienie kanapek. Bohaterowie Murakami to ludzie na wskroś samotni, wyobcowani, nie nawiązują normalnych relacji emocjonalnych (co to jest normalna relacja?). Niby żyją ze sobą, ale po krótkiej interakcji każdy zamyka się w swoim świecie.
Murakami buduje klimat poprzez powolne, wręcz ślimacze rozbudowywanie fabuły, trzeba mieć więc sporo samozaparcia (lub lubić taką prozę) by brnąć przez trzy tomy. Ja słuchałam audiobooka, który czytany jest przez Marię Seweryn i Piotra Grabowskiego. Czytają naprawdę bardzo wolno, jakby ważąc każde słowo, nie da się więc "przyśpieszyć", jak wtedy gdy czytam drukowaną książkę. Na skutek tego, że słuchanie jest tak rozciągnięte w czasie, można całkowicie przenieść się do świata z roku 1Q84, zanurzyć się w nim, poczuć klimat tej powieści. W końcu już nie wiadomo co jest realne a co nie, gdzie jest przyczyna, a gdzie skutek dziejących się wydarzeń.
Moim zdanie 1Q84 to wielowymiarowa i najlepsza książka Haruki Murakami.
niedziela, 29 czerwca 2014
"Oskarżona Wiera Gran" Agata Tuszyńska
Wiera Gran to pieśniarka żydowskiego pochodzenia, która swą karierę rozpoczęła przed wojną. Spotkał ja los taki jak tysiące innych Żydów - znalazła się w gettcie warszawskim. Tam śpiewała w działającej jeszcze na początku kawiarni "Sztuka". Jak sama opowiadała - ludzie chętnie przychodzili, rezygnowali z kupna jedzenia , by zapłacić za bilet. Słuchając gwiazdy, jaką była Wiera Gran, mieli namiastkę normalnego życia, próbowali zapomnieć o koszmarze w jakim przyszło im żyć. Wiera Gran uciekła z getta i przeżyła wojnę dzięki pomocy Kazimierza Jezierskiego, lekarza, za którego wyszła za mąż.
Żyd, który przeżył wojnę niektórym wydawał się podejrzany - jak to możliwe? Sam fakt, że przeżył już wystarczał, by obarczyć go winą. Musiał kolaborować z hitlerowcami! Takie oskarżenie padło na Wierę Gran. Oskarżenie, od którego nie sposób się już uwolnić. Cóż z tego, że sama wystąpiła do sądu o zbadanie jej sprawy i oczyszczenie z zarzutu. Cóż z tego, że sąd ją uniewinnił, że było wiele zeznań świadków, twierdzących, że Wiera Gran wręcz pomagała innym (sama twierdzi, że dostała za pomoc rodzinie żydowskiej prezent - bransoletkę z wygrawerowanym podziękowanie, ale tak naprawdę nikt tego nie widział). Niepotwierdzone informacje, że widywano ją po aryjskiej stronie w towarzystwie gestapo, że wskazywała ukrywających się Żydów, wystarczyły by zniszczyć jej życie.
Uciekła z Polski do Izraela, który wydać się mógł wtedy ziemią obiecaną i domem, w którym znajdzie spokój. Niestety, i tam dotarły pogłoski o jej przeszłości. Ostatecznie zamieszkała w Paryżu, który docenił jej talent, urodę, porównywano ja nawet do Edith Piaf, występowała razem z takimi sławami jak Jacques Brel, Charles Aznavour.
Jednak gdziekolwiek nie pojechała na występy, zawsze znalazł sie ktoś, kto próbował ją szantażować, przypominając jej okupacyjną przeszłość. Poczucie zagrożenia i prześladowania nie opuściło jej więc nigdy. Gdy w 1971 r. chciała wystąpić w Izraelu, spotkała się z ogromną niechęcią, zagrożono, że widownia usiądzie na koncercie w obozowych pasiakach. Nazywali ją "nazistowską kurwą", chociaż pytani o dowody, odsyłali do Jonasa Turkowa, człowieka z getta, który rzekomo wiedział wszystko na temat przeszłości Wiery Gran. Nikomu nie udało się także odnaleźć biuletynów AK, w których rzekomo były informacje o współpracy Wiery Gran z nazistami.
Celem książki Agaty Tuszyńskiej nie jest udowodnienie winy bądź niewinności Wiery Gran, nie jest to próba osądu. Jest to raczej refleksja nad ludzkim losem, szarpanym przez burze historii. Można postawić pytanie do czego człowiek jest zdolny posunąć się by przeżyć. I nie ma na to odpowiedzi, nie jesteśmy Bogiem, by móc ferować takie wyroki, zwłaszcza gdy większość z czytelników nie przeżyła, nie doświadczyła tego czym było getto. Wydawanie sądów, opinii, będzie tylko głupim i pustym teoretyzowaniem. W filmie, zrobionym przez A. Tuszyńską jej rozmówcy, Żydzi z dawnego getta mówią o tym, że koszmar wojny, getta, zmienił skalę ocen moralnych. Bo jak można oceniać matki, duszące swoje dzieci, jak oceniać człowieka, który musi wybrać między śmiercią matki a żony? Pada więc pytanie - czy przysiadanie sie w kawiarni do gestapowców było tak ciężką zbrodnią? Czy po wojnie gdy ktoś oskarżał innych, to nie miał czasem sam na sumieniu gorszych rzeczy? Pozostaje pytanie, czy Wiera Gran tylko śpiewała dla Niemców, czy jednak wydawała Żydów?
Kontrowersyjne było również wyznanie Wiery Gran obciążające Władysława Szpilmana. Twierdziła, że widziała go w czapce policjanta pomagającego podczas akcji wywożenia Żydów z getta. I znów, nikt tego nie potwierdza, ale kalumnia została rzucona. Dlaczego Gran to zrobiła, czy to prawda, czy kierowała nią chęć odwetu za to, że Szpilman nie bronił jej po wojnie, że przyczyniał się do szerzenia informacji o jej kolaboracji?
Ciekawym, choć tylko lekko zaznaczonym wątkiem jest postać dr. Kazimierza Jezierskiego - meża Wiery Gran. Po wojnie współpracował z SB, jego podpisy widnieją na wielu wyrokach kary śmierci. Powstaje więc pytanie, czy mąż, dzięki swojej pozycji i znajomościom mógł uchronić Wierę przed wyrokiem skazującym?
Agata Tuszyńska przez kilka lat rozmawiała z Wierą Gran, odwiedzała ją w jej paryskim, zagraconym mieszkaniu. Brnęła w rozmowy z osobą zdziwaczałą, chorą, z urojeniami prześladowczymi. Wiera na starość żyła przeszłością, ściany i sufit mieszkania wyklejony był jej zdjęciami. Miała poczucie, że jest ciągle prześladowana, że ktoś czyha na jej życie, na złość psuje jej sprzęty w domu itd. Czy to objawy psychozy starczej, czy może rezultat życia w zaszczuciu, oskarżaniu?
Umierała samotnie w domu opieki we Francji, odwiedzana przez Agatę Tuszyńską.
Jestem pod wielkim wrażeniem nad wkładem pracy, zaangażowaniem emocjonalnym autorki, by zbliżyć się do świata Wiery Gran, by spróbować ją zrozumieć.
Ciekawym uzupełnieniem książki jest dokument zrobiony przez A. Tuszyńską, który można obejrzeć na Youtube. Zawiera rozmowy z Wierą Gran, z jej znajomymi z getta, w tym ze Szpilmanem. Sporo jest archiwalnych zdjęć i nagrań piosenek w wykonaniu Wiery Gran. Polecam obejrzenie.
Żyd, który przeżył wojnę niektórym wydawał się podejrzany - jak to możliwe? Sam fakt, że przeżył już wystarczał, by obarczyć go winą. Musiał kolaborować z hitlerowcami! Takie oskarżenie padło na Wierę Gran. Oskarżenie, od którego nie sposób się już uwolnić. Cóż z tego, że sama wystąpiła do sądu o zbadanie jej sprawy i oczyszczenie z zarzutu. Cóż z tego, że sąd ją uniewinnił, że było wiele zeznań świadków, twierdzących, że Wiera Gran wręcz pomagała innym (sama twierdzi, że dostała za pomoc rodzinie żydowskiej prezent - bransoletkę z wygrawerowanym podziękowanie, ale tak naprawdę nikt tego nie widział). Niepotwierdzone informacje, że widywano ją po aryjskiej stronie w towarzystwie gestapo, że wskazywała ukrywających się Żydów, wystarczyły by zniszczyć jej życie.
Uciekła z Polski do Izraela, który wydać się mógł wtedy ziemią obiecaną i domem, w którym znajdzie spokój. Niestety, i tam dotarły pogłoski o jej przeszłości. Ostatecznie zamieszkała w Paryżu, który docenił jej talent, urodę, porównywano ja nawet do Edith Piaf, występowała razem z takimi sławami jak Jacques Brel, Charles Aznavour.
Jednak gdziekolwiek nie pojechała na występy, zawsze znalazł sie ktoś, kto próbował ją szantażować, przypominając jej okupacyjną przeszłość. Poczucie zagrożenia i prześladowania nie opuściło jej więc nigdy. Gdy w 1971 r. chciała wystąpić w Izraelu, spotkała się z ogromną niechęcią, zagrożono, że widownia usiądzie na koncercie w obozowych pasiakach. Nazywali ją "nazistowską kurwą", chociaż pytani o dowody, odsyłali do Jonasa Turkowa, człowieka z getta, który rzekomo wiedział wszystko na temat przeszłości Wiery Gran. Nikomu nie udało się także odnaleźć biuletynów AK, w których rzekomo były informacje o współpracy Wiery Gran z nazistami.
Celem książki Agaty Tuszyńskiej nie jest udowodnienie winy bądź niewinności Wiery Gran, nie jest to próba osądu. Jest to raczej refleksja nad ludzkim losem, szarpanym przez burze historii. Można postawić pytanie do czego człowiek jest zdolny posunąć się by przeżyć. I nie ma na to odpowiedzi, nie jesteśmy Bogiem, by móc ferować takie wyroki, zwłaszcza gdy większość z czytelników nie przeżyła, nie doświadczyła tego czym było getto. Wydawanie sądów, opinii, będzie tylko głupim i pustym teoretyzowaniem. W filmie, zrobionym przez A. Tuszyńską jej rozmówcy, Żydzi z dawnego getta mówią o tym, że koszmar wojny, getta, zmienił skalę ocen moralnych. Bo jak można oceniać matki, duszące swoje dzieci, jak oceniać człowieka, który musi wybrać między śmiercią matki a żony? Pada więc pytanie - czy przysiadanie sie w kawiarni do gestapowców było tak ciężką zbrodnią? Czy po wojnie gdy ktoś oskarżał innych, to nie miał czasem sam na sumieniu gorszych rzeczy? Pozostaje pytanie, czy Wiera Gran tylko śpiewała dla Niemców, czy jednak wydawała Żydów?
Kontrowersyjne było również wyznanie Wiery Gran obciążające Władysława Szpilmana. Twierdziła, że widziała go w czapce policjanta pomagającego podczas akcji wywożenia Żydów z getta. I znów, nikt tego nie potwierdza, ale kalumnia została rzucona. Dlaczego Gran to zrobiła, czy to prawda, czy kierowała nią chęć odwetu za to, że Szpilman nie bronił jej po wojnie, że przyczyniał się do szerzenia informacji o jej kolaboracji?
Ciekawym, choć tylko lekko zaznaczonym wątkiem jest postać dr. Kazimierza Jezierskiego - meża Wiery Gran. Po wojnie współpracował z SB, jego podpisy widnieją na wielu wyrokach kary śmierci. Powstaje więc pytanie, czy mąż, dzięki swojej pozycji i znajomościom mógł uchronić Wierę przed wyrokiem skazującym?
Agata Tuszyńska przez kilka lat rozmawiała z Wierą Gran, odwiedzała ją w jej paryskim, zagraconym mieszkaniu. Brnęła w rozmowy z osobą zdziwaczałą, chorą, z urojeniami prześladowczymi. Wiera na starość żyła przeszłością, ściany i sufit mieszkania wyklejony był jej zdjęciami. Miała poczucie, że jest ciągle prześladowana, że ktoś czyha na jej życie, na złość psuje jej sprzęty w domu itd. Czy to objawy psychozy starczej, czy może rezultat życia w zaszczuciu, oskarżaniu?
Umierała samotnie w domu opieki we Francji, odwiedzana przez Agatę Tuszyńską.
Jestem pod wielkim wrażeniem nad wkładem pracy, zaangażowaniem emocjonalnym autorki, by zbliżyć się do świata Wiery Gran, by spróbować ją zrozumieć.
Ciekawym uzupełnieniem książki jest dokument zrobiony przez A. Tuszyńską, który można obejrzeć na Youtube. Zawiera rozmowy z Wierą Gran, z jej znajomymi z getta, w tym ze Szpilmanem. Sporo jest archiwalnych zdjęć i nagrań piosenek w wykonaniu Wiery Gran. Polecam obejrzenie.
piątek, 27 czerwca 2014
Audiobooki -
jeszcze do niedawna miałam do nich sceptyczny stosunek. Jestem wzrokowcem i tylko w taki sposób
przyswajam sobie jakiekolwiek informacje, a co dopiero czytanie książek - tutaj nie chodzi o samo przyswajanie, ale jeszcze o przyjemność z obcowania z literaturą. Sądziłam, że tylko książka czytana (nawet w wersji e-booka) jest w stanie zaspokoić moje potrzeby. Okazało się, że byłam w błędzie, a do przekonania się o tym zmusiła mnie proza życia. Od kilku miesięcy mam tak dużo pracy zawodowej, że nie mam czasu ( a nawet siły), by czytać książki - raptem 1-2 miesięcznie to trochę dla mnie za mało.
Na szczęście, mam taki rodzaj pracy, że mogę pozwolić sobie na słuchanie audiobooków.
I tu pojawiła się moja wątpliwość - czy to jest nadal ta sama książka? Czy lektor nie nadaje jakiejś swojej interpretacji, innego tonu, niż miał w zamierzeniach autor? Słuchając audiobooka, zastanawiam się, czy mój odbiór tekstu byłby taki sam, gdybym czytała wersję drukowaną? Podejrzewam, że jednak te dwie wersje książki nieco się różnią. Często lektorami są znani aktorzy, więc ich głos siłą rzeczy wywołuje we mnie skojarzenia związane z ich postaciami, ich rolami. Przykładem niech będzie "Wołanie kukułki" R. Galbraitha. Maciej Stuhr czytał to fantastycznie, można powiedzieć, że stworzył cały dubbing, z podziałem na role. Każda postać z książki przemawiała do mnie innym głosem, wypowiedziom nadane były charakterystyczne tony, manieryzmy. I teraz zastanawia mnie, czy postaci na papierze też były tak barwne, wyraziste, czy to świetny aktor nadał im kolorytu? Czy w takim razie nie stworzył z przeciętnej literatury czegoś swojego, wykreowanego na podstawie własnej interpretacji książki? "Wołanie kukułki" to kryminał, a ja często śmiałam się, bo talent do parodiowania M. Stuhr ma niebywały! I nie wiem - czy Robert Galbraith jest dobrym pisarzem, czy Maciej Stuhr jest świetnym aktorem, czy może jedno i drugie jest prawdą? Tylko, że to już nie jest ta sama książka, jaką pisarz popełnił. Powstaje nowy twór, dzieło z nową, dodana wartością.
"Wołanie kukułki", podobnie jak "Dziennik"Pilcha zachwyciły mnie w wersji audio.( O Pilchu napiszę oddzielną notkę, bo na razie jeszcze przetrawiam jego wspaniały styl!).
Niestety, trafiłam też na słabą, moim zdaniem wersję książki, czytanej przez samych autorów. Mam na myśli "Aleję samobójców" Marka Krajewskiego i Mariusza Czubaja. Po pierwsze, nie znalazłam żadnego uzasadnienia dla faktu, że autorzy czytali we dwóch, naprzemiennie. Nie miało to związku z treścią (jak np. w Murakami "1Q84"), przeszkadzało mi w skupieniu się na akcji. Po drugie, przykro mi to pisać, ale nie zawsze autor jest najlepszym interpretatorem swego dzieła (podobnie w recytowaniu poezji). Męczyłam się podczas słuchania tego audiobooka, chociaż wątek sensacyjny był ciekawy.
To tyle moich rozważań, wracam do słuchania "Dziennika" Pilcha :)
przyswajam sobie jakiekolwiek informacje, a co dopiero czytanie książek - tutaj nie chodzi o samo przyswajanie, ale jeszcze o przyjemność z obcowania z literaturą. Sądziłam, że tylko książka czytana (nawet w wersji e-booka) jest w stanie zaspokoić moje potrzeby. Okazało się, że byłam w błędzie, a do przekonania się o tym zmusiła mnie proza życia. Od kilku miesięcy mam tak dużo pracy zawodowej, że nie mam czasu ( a nawet siły), by czytać książki - raptem 1-2 miesięcznie to trochę dla mnie za mało.
Na szczęście, mam taki rodzaj pracy, że mogę pozwolić sobie na słuchanie audiobooków.
I tu pojawiła się moja wątpliwość - czy to jest nadal ta sama książka? Czy lektor nie nadaje jakiejś swojej interpretacji, innego tonu, niż miał w zamierzeniach autor? Słuchając audiobooka, zastanawiam się, czy mój odbiór tekstu byłby taki sam, gdybym czytała wersję drukowaną? Podejrzewam, że jednak te dwie wersje książki nieco się różnią. Często lektorami są znani aktorzy, więc ich głos siłą rzeczy wywołuje we mnie skojarzenia związane z ich postaciami, ich rolami. Przykładem niech będzie "Wołanie kukułki" R. Galbraitha. Maciej Stuhr czytał to fantastycznie, można powiedzieć, że stworzył cały dubbing, z podziałem na role. Każda postać z książki przemawiała do mnie innym głosem, wypowiedziom nadane były charakterystyczne tony, manieryzmy. I teraz zastanawia mnie, czy postaci na papierze też były tak barwne, wyraziste, czy to świetny aktor nadał im kolorytu? Czy w takim razie nie stworzył z przeciętnej literatury czegoś swojego, wykreowanego na podstawie własnej interpretacji książki? "Wołanie kukułki" to kryminał, a ja często śmiałam się, bo talent do parodiowania M. Stuhr ma niebywały! I nie wiem - czy Robert Galbraith jest dobrym pisarzem, czy Maciej Stuhr jest świetnym aktorem, czy może jedno i drugie jest prawdą? Tylko, że to już nie jest ta sama książka, jaką pisarz popełnił. Powstaje nowy twór, dzieło z nową, dodana wartością.
"Wołanie kukułki", podobnie jak "Dziennik"Pilcha zachwyciły mnie w wersji audio.( O Pilchu napiszę oddzielną notkę, bo na razie jeszcze przetrawiam jego wspaniały styl!).
Niestety, trafiłam też na słabą, moim zdaniem wersję książki, czytanej przez samych autorów. Mam na myśli "Aleję samobójców" Marka Krajewskiego i Mariusza Czubaja. Po pierwsze, nie znalazłam żadnego uzasadnienia dla faktu, że autorzy czytali we dwóch, naprzemiennie. Nie miało to związku z treścią (jak np. w Murakami "1Q84"), przeszkadzało mi w skupieniu się na akcji. Po drugie, przykro mi to pisać, ale nie zawsze autor jest najlepszym interpretatorem swego dzieła (podobnie w recytowaniu poezji). Męczyłam się podczas słuchania tego audiobooka, chociaż wątek sensacyjny był ciekawy.
To tyle moich rozważań, wracam do słuchania "Dziennika" Pilcha :)
sobota, 21 czerwca 2014
Agnieszka Osiecka "Dzienniki"
Zapiski z lat 1945- 1950. Trochę naiwne, czasem tak bardzo szczegółowe opisy każdego dnia, że aż momentami nużące. Mimo to, czytałam z zainteresowaniem, bo dzięki tym wszystkim szczegółom, mogłam poczuć ducha tamtych lat, spojrzeć na Polskę powojenną oczami nastolatki.
Z kwiecistych i egzaltowanych zapisków wyłania sie obraz dojrzewającej dziewczyny, próbującej dokonać autorefleksji, wglądu w siebie, określającej swoje miejsce w świecie, pozycję wśród ludzi. Między dość dziecięcymi rozterkami szkolnymi i sercowymi, znaleźć tu można całkiem dojrzałe rozważania o religiii, Kościele katolickim czy śmierci. Z punktu widzenia dorosłego czytelnika, problemy młodej Osieckiej mogą przypominać wyważanie drzwi dawno już otwartych, można nad jej problemami lekceważąco machnąć ręką - przecież nie ma tam nic odkrywczego. Myślę jednak, że jak na 14 - letnią dziewczynę, są to zapiski bardzo dojrzałe. Czy dzisiejsze nastolatki potrafiłyby tak pisać? Czy zajmują się takimi rozważaniami, czy może to Osiecka była wyjątkową nastolatką?
"Jeżeli kochasz życie, to nie możesz bać się śmierci, bo to jest właśnie ogromna radość i ogromna tragedia życia, że nie trwa wiecznie i kończy się śmiercią, o której nic nie wiemy."
Dzięki zarobkom ojca, jego ugruntowanej pozycji w świecie artystycznym, młoda Agnieszka żyła z dala od powojennych problemów, biedy i politycznych prześladowań. Była "panienką z dobrego domu", uczącą sie języków obcych na prywatnych lekcjach, dobrze ubraną. Mogła pozwolić sobie na częste wizyty w kinie, teatrze, latem - wakacje w Karpaczu.
Ten idylliczny obraz psuła jedna sprawa, mianowicie romans ojca. Ciekawe jak 14- letnia dziewczynka tłumaczyła go, uznając za normalne, że ojciec znudził się mamą, życiem domowym. Złościło ja nawet, że mama jest za bardzo związana z domem, z rodziną, że to stanowi oś jej życia. Ona chciała od mamy tylko " część jej serca", a mama oferował córce wszystko, co miała, całą siebie.
Silną i barwną osobowość Osieckiej widać już było w młodym wieku. Była bardzo ambitna, energiczna, zachłystująca się życiem. Miała wyraziste, zdecydowane poglądy. Nie kryła sie z nimi, wyrażała je otwarcie, nie uznając kompromisów. Najlepiej podsumowuje ja zdanie:
"Nie mam jeszcze swoich poglądów, ale mogę dać w życiu w mordę każdemu, kto mi w nim przeszkodza".
Nigdy nie podejrzewałam, że będę z takim zainteresowaniem czytać pamiętnik nastolatki, odnajdując w nim ciekawe i wartościowe rzeczy!
Z kwiecistych i egzaltowanych zapisków wyłania sie obraz dojrzewającej dziewczyny, próbującej dokonać autorefleksji, wglądu w siebie, określającej swoje miejsce w świecie, pozycję wśród ludzi. Między dość dziecięcymi rozterkami szkolnymi i sercowymi, znaleźć tu można całkiem dojrzałe rozważania o religiii, Kościele katolickim czy śmierci. Z punktu widzenia dorosłego czytelnika, problemy młodej Osieckiej mogą przypominać wyważanie drzwi dawno już otwartych, można nad jej problemami lekceważąco machnąć ręką - przecież nie ma tam nic odkrywczego. Myślę jednak, że jak na 14 - letnią dziewczynę, są to zapiski bardzo dojrzałe. Czy dzisiejsze nastolatki potrafiłyby tak pisać? Czy zajmują się takimi rozważaniami, czy może to Osiecka była wyjątkową nastolatką?
"Jeżeli kochasz życie, to nie możesz bać się śmierci, bo to jest właśnie ogromna radość i ogromna tragedia życia, że nie trwa wiecznie i kończy się śmiercią, o której nic nie wiemy."
Dzięki zarobkom ojca, jego ugruntowanej pozycji w świecie artystycznym, młoda Agnieszka żyła z dala od powojennych problemów, biedy i politycznych prześladowań. Była "panienką z dobrego domu", uczącą sie języków obcych na prywatnych lekcjach, dobrze ubraną. Mogła pozwolić sobie na częste wizyty w kinie, teatrze, latem - wakacje w Karpaczu.
Ten idylliczny obraz psuła jedna sprawa, mianowicie romans ojca. Ciekawe jak 14- letnia dziewczynka tłumaczyła go, uznając za normalne, że ojciec znudził się mamą, życiem domowym. Złościło ja nawet, że mama jest za bardzo związana z domem, z rodziną, że to stanowi oś jej życia. Ona chciała od mamy tylko " część jej serca", a mama oferował córce wszystko, co miała, całą siebie.
Silną i barwną osobowość Osieckiej widać już było w młodym wieku. Była bardzo ambitna, energiczna, zachłystująca się życiem. Miała wyraziste, zdecydowane poglądy. Nie kryła sie z nimi, wyrażała je otwarcie, nie uznając kompromisów. Najlepiej podsumowuje ja zdanie:
"Nie mam jeszcze swoich poglądów, ale mogę dać w życiu w mordę każdemu, kto mi w nim przeszkodza".
Nigdy nie podejrzewałam, że będę z takim zainteresowaniem czytać pamiętnik nastolatki, odnajdując w nim ciekawe i wartościowe rzeczy!
poniedziałek, 26 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
Piramidy Napoleona William Dietrich
"Stare religie nie umierają, stają się częścią nowych".
Francja, rok 1798, owładnięta rewolucją i ideami oświeceniowymi. Kwitną loże masońskie, rozwija się zainteresowanie nauką, tajemnicami starożytnego Egiptu, na dziedzictwo którego powołują się wolnomularze. W takich to okolicznościach Napoleon rozpoczyna swoją wyprawę do Egiptu. W wyprawie uczestniczyli naukowcy, specjaliści różnych dziedzin, których zadaniem było zbieranie obserwacji, prowadzenie badań w Egipcie.
Napoleona fascynowała kultura i religia starożytnego Egiptu, jej związki i podobieństwa do chrześcijaństwa i islamu. Szukał tajemnic, w których posiadaniu byli Egipcjanie. Czy ukryli je, zaszyfrowali tak, by ludzkość odzyskała do nich dostęp dopiero wtedy, gdy osiągnie dostateczny poziom rozwoju - nie tylko naukowego ale i moralnego, duchowego?
Główny bohater Ethan Gage, Amerykanin, niespokojny duch i obieżyświat, przypadkowo wchodzi w posiadanie dziwnego amuletu, w którym zaszyfrowano egipskie tajemnice. Przedmiot ten miał dawać ludziom niezwykłą siłę, a jednocześnie przynosić przekleństwo tym, którzy nie powinni go posiadać. Amulet jest kluczem, umożliwiającym wniknięcie pod powierzchnię naszej rzeczywistości, będącej jedynie ułudą. Prawdziwa wiedza jest ukryta, nierozszyfrowana. Być może starożytni Egipcjanie posiedli sekret pozwalający manipulować rzeczywistością, a nawet osiągnąć nieśmiertelność. Czy zawiera go nieodnaleziona Księga Thota?
Powieść rozpala wyobraźnię czytelnika wprowadzając w tematykę wolnomularstwa i mrocznych praktyk, okultyzmu. Dla miłośników historii ciekawym tłem są nawiązania do rewolucji francuskiej, wyprawa Napoleona, opisy bitew, porażka floty francuskiej w starciu z admirałem Nelsonem pod Abukirem. Znajdziemy też opis tajemniczego faktu z wyprawy Napoleona do Egiptu. Podobno podczas oględzin piramidy Cheopsa poprosił swoich towarzyszy, by pozostawili go samego w jednej z komnat. Bonaparte spędził w piramidzie sam około godziny. Po wyjściu sprawiał wrażenie wstrząśniętego, a na dopytywania o to co zaszło - miał powiedzieć, że i tak nikt w to nie uwierzy.
Miła lektura, ale przez drugi tom już nie przebrnęłam. Stanowczo mam przesyt tego typu historii. Jako antidotum zaaplikuję sobie Haruki Murakami 1Q84.
Francja, rok 1798, owładnięta rewolucją i ideami oświeceniowymi. Kwitną loże masońskie, rozwija się zainteresowanie nauką, tajemnicami starożytnego Egiptu, na dziedzictwo którego powołują się wolnomularze. W takich to okolicznościach Napoleon rozpoczyna swoją wyprawę do Egiptu. W wyprawie uczestniczyli naukowcy, specjaliści różnych dziedzin, których zadaniem było zbieranie obserwacji, prowadzenie badań w Egipcie.
Napoleona fascynowała kultura i religia starożytnego Egiptu, jej związki i podobieństwa do chrześcijaństwa i islamu. Szukał tajemnic, w których posiadaniu byli Egipcjanie. Czy ukryli je, zaszyfrowali tak, by ludzkość odzyskała do nich dostęp dopiero wtedy, gdy osiągnie dostateczny poziom rozwoju - nie tylko naukowego ale i moralnego, duchowego?
Główny bohater Ethan Gage, Amerykanin, niespokojny duch i obieżyświat, przypadkowo wchodzi w posiadanie dziwnego amuletu, w którym zaszyfrowano egipskie tajemnice. Przedmiot ten miał dawać ludziom niezwykłą siłę, a jednocześnie przynosić przekleństwo tym, którzy nie powinni go posiadać. Amulet jest kluczem, umożliwiającym wniknięcie pod powierzchnię naszej rzeczywistości, będącej jedynie ułudą. Prawdziwa wiedza jest ukryta, nierozszyfrowana. Być może starożytni Egipcjanie posiedli sekret pozwalający manipulować rzeczywistością, a nawet osiągnąć nieśmiertelność. Czy zawiera go nieodnaleziona Księga Thota?
Powieść rozpala wyobraźnię czytelnika wprowadzając w tematykę wolnomularstwa i mrocznych praktyk, okultyzmu. Dla miłośników historii ciekawym tłem są nawiązania do rewolucji francuskiej, wyprawa Napoleona, opisy bitew, porażka floty francuskiej w starciu z admirałem Nelsonem pod Abukirem. Znajdziemy też opis tajemniczego faktu z wyprawy Napoleona do Egiptu. Podobno podczas oględzin piramidy Cheopsa poprosił swoich towarzyszy, by pozostawili go samego w jednej z komnat. Bonaparte spędził w piramidzie sam około godziny. Po wyjściu sprawiał wrażenie wstrząśniętego, a na dopytywania o to co zaszło - miał powiedzieć, że i tak nikt w to nie uwierzy.
Miła lektura, ale przez drugi tom już nie przebrnęłam. Stanowczo mam przesyt tego typu historii. Jako antidotum zaaplikuję sobie Haruki Murakami 1Q84.
sobota, 26 kwietnia 2014
Tadeusz Różewicz
Czas na mnie
czas nagli
co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic
więc to już
wszystko
mamo
tak synku
to już wszystko
a więc to tylko tyle
tylko tyle
więc to jest całe życie
tak całe życie
* * *
W środku życia
Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy
to jest stół mówiłem
to jest stół
na stole leży chleb nóż
nóż służy do krajania chleba
chlebem karmią się ludzie
człowieka trzeba kochać
uczyłem się w nocy i w dzień
co trzeba kochać
odpowiadałem człowieka
to jest okno mówiłem
to jest okno
za oknem jest ogród
w ogrodzie widzę jabłonkę
jabłonka kwitnie
kwiaty opadają
zawiązują się owoce
dojrzewają
mój ojciec zrywa jabłko
ten człowiek który zrywa jabłko
to mój ojciec
siedziałem na progu domu
ta staruszka która
ciągnie na powrozie kozę
jest potrzebniejsza
i cenniejsza
niż siedem cudów świata
kto myśli i czuje
że ona jest niepotrzebna
ten jest ludobójcą
to jest człowiek
to jest drzewo to jest chleb
ludzie karmią się aby żyć
powtarzałem sobie
życie ludzkie jest ważne
życie ludzkie ma wielką wagą
wartość życia
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów
które stworzył człowiek
człowiek jest wielkim skarbem
powtarzałem uparcie
to jest woda mówiłem
gładziłem ręką fale
i rozmawiałem z rzeką
wodo mówiłem
dobra wodo
to ja jestem
człowiek mówił do wody
mówił do księżyca
do kwiatów deszczu
mówił do ziemi
do ptaków
do nieba
milczało niebo
milczała ziemia
jeśli usłyszał głos
który płynął
z ziemi wody i nieba
to był głos drugiego człowieka
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy
to jest stół mówiłem
to jest stół
na stole leży chleb nóż
nóż służy do krajania chleba
chlebem karmią się ludzie
człowieka trzeba kochać
uczyłem się w nocy i w dzień
co trzeba kochać
odpowiadałem człowieka
to jest okno mówiłem
to jest okno
za oknem jest ogród
w ogrodzie widzę jabłonkę
jabłonka kwitnie
kwiaty opadają
zawiązują się owoce
dojrzewają
mój ojciec zrywa jabłko
ten człowiek który zrywa jabłko
to mój ojciec
siedziałem na progu domu
ta staruszka która
ciągnie na powrozie kozę
jest potrzebniejsza
i cenniejsza
niż siedem cudów świata
kto myśli i czuje
że ona jest niepotrzebna
ten jest ludobójcą
to jest człowiek
to jest drzewo to jest chleb
ludzie karmią się aby żyć
powtarzałem sobie
życie ludzkie jest ważne
życie ludzkie ma wielką wagą
wartość życia
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów
które stworzył człowiek
człowiek jest wielkim skarbem
powtarzałem uparcie
to jest woda mówiłem
gładziłem ręką fale
i rozmawiałem z rzeką
wodo mówiłem
dobra wodo
to ja jestem
człowiek mówił do wody
mówił do księżyca
do kwiatów deszczu
mówił do ziemi
do ptaków
do nieba
milczało niebo
milczała ziemia
jeśli usłyszał głos
który płynął
z ziemi wody i nieba
to był głos drugiego człowieka
* * *
Bez
największym wydarzeniem
w życiu człowieka
są narodziny i śmierć
Boga
ojcze Ojcze nasz
czemu
jak zły ojciec
nocą
bez znaku bez śladu
bez słowa
czemuś mnie opuścił
czemu ja opuściłem
Ciebie
życie bez boga jest możliwe
życie bez boga jest niemożliwe
przecież jako dziecko karmiłem się
Tobą
jadłem ciało
piłem krew
może opuściłeś mnie
kiedy próbowałem otworzyć
ramiona
objąć życie
lekkomyślny
rozwarłem ramiona
i wypuściłem Ciebie
a może uciekłeś
nie mogąc słuchać
mojego śmiechu
Ty się nie śmiejesz
a może pokarałeś mnie
małego ciemnego za upór
za pychę
za to
że próbowałem stworzyć
nowego człowieka
nowy język
opuściłeś mnie bez szumu
skrzydeł bez błyskawic
jak polna myszka
jak woda co wsiąkła w piach
zajęty roztargniony
nie zauważyłem twojej ucieczki
twojej nieobecności
w moim życiu
życie bez boga jest możliwe
życie bez boga jest niemożliwe
w życiu człowieka
są narodziny i śmierć
Boga
ojcze Ojcze nasz
czemu
jak zły ojciec
nocą
bez znaku bez śladu
bez słowa
czemuś mnie opuścił
czemu ja opuściłem
Ciebie
życie bez boga jest możliwe
życie bez boga jest niemożliwe
przecież jako dziecko karmiłem się
Tobą
jadłem ciało
piłem krew
może opuściłeś mnie
kiedy próbowałem otworzyć
ramiona
objąć życie
lekkomyślny
rozwarłem ramiona
i wypuściłem Ciebie
a może uciekłeś
nie mogąc słuchać
mojego śmiechu
Ty się nie śmiejesz
a może pokarałeś mnie
małego ciemnego za upór
za pychę
za to
że próbowałem stworzyć
nowego człowieka
nowy język
opuściłeś mnie bez szumu
skrzydeł bez błyskawic
jak polna myszka
jak woda co wsiąkła w piach
zajęty roztargniony
nie zauważyłem twojej ucieczki
twojej nieobecności
w moim życiu
życie bez boga jest możliwe
życie bez boga jest niemożliwe
piątek, 18 kwietnia 2014
Wielki Piątek
Widok pustego tabernakulum w ciemnym kościele zawsze wywołuje we mnie lęk.
A co jeśli Boga naprawdę by nie było? Pustka, nicość... .
W czas zmartwychwstania
![]() |
| Jezus zstępuje do Otchłani |
W czas zmartwychwstania Boża moc
Trafi na opór nagłych zdarzeń.
Nie wszystko stanie się w tę noc
Według niebieskich wyobrażeń.
Są takie gardła, których zew
Umilkł w mogile - bezpowrotnie.
Jest taka krew - przelana krew.
Której nie przelał nikt - dwukrotnie.
Jest takie próchno, co już dość
Zaznało zgrozy w swym konaniu!
Jest taka dumna w ziemi kość,
Co się sprzeciwi - zmartwychwstaniu!
I cóż, że surma w niebie gra.
By nowym bytem - świat odurzyć?
Nie każdy śmiech się zbudzić da!
Nie każda łza się da powtórzyć!
Bolesław Leśmian
środa, 16 kwietnia 2014
"Inferno" Dan Brown
"W życia wędrówce, na połowie czasu
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu."
Dante "Boska komedia"
I tak Dan Brown wprowadza nas w kręgi piekła, przedstawionego w Boskiej Komedii Dantego.
Nowa przygoda Roberta Langdona na początku zapowiada się ciekawie i intrygująco. Otóż słynny historyk sztuki budzi się we florenckim szpitalu, z raną postrzałową głowy. W stanie omdlenia, czy snu, doznaje wizji, których nie potrafi wytłumaczyć, a wydarzenia ostatniego dnia pokryte ma całkowitą amnezją. Doświadczane przez niego wizje są upiorne, diaboliczne, i już na początku książki wiemy, że schodzimy do czeluści piekieł.
Co będzie tym piekłem na Ziemi, czego ludzkość powinna się bać i przed jakim złem Langdon znów uratuje świat - tego oczywiście opisywać nie będę.
Mogę tylko podzielić się swoją opinią na temat ostatniej powieści Dana Browna. Niestety, ale czuję się rozczarowana. Podejrzewam, że autor wyczerpał już repertuar pomysłów, tajemniczych znaków i symboli, którymi czarował w w poprzednich książkach. Czytając "Inferno" można sie zanudzić powielanymi schematami. Tradycyjnie Robert Langdon, idąc po nitce zaszyfrowanych znaczeń, umieszczonych w dziełach sztuki, próbuje rozwikłać tajemnicę i uratować świat. Robi to jednk dużo bardziej nieudolnie niż w poprzednich przygodach, brak mu dawnego czaru, wdzięku i błyskotliwej inteligencji. Oczywiście krok za nim podążają (jak tajemniczy Don Pedro) ci "źli", którzy chcą dotrzeć do celu pierwsi. Warstwa sensacyjna powieści wydała mi się dość słaba, nudna, pełna dłużyzn - w końcu ile można biegać po Florencji? (Chyba, że to przewodnik turystyczny?) Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nie wiadomo kto jest tak naprawdę dobry a kto zły. Ten element zaskoczenia wyrwał mnie pod koniec książki z odrętwienia i znudzenia.
Największym walorem "Inferno" jest mnogość odniesień do architektury i sztuki włoskiego renesansu. Opisy są tak barwne i plastyczne, że odnosiłam wrażenie iż zwiedzam Florencję, Wenecję i Stambuł z Robertem Langdonem. Często przerywałam czytanie, by wyszukać w sieci informacje na temat opisywanych zabytków.
Liczne cytaty z Dantego zachęciły mnie również do sięgnięcia po tę lekturę. W liceum wydawała mi się ona nudna i niezrozumiała. Widocznie musiałam dorosnąć, by docenić walory tego poematu.
Lektura "Inferno" skłania też do refleksji nad filozofią transhumanizmu, nad etycznymi aspektami rozwoju genetyki i możliwości ingerowania w rozwój gatunku ludzkiego.
Można więc znaleźć w powieści kilka interesujących tematów, które trzeba wyłuskać z sensacyjnej fabuły, by pogłębić je samodzielnie.
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu."
Dante "Boska komedia"
I tak Dan Brown wprowadza nas w kręgi piekła, przedstawionego w Boskiej Komedii Dantego.
Nowa przygoda Roberta Langdona na początku zapowiada się ciekawie i intrygująco. Otóż słynny historyk sztuki budzi się we florenckim szpitalu, z raną postrzałową głowy. W stanie omdlenia, czy snu, doznaje wizji, których nie potrafi wytłumaczyć, a wydarzenia ostatniego dnia pokryte ma całkowitą amnezją. Doświadczane przez niego wizje są upiorne, diaboliczne, i już na początku książki wiemy, że schodzimy do czeluści piekieł.
Co będzie tym piekłem na Ziemi, czego ludzkość powinna się bać i przed jakim złem Langdon znów uratuje świat - tego oczywiście opisywać nie będę.
Mogę tylko podzielić się swoją opinią na temat ostatniej powieści Dana Browna. Niestety, ale czuję się rozczarowana. Podejrzewam, że autor wyczerpał już repertuar pomysłów, tajemniczych znaków i symboli, którymi czarował w w poprzednich książkach. Czytając "Inferno" można sie zanudzić powielanymi schematami. Tradycyjnie Robert Langdon, idąc po nitce zaszyfrowanych znaczeń, umieszczonych w dziełach sztuki, próbuje rozwikłać tajemnicę i uratować świat. Robi to jednk dużo bardziej nieudolnie niż w poprzednich przygodach, brak mu dawnego czaru, wdzięku i błyskotliwej inteligencji. Oczywiście krok za nim podążają (jak tajemniczy Don Pedro) ci "źli", którzy chcą dotrzeć do celu pierwsi. Warstwa sensacyjna powieści wydała mi się dość słaba, nudna, pełna dłużyzn - w końcu ile można biegać po Florencji? (Chyba, że to przewodnik turystyczny?) Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nie wiadomo kto jest tak naprawdę dobry a kto zły. Ten element zaskoczenia wyrwał mnie pod koniec książki z odrętwienia i znudzenia.
Największym walorem "Inferno" jest mnogość odniesień do architektury i sztuki włoskiego renesansu. Opisy są tak barwne i plastyczne, że odnosiłam wrażenie iż zwiedzam Florencję, Wenecję i Stambuł z Robertem Langdonem. Często przerywałam czytanie, by wyszukać w sieci informacje na temat opisywanych zabytków.
Liczne cytaty z Dantego zachęciły mnie również do sięgnięcia po tę lekturę. W liceum wydawała mi się ona nudna i niezrozumiała. Widocznie musiałam dorosnąć, by docenić walory tego poematu.
Lektura "Inferno" skłania też do refleksji nad filozofią transhumanizmu, nad etycznymi aspektami rozwoju genetyki i możliwości ingerowania w rozwój gatunku ludzkiego.
Można więc znaleźć w powieści kilka interesujących tematów, które trzeba wyłuskać z sensacyjnej fabuły, by pogłębić je samodzielnie.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Dziewczyna z szafy
w reż. Bodo Koxa, uznano za najlepszy film zagraniczny na Festiwalu Filmów Niezależnych w Rzymie. Lubię takie kino, ten rodzaj narracji i humoru, graniczącego z pure nonsensem. Opowiadający niby o zwyczajnych problemach - o poszukiwaniu miłości, chorobach, cierpieniu. Niezwykła jednak w filmie jest konwencja w jakiej te tematy i bohaterowie zostali ukazani.
Jest to film o miłości, nie tylko tej erotycznej, ale takiej zwyczajnej - do drugiego człowieka. O trudzie bycia razem w cierpieniu, chorobie, o radzeniu sobie z odrzuceniem przez ogół. Ale nie jest to prosty melodramat, jest tu ironia, groteska, dystans do problemów, czarny humor.
Tytułowa bohaterka żyje w świecie nieco oderwanym od rzeczywistości, w surrealistycznych przestrzeniach, niczym Alicja w krainie czarów (nawet królik jest). Pogrążona w swojej chorobie (depresji, psychozie?), ma trudności w nawiązaniu normalnych relacji z ludźmi, zmaga się z myślami i próbami samobójczymi, z urojeniami i omamami - chociaż nie jest to typowy zapis choroby psychicznej. Raczej opowieść z pogranicza realności i magii, baśni. Mieszają się światy, konwencje, na tyle, że czasem nie wiadomo, czy widz ma się śmiać, czy raczej płakać ze wzruszenia.
Świetne role aktorskie, zarówno Wojciecha Mecwaldowskiego, jako Tomka - chorego umysłowo, jak i Piotra Głowackiego - jego brata. Tego drugiego znałam tylko z serialu "Bez tajemnic", gdzie nie ujął mnie swą grą. Myślę, że w "Dziewczynie z szafy" pokazał swój kunszt aktorski.
I jeszcze kilka kadrów z filmu:
Jest to film o miłości, nie tylko tej erotycznej, ale takiej zwyczajnej - do drugiego człowieka. O trudzie bycia razem w cierpieniu, chorobie, o radzeniu sobie z odrzuceniem przez ogół. Ale nie jest to prosty melodramat, jest tu ironia, groteska, dystans do problemów, czarny humor.
Tytułowa bohaterka żyje w świecie nieco oderwanym od rzeczywistości, w surrealistycznych przestrzeniach, niczym Alicja w krainie czarów (nawet królik jest). Pogrążona w swojej chorobie (depresji, psychozie?), ma trudności w nawiązaniu normalnych relacji z ludźmi, zmaga się z myślami i próbami samobójczymi, z urojeniami i omamami - chociaż nie jest to typowy zapis choroby psychicznej. Raczej opowieść z pogranicza realności i magii, baśni. Mieszają się światy, konwencje, na tyle, że czasem nie wiadomo, czy widz ma się śmiać, czy raczej płakać ze wzruszenia.
Świetne role aktorskie, zarówno Wojciecha Mecwaldowskiego, jako Tomka - chorego umysłowo, jak i Piotra Głowackiego - jego brata. Tego drugiego znałam tylko z serialu "Bez tajemnic", gdzie nie ujął mnie swą grą. Myślę, że w "Dziewczynie z szafy" pokazał swój kunszt aktorski.
I jeszcze kilka kadrów z filmu:
Subskrybuj:
Posty (Atom)























