czwartek, 21 marca 2013

Andrzej Stasiuk "Grochów"


Proza Andrzeja Stasiuka zawsze mnie ciekawiła i poruszała. Sięgając po "Grochów" miałam pewne obawy. Nie byłam do końca przekonana czy mam ochotę czytać o śmierci; czy jestem wewnętrznie gotowa na zmierzenie się z tym tematem. Obawiałam się zbytniego epatowania problemem, wyciskania łez.
Okazało się, że moje lęki były nieuzasadnione. Stasiuk potrafi pisać o sprawach trudnych, brzydkich, niechętnie poruszanych w  taki sposób, że łączy szorstkość języka  z lirycznością, metaforą. Za to go cenię, że czytając jego prozę mam wrażenie obcowania z wrażliwym poetą.

Śmierć to strona ludzkiej egzystencji, którą chętnie wypieramy ze świadomości, chowamy głęboko w zakamarkach umysłu.
   Nasz świat stał się "wygładzony", wytłumaczony naukowo. Choroby i śmierć zostały  "odczłowieczone", sformalizowane. Przerzuciliśmy te problemy na odpowiednie instytucje, mając nadzieję, że to zmniejszy nasz lęk. Paradoksalnie, stało się inaczej - boimy się śmierci jeszcze bardziej.
   Najlepiej ilustruje to pierwsze opowiadanie pt. "Babka i duchy".
A. Stasiuk wspomina swoję babcię, dla której było czymś naturalnym obcowanie z duchami, zjawami. Opowiadała o tym kogo z nieżyjących ujrzała, jakby nie było w tym nic niezwykłego. Autor pięknie nazywa to jako "zwyczajność niezwyczajnych rzeczy". Było to coś naturalnego, że te dwa światy wzajemnie się przenikają. Metaforycznie nazywa to rozdartą tkaniną egzystencji, przez którą można zajrzeć do świata nieżyjących. Babka, poprzez swoje opowieści, " łatała" to rozdarcie, cerowała tę egzystencjalną tkaninę, jakby nie było w tym nic dziwnego. Robiła to w tak naturalny sposób, że nie było widać "śladów szycia"- czyli, że świat realny i pozaziemski zwyczajnie się ze soba łączą.
    Dawniej śmierć była czymś naturalnym. Nawet dzieci oswojone były z własnym nieuchronnym końcem, dzięki temu, że w domu uczestniczyły  w ceromonii przygotowań do pochówku.
Stasiuk ironizuje, że w obecnych czasach nawet niemożliwe byłoby zajmowanie się zmarłym w domu - no bo jak znosić trumnę z 8 piętra ? Po schodach - za ciężko, windą - postawić pionowo? Trochę niezręcznie pionizować nieboszczyka...

  Kolejne opowiadanie to wspomnienie o przyjacielu, poecie - Augustynie  Baranie z Izdebek.
Skłania do refleksji o tym, jak krucha jest nasza egzystencja, jak znienacka ktoś może "odłączyć nam prąd ", np. w postaci udaru.
Powrót do normalnego życia staje się czasem niemożliwy, a człowiek zmuszony jest walczyć  ze swoim chorym ciałem. Tak trudno  i niezręcznie jest rodzinie, bliskim, stać obok chorego.
Jest to  bolesne doświadczenie z jednej strony bliskości, z drugiej poczucia obcości.  Siedząc przy łóżku chorego - nie wiemy co mówić, jak pocieszać, czy prowadzić banalne rozmowy o codziennych sprawach. Najbardziej chciałoby się uciec  od szpitalnych zapachów, myśli o chorobie, o złych rokowaniach, których z grzeczności nie wypowiada się przy łóżku chorego.

  Ostatnie, tytułowe opowiadanie "Grochów" to retrospekcja, konfrontacja wspomnienień  z dzieciństwa z twardą rzeczywistością.
Jest to pożegnanie Stasiuka z przyjacielem, z którym łączy go wiele wspomnień. Wychowali się razem na biednym, robotniczym Grochowie. Wciśnięci przez wiatr historii pomiędzy Ruskich a Niemców, marzyli o wolności, dalekich podróżach. Rzeczywistość  była jednak prozaiczna. Podróże to schody pociągu, w smrodzie, ze starym namiotem i workiem na plecach. Codziennność to pobudka o 4.30 rano, żelazna brama fabryki, która pożera tłum robotników, idących z pochylonymi głowami - jak na śmierć.
Ta brama wywołuje u Stasiuka skojarzenia z ostatnią drogą przyjaciela - do pieca krematoryjnego. I makabryczne ( a może praktyczne )pytanie Stasiuka - czy komin ma filtr, żeby umarli nie przedostali się do atmosfery i nie osiedli na pobliskich budynkach?
Jest coś przerażającego w tym, że w dzieciństwie, młodości, patrząc na przyjaciół, nie przychodzi nam do głowy myśl, że za parę (naście) lat jedyne co będziemy mogli dla siebie zrobić to rzucić grudę ziemi na trumnę, czy odprowadzić do pieca.
Jak pisze autor, śmiertelni nie jesteśmy od początku życia, stajemy się tacy dopiero wraz z upływem lat.
  Stasiuk  potrafi w prosty a jednocześnie chwytający za gardło sposób pisać o aspektach rzadko poruszanych publicznie. Na przykład o tym, że brak mu grobu przyjaciela, namacalnych resztek jako dowodu, że żył.
Kości zakopane w ziemi dają żywym poczucie ciągłości życia, bo "myśl musi czegoś dotykać". Jest coś makabrycznego w tym, że człowiek może wylecieć przez komin z kwasoodpornej stali i nic po nim nie zostaje, oprócz wspomnień... .
      Opowiadanie "Grochów" to nie tylko temat śmierci. To także wspomnienie dawnej dzielnicy. Styl pisania Stasiuka jest tak plastyczny, sugestywny, że czytając miałam wrażenie, że przenoszę się w czasie. Wręcz czułam zadymiony bar, zapach grzanego piwa i starych drelichów. Czułam tę szarość i beznadzieję PRL. Widziałam tych robotników, przynoszących do domu pensję, z poczuciem przegranej, "uwięzienia we własnym życiu jak owady w bursztynie".
Ojcowie - zamienieni w "mięso", które pożera fabryka, bezradni, z brudem na spracowanych rękach, którego nie można zmyć.
Woń klatek schodowych, przesiąkniętych zapachem tanich obiadów i butów zostawionych przed drzwiami.
W tej rzeczywistości zanurzeni młodzi ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę uciec, a jednocześnie mieli poczucie winy, że w ten sposób zdradzają swoich ojców.
   
    Opowiadanie "Suka"wyróżnia się tym, że choć dotyczy śmierci, to jednak nie człowieka, ale suki A. Stasiuka. Jest mi ono szczególnie bliskie, bo mam to doświadczenie świeżo w pamięci.
Człowiek umiera bardziej "elegancko". Robi specjalistyczne badania, łyka drogie leki, otoczenie pociesza go, że będzie lepiej.
Pies, jak pisze Stasiuk, zamienia się powoli w postrzępiony, śmierdzący dywanik. Nie widzi, nie słyszy, traci węch. Widać, jak stopniowo, z radosnego, mądrego psiaka zamienia się w kupkę sierści, z którą (pozornie) nie ma kontaktu.
I ta złość na ciągłe sprzatanie odchodów, i te rady - "uśpij, nie męcz siebie i psa".
Na koniec najgorsze - dylemat, czy człowiek może zakończyć to życie? Eufemistycznie mówi się "uśpić", ale to przecież znaczy "zabić"... .
Jestem wdzięczna autorowi, że poruszył też ten aspekt śmierci, bo w rozważaniach na ten temat rzadko wspomina się o zwierzętach.

Na koniec warto wspomnieć o ciekawych rysunkach Kamila Targosza, trochę w stylu Chagalla, które podkreślają klimat książki.

niedziela, 17 marca 2013

"Sugar Man" , reż. Malik Bendjelloul


Oscary filmowe już dawno rozdane, a ja dopiero teraz znalazłam czas, żeby obejrzeć "Sugar Man", czyli zwycięzcę w kategorii filmów dokumentalnych.
     Jest to historia Rodrigueza - muzyka, piosenkarza z Detroit. Pochodzi z biednej, robotniczej rodziny, przez wiele lat utrzymywał się z pracy fizycznej.
Pod koniec lat '60 próbował realizować się w muzyce. Sam komponował swoje utwory, grywał je w nocnych lokalach.Wydawało się, że los daje mu szansę, gdy został zauważony przez producentów branży muzycznej. Wydał dwie płyty w latach 1970 i 1971.Niestety , nie odniósł sukcesów na rynku. Właściwie nie wiadomo dlaczego jego płyty nie sprzedawały się, bo oceniano go bardzo dobrze. W USA nikt się nim nie interesował i wkrótce słuch po nim zaginął.
Chociaż, podobno Wojciech Mann przyznał, że w latach '70 kupił płytę nieznanego nikomu Rodrigueza - widać zawsze miał wyczucie muzyczne.
     Tymczasem płytę Rodrigueza przywiózł ktoś ze Stanów do RPA, do Kapsztadu.
Utwory zrobiły ogromne wrażenie na społeczeństwie kraju , w którym panował apartheid. Rodriguez stał się symbolem buntu wobec establishmentu. Jego teksty uświadomiły ludziom , że można zanegować istniejący porządek, uwolnić swój umysł od stereotypów i zacząć myśleć inaczej.
Rodriguez stał się w RPA popularniejszy niż Elvis Presley. Wytwórnie sprzedawały tysiące jego płyt. Sam muzyk był dla fanów osobą tajemniczą, mityczną.Nie wiadomo było gdzie mieszka , co robi. Powstała plotka , że zastrzelił się , bądź podpalił na scenie po nieudanym koncercie. Władze RPA wprowadziły cenzurę jego tekstów , które mówiły o buncie przeciw nierówności społecznej i biedzie. To wszystko kształtowało jego legendę i jeszcze bardziej podsycało fascynację  osobą Rodrigueza  i  jego twórczością.

Tymczasem Rodriguez , nieświadomy swojej szalonej popularności w RPA , wiódł trudne życie robotnika w Detroit. Olbrzymim zaskoczeniem dla niego było spotkanie z dziennikarzem z RPA. Po 30 latach dowiedział się , że jego muzyka żyje tam własnym życiem , a on sam jest legendą.

Sugar Man to film o tym ,jak ważne jest , by w życiu znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu. To opowieść o tym , jak o ludzkim losie decyduje przypadek.
Można brnąć przez życie w szarości i poczuciu beznadziei , nie podejrzewając , że za rogiem czeka nas inna rzeczywistość.
Historia Rodrigueza to jakby dwa  życia tego samego człowieka , różniące się od siebie , które rozgrywają się w światach równoległych.Opowieść trochę jak z bajki o Kopciuszku , wzruszająca, z pozytywnym przesłaniem.
Można oczywiście zastanawiać się , czy Rodriguez na prawdę był tak genialnym muzykiem? Czy może na jego popularność w RPA wpływ miała sytuacja polityczna i społeczna tego kraju ? W tekstach piosenek ludzie odnajdywali takie treści , jakie chcieli widzieć , by podsycać nastroje społeczne.
  Biorąc pod uwagę , że to film dokumentalny, to trochę zabrakło mi wyjaśnienia wątków finansowych. Co stało się z pieniędzmi z płyt, dlaczego nie dotarły one do Rodrigueza ? Reżyser pozostawia widza w sferze niedomówień.

Jakkolwiek by nie oceniać filmu pod względem technicznym , to na pewno przedstawia on ciekawą historię i daje widzom dawkę świetnej muzyki :)




źródło zdjęcia : stopklatka.pl

środa, 13 marca 2013

Tajemnica 13 apostoła - Michel Benoit

Początki chrześcijaństwa, religii , która zadecydowała o kulturze i kształcie Europy na następne setki lat, nie są do końca jasne. Niektórzy uważają , że prawda skrywana jest przez Kościół Katolicki, a jej ujawnienie doprowadziłoby do upadku Kościoła jako instytucji , podważyłoby wiarę ludzi w Jezusa jako Mesjasza.

Wiele emocji wzbudziły odkryte w  latach 1947-56     manuskrypty znad morza Martwego.Odkrycie dokumentów z pierwszych wieków naszej ery pobudza wyobraźnię, prowokuje do postawienia pytania - czy wszystko zostało opublikowane , czy cała treść tych manuskryptów została ujawniona tzw.  szerokim masom ? Być może manuskrypty kryją tajemnice , których jeszcze nie poznaliśmy , a które zrewolucjonizowałyby powszechną wiedzę o początkach chrześcijaństwa.
    Na bazie takich spekulacji powstało już wiele książek. Wszystkie czytałam z zainteresowaniem , bo każda wnosi coś nowego , ciekawego , do dalszych rozważań.
Łączy je jedno - podejrzenie o istnienie spisku , którego celem jest ukrycie prawdy o Jezusie. Żadna z tych książek oczywiście nie odpowie nam na pytanie o korzenie chrześcijaństwa i prawdopodobnie większość zawartych w nich hipotez to czysta fikcja.
Niemniej z dreszczykiem emocji zasiadam do kolejnej książki . Wątki kryminalne nie są dla mnie najważniejsze , choć przyznam , że wciągające. Tego typu książki czytam zawsze , mając google "pod ręka". Doczytuję informacje historyczne, sprawdzam co jest fantazją pisarza a co faktem.

Tym razem bohaterami są dwaj mnisi benedyktyńscy , z opactwa św. Marcina we Francji. Pasją ich życia jest poszukiwanie prawdy na temat początków chrześcijaństwa.
W swoich dociekaniach docierają do źródeł skrywanych w tajnych bibliotekach kościelnych. Czytelnik przenoszony jest do czasów życia Jezusa, ostatniej wieczerzy i ukrzyżowania. Odnajdujemy w zapiskach postać "ukochanego ucznia" Jezusa, rywalizującego z Piotrem. Dlaczego został skrzętnie usunięty z Nowego Testamentu...?  Sięgamy do problemu walki o przywództwo nad wyznawcami Jezusa,  rywalizacji między Piotrem a Jakubem , bratem Jezusa. Myślę , że nie zdradzę zbyt treści jeśli napiszę , że osią fabuły jest problem boskości Jezusa...
Powieść wypełniona jest siecią intryg watykańskich, zbrodni ,prawdziwych i fikcyjnych historii o Jezusie i Apostołach.
Książka napisana jest w taki sposób , że wciąga czytelnika od I rozdziału.
Pikanterii dodaje fakt ,że autor - Michel Benoit był mnichem benedyktyńskim przez 22 lata. Wystąpił z zakonu, bo nie mógł pogodzić się z doktryną katolicką. Zajął się pisaniem książek  o tematyce religioznawczej. Prowadził własne badania nad życiem Jezusa. Książka Tajemnica 13 apostoła ma być zapisem jego dociekań, przedstawionym w sposób zbeletryzowany.
  Autor nie pozostawia suchej nitki na hierarchach Kościoła Katolickiego. Wprowadza do fabuły organizacje i postaci , które nawiązują do prawdy. Na przykład  prefektem Kongregacji ds. Doktryny Wiary jest kard. Catzinger. Nie trzeba być znawcą tematu , że by wiedzieć kto jest pierwowzorem tej postaci.
    Na straży tajemnic stoi Stowarzyszenie św. Piusa V.  W powieści jest to grupa bezwzględna , posuwająca się do zbrodni , by wypełniać swoja misję .
Autor wplata w  fabułę wszystkie problemy , grzechy i słabości Kościoła Katolickiego, o których już od dłuższego czasu mówi się publicznie. Właściwie ta książka jest jednym wielkim  oskarżeniem Kościoła.
 Charakterystyczne  dla tego typu książek jest to, że mieszane są informacje prawdziwe z fikcją literacką , co ma na celu podsycanie ciekawości czytelnika i pobudzenie jego wyobraźni. Dlatego ,podczas lektury tej powieści , czytelnik musi sam zachować krytyczne spojrzenie, by z jednej strony nie ulec totalnej krytyce K.K., bądź też nie odrzucić tej pozycji ze zgorszeniem.

Ciekawym zabytkiem , do którego nawiązuje M. Benoit jest oratorium w
 Germigny-des-Pres , pochodzące z okresu karolińskiego.
Wieś , którą zamieszkuje ok. 400 mieszkańców, odwiedza rocznie ok. 100 tys. turystów. Przyciąga ich kaplica wybudowana w 806 r.
Prawdopodobnie to miejsce jest pierwowzorem kościoła , w którym bohaterowie książki odnajdują płytę z tajemniczym napisem.
mozaika z IX w. w apsydzie oratorium



























źródła zdjęć: Wikipedia

wtorek, 12 marca 2013

William Stanley Merwin


Fundacja im. Zbigniewa Herberta po raz pierwszy przyznała nagrodę za wybitne osiągnięcia artystyczne i intelektualne. Międzynarodowe jury ogłosiło 11 marca wyniki konkursu. Laureatem został amerykański poeta William Stanley Merwin.



Na rocznicę mojej śmierci

Co roku nie wiedząc o tym mijam ten dzień
Kiedy pożegnają mnie ostatnie ognie
I cisza odprawi
Niestrudzonego wędrowca(...).
Wtedy nie będę już czuł się
W życiu jak w cudzym ubraniu,
Zdziwiony ziemią
I miłością jednej kobiety
I bezwstydem ludzi,
Tak jak dziś,pisząc po trzech dniach deszczu
Słysząc jak śpiewa strzyżyk i ustaje ulewa,
Zmierzając nie wiem ku czemu.

tłum. Czesław Miłosz

sobota, 9 marca 2013

"Jak wyprostować koło" -

to zbiór felietonów Joanny Szczepkowskiej , pisanych do Wysokich Obcasów w latach 2000-2006.
Pełne dystansu , ironii ,refleksji. Autorka  potrafi w kilku zdaniach świetnie nakreślić swoje obserwacje na temat otaczającego ją świata. Wychwytuje ze zwykłych zdarzeń coś , co czyni je niepowtarzalnymi i przedstawia to w takiej formie , że skłania czytelnika do refleksji.
Przeszkadzała mi trochę  postawa oceniająca autorki, spoglądanie na innych z pozycji wyższościowej , a w przecież, jak się dokładniej przyjrzeć , każdy ma w sobie trochę słabości , śmieszności czy kołtuństwa.

Zaciekawiła mnie historia o dziewczynce , która uczęszczała na zajęcia plastyczne. Nie była z nich zadowolona , nie odpowiadała jej nauczycielka , która kazała dzieciom rysować naiwne kwiatki , dzbanuszki itp. Uważała , że do prawdziwej sztuki wchodzi sie "tylnymi drzwiami" , chciała szukać głębi a nie malować kwiatki.
 Młoda artystka chciała pokazać swoją niezależność, bojkotowała więc zajęcia na wszystkie możliwe sposoby, dawała odczuć nauczycielce , że nie podoba jej się traktowanie uczniów jak  dzieciaki, dla których sztuka to naiwne obrazki.
Na koniec roku wykonała pracę , którą miała nadzieję zaszokować nauczycielkę i sprowokować do ostrej reakcji. Chciała wyrazić swój bunt wobec utartych schematów , pokazać , że potrafi być nowatorska , nietuzinkowa.
I tu nastąpiło coś dziwnego.Jak pisze Szczepkowska , młoda artystka została  całkowicie upokorzona. Otóż nauczycielka przed całą grupa pochwaliła dziewczynę !
Okazało się , że cały bunt na nic! Młody człowiek chce iść pod prąd, wyłamać się z głównego nurtu , a tu spotyka się z pochwałą!Podejrzewam , że wykonując kontrowersyjną pracę , chciała wywołać oburzenie , dyskusję . Pochwała to jakby dyskwalifikacja jej jako buntowniczki , to tak jakby nauczycielka powiedziała : " wcale nie jesteś taka oryginalna".
To ciekawy problem granic wolności twórczej , niezależności 
- czy można być offowym i jednocześnie chwalonym? Czy jednak docenienie przez szeroką publikę sprawia , że z "off-u" trafia sie do "mainstreamu"?

W książce sporo jest feliotonów , których tematy wywołują refleksję , uśmiech...  . Polecam.



czwartek, 7 marca 2013

. . . dlatego warto być dobrym człowiekiem : )


Przekaz tak czytelny , że nie ma potrzeby dorabiać głębszej filozofii :)

Tajemnica świątyni...

Jerozolima to miejsce powstania trzech religii i jednocześnie miejsce święte dla każdej z nich. Prawo do tych ziem , do przedmiotów i miejsc kultu od setek lat rodzi konflikty i jest zarzewiem wojen.
Jest to część świata, w której symbole są ważniejsze niż ludzkie życie.
Każda religia ma swoje święte symbole, przedmioty , które mają dla wyznawców szczególną moc i pozwalają wierzyć w potęgę ich boga.
Takie święte przedmioty zawsze rozpalały niezdrowe żądze , próbowano je wykorzystać jako broń przeciwko innym. O tym jest książka Paula Sussmana Tajemnica świątyni.
Powieść nawiązuje do najnowszej historii , do nazistów, którzy w historii i archeologii szukali potwierdzenia  wyższości i dominacji narodu niemieckiego. W 1935 r. powstało stowarzyszenie Dziedzictwa Proroków - Ahnenerbe i oddział  SS- Sonderkommando Jankuhn- specjalizujące się w wywożeniu zabytków do Rzeszy, zagrabionych w innych krajach.

W Tajemnicy świątyni wątek kryminalny jest ciekawie wpleciony w religię i archeologię. Akcja zaczyna się w 70 r.n.e. w Jerozolimie, atakowanej przez Rzymian. Kapłan powierza wybranemu chłopcu zwój pergaminów i tajemnicę , czyniąc go odpowiedzialnym za przetrwanie religii.
wyobrażenie menory,przedstawione na Łuku
Tytusa
To tytułem wstępu. Później autor przenosi nas w XXI wiek. Morderstwa mieszają się z poszukiwaniem cennego dla Żydów  przedmiotu - menory. Była to święta lampa, określana jako światło stworzenia,w którym objawia się oblicze Pana. Wywieziona została do Rzymu po zburzenia Świątyni Salomona w 70 r.
Tłem akcji jest konflikt izraelsko - palestyński, wzajemna nienawiść , agresja.
Autor daje nam  nadzieję , że zwykli ludzie mogą wyjść ponad antagonizmy narodowe , zobaczyć w odwiecznym wrogu człowieka, nawet przyjaciela.
   Przywołane też zostają wątki z II wojny św., problem Holokaustu , niepomszczonych krzywd i niezabliźnionych ran.
Wszystko to razem powoduje , że czyta się Tajemnicę świątyni z dużym zaciekawieniem. Dużo ciekawostek historycznych, legend o skarbach odkrytych podczas wypraw krzyżowych. Dla miłośników takich klimatów - świetna książka.


poniedziałek, 4 marca 2013

Ruiny zamku w Drzewicy...

Z lewej strony ośmiokątna wieża - miejsce "próby powietrza".
czyli o tym jak w pracy można miło spędzić dzień.

Ostatnio dużo podróżuję po Polsce w celach służbowych. Dziś trasa zawiodła mnie do Drzewicy - miasteczka położonego na styku woj. łódzkiego i świętokrzyskiego. Nie spodziewałam się , że trafię do tak urokliwego miejsca , którego historia  sięga XIII w. i czasów Konrada Mazowieckiego.
Bardzo lubię takie miasteczka - niewielki rynek , otoczony zadbanymi kamienicami, rzeka Drzewiczka i ruiny gotyckiego zamku.
Nie miałam zbyt dużo czasu na zwiedzanie, ale zrobiłam kilka zdjęć zamku i zainteresowałam się jego historią.
Otóż zamek wybudowany został w XVI w. przez Macieja Drzewickiego , późniejszego arcybiskupa gnieźnieńskiego. Dzięki temu , że nie był od tamtych czasów przebudowywany, możemy dziś podziwiać jego pierwotny kształt i charakter.
Niestety , został zniszczony przez pożar w 1814 r. Podobno zamieszkujące go siostry benedyktynki zapomniały pogasić świece po nabożeństwie i prawdopodobnie to zaprószyło ogień. Zamek nigdy nie został już odbudowany. Ale muszę przyznać , że ruiny też wyglądają imponująco.
Z zamkiem wiąże się ponura historia. Jeszcze w XVII w. wykonywano tu tzw. "próby powietrza", mające na celu wykrycie konszachtów z diabłem. Zrzucano z wieży kobiety podejrzewane o współpracę z mocami nieczystymi , czyli np.stare żebraczki , cyganki .Przed strąceniem z wieży wkładano im w usta knebel , aby uniemożliwić im przyzywanie  na pomoc diabła. Wynik próby był właściwie oczywisty. Jeśli kobieta spadła na ziemię , to oznaczało , że była niewinna. Gdyby okazało się , że odleciała - to wiadomo - czarownica. Duchy tych nieszczęśnic podobnież snuły się po zamku , strasząc przechodniów swoimi jękami. Dlatego obok ośmiokątnej wieży- miejsca egzekucji, wybudowano kaplicę , co miałoby chronić ludzi przed zjawami i duszami potępieńców. Wydaje się jednak , że owe zjawy to mgły unoszące się z , wypełnionej wodą , fosy.

Miejsce wymarzone na przygodę pt. "wakacje z duchami" , można się wybrać na spływ kajakowy rzeką Drzewiczką . Stamtąd blisko już w Góry Świętokrzyskie.
Urocze miejsce...

środa, 27 lutego 2013

Życie prywatne elit Drugiej Rzeczpospolitej

Sławomir Koper to autor ostatnio bardzo popularny . Zauważyłam , że budzi mieszane uczucia wśród czytelników . Przez jednych wychwalany za to , że czyni postaci z podręczników historii bardziej ludzkimi , pokazując ich słabości ,wady , grzeszki. Przez innych krytykowany za szukanie taniej sensacji , czy nawet za nierzetelność i plagiat .
Postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie ,przeczytałam więc Życie prywatne elit... .
     Książka do przeczytania w  weekend, z serii " lekka, łatwa i przyjemna". Przenosi nas w świat przedwojennej Polski ,świat elit politycznych, artystów , kabaretów, środowisko słynnej "Ziemiańskiej". Tak przynajmniej zapowiada się na pierwszych stronach . Niestety , później autor ogranicza się już tylko do sfery polityków. Przytacza mnóstwo anegdot z życia prywatnego , skandali , afer.
Sławomir Koper
Opowieści o licznych romansach Wieniawy- Długoszowskiego czy Piłsudskiego początkowo mogą wydawać się ciekawe. Jednak w połowie książki czułam się już przytłoczona ilością libacji, kochanek , rozwodów. Swoją drogą , to ciekawe , jak łatwo można było wtedy unieważnić małżeństwo kościelne, by otworzyć sobie drogę do następnego ślubu :)
Przyznam , że czytałam książkę ze zmiennym zainteresowaniem , bo po prostu nie wszystkie historie są ciekawie napisane. Zdarzało mi się z nudów przerzucać po kilka kartek. Czasem miałam wrażenie , że jest to zlepek historyjek , częściowo dobrze znanych , częściowo nudnych , bez znaczenia. Brakowało mi w książce jakiejś idei, głównej myśli , klimatu tamtych lat.
Dobrze , że autor , w tle tych ploteczek i dykteryjek, przedstawia nieco wydarzeń historycznych , co podnosi wartość książki. Znalazłam kilka wątków, które mnie zaciekawiły , jak np. wojenne losy Wieniawy-Długoszowskiego, czy historia morderstwa Marty Zaleskiej- partnerki Rydza-Śmigłego.
Najciekawszy wydał mi się początek książki i jej ostatni rozdział :)
Wieniawa to postać barwna; krążyło na jego temat mnóstwo żartów i anegdot. Wspaniały żołnierz , z duszą artysty i zamiłowaniem do "uciech cielesnych". Mam przed oczami postać płk. Waredy z Kariery Nikodema Dyzmy , dla której Wieniawa był pierwowzorem. Kojarzymy go zawsze z pełnym fantazji i humoru hulaką . Rzadko wspomina się o dramatycznym końcu jego życia i samobójstwie w 1942 r.
Klamrą zamykającą książkę jest historia Walerego Sławka , również bliskiego przyjaciela Piłsudskiego, dwukrotnego premiera rządu. Postać mało znana a szkoda , bo o ciekawym życiorysie i osobowości. Znamienne , że on również odebrał sobie życie, gdzie podobnie jak w przypadku Wieniawy , w grę wchodziły względy polityczne.

Ogólnie rzecz ujmując , książka nie zachwyciła mnie. Spodziewałam się więcej informacji historycznych , bardziej wnikliwego potraktowania postaci . Nie interesują mnie skandale i plotki. Gdyby stanowiły one margines książki - to OK, ale w moim odczuciu zajęły zbyt dużo miejsca. Oczywiście , nie mogę z tego robić zarzutu pod adresem autora. Taki był zamysł jego książki , a że rozminęło się to z moimi zainteresowaniami - cóż, trudno.
Nie chcę tylko krytykować, bo książka zapewne ma swoje dobre strony. Z pewnością zdejmuje z piedestału postaci, których nauczono nas widzieć jako mężów stanu , ludzi którzy całe życie poświęcili ojczyźnie. Być może takie podejście do tematu mogłoby być ciekawe ,przecież nie zawsze o historii trzeba pisać poważnie i "zadęciem" .
Zniechęciły mnie do tej książki , oprócz treści , również względy techniczne , takie jak styl pisania Kopera , zła kompozycja książki.
  Na półce czeka następna książka S. Kopera - może będzie lepiej?:)

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Żona Mormona" - historia Irene Spencer

Żona Mormona to opowieść jednej z 10 żon poligamisty- Verlana. Jest to jednocześnie historia rodziny , która założyła słynną Colonię LeBaron w Płn. Meksyku.
Niby wszyscy wiemy , że część Mormonów nadal praktykuje wielożeństwo , mimo oficjalnego zakazu.Jednak przeczytanie historii osoby, która tego koszmaru doświadczyła- może wywołać szok i oburzenie.
 Mormoni wierzą w to , że każdy mężczyzna może po śmierci zostać bogiem. Jednym z warunków jest posiadanie za życia min. 7 żon.
Dla kobiet jest to szansa na stanie się boginią, bo tylko mąż - bóg może ją "przeciągnąć" przez wrota śmierci do wiecznego życia.
Fundamentalny odłam Mormonów uważa , że jest to podstawa ich wiary, dlatego nie zamierza zrezygnować z poligamii.
Verlan w otoczeniu swoich dzieci


Życie kobiet w takich rodzinach to koszmar , niewyobrażalny dla tzw.człowieka Zachodu. Ślub biorą potajemnie( bo to niezgodne z prawem),muszą dzielić się swoim mężem z kilkoma kobietami i , co ciekawe, powinny wyszukiwać mężowi kolejnej żony.
Podstawowym obowiązkiem żony jest rodzenie dzieci , by powołać do życia dusze oczekujące na ziemskie życie.
Rodziny poligamiczne to właściwie nie są rodziny w moim rozumieniu tego pojęcia.
Brak w nich prawdziwych , głębokich więzi emocjonalnych między małżonkami. Bo co to jest za więź, gdy mąż wygania jedną żonę z sypialni, bo tę noc chce spędzić z inną?! Albo zabiera obrączkę jednej, by zaoszczędzić na zakupie dla kolejnej wybranki?!
Przy kilku żonach liczba dzieci to nawet kilkadziesiąt! Żaden mężczyzna nie jest w stanie utrzymać takiej gromady pod względem finansowym.
Irene Spencer i inne żony Verlana żyły w straszliwej nędzy.Borykały się z podstawowymi problemami jak brak prądu, jedzenia. Ubrania to był luksus, odzież szyły z worków po mące. Brak higieny był przerażający. Opisy - jak Irene wyjmowała glisty z dziecięcych pup - może przyprawić o mdłości !
Nie jest możliwe , by taki ojciec nawiązał prawidłowe relacje rodzicielskie ze swoimi dziećmi. Verlan większość czasu spędzał daleko poza domem, próbując zarobić na swoją rodzinę. Prawdopodobnie nie był w stanie zapamiętać nawet wszystkich imion dzieci i przypisać ich do konkretnej matki , bo dzieci rodziły się w odstępach kilku tygodni. Czy to ma być rodzina "na chwałę bożą" , jak chcieli by Mormoni?!

Życie w nielegalnym wielożeństwie powoduje izolację społeczną. Tylko pierwsza żona mogła oficjalnie podawać swoje nazwisko. Pozostałe cały czas żyły w ukryciu przed światem , społeczeństwem , urzędami. Najchętniej nie posyłały by dzieci do szkoły, nie korzystały z opieki zdrowotnej czy społecznej , by poligamia nie wyszła na jaw.
Można sobie wyobrazić jakie spustoszenie emocjonalne wywołuje życie w ciągłym upokorzeniu, ukryciu, potępieniu społecznym. W jakim stopniu odbiera dzieciom szanse na normalny rozwój intelektualny i społeczny.
Osiem żon Verlana , ustawionych w kolejności zawierania
związku małżeńskiego.

Tu powstaje najważniejsze pytanie - dlaczego kobiety godziły się na takie upokorzenie , nędzę, brak miłości ze strony męża?!
Z męskiego punktu widzenia , sytuacja była dogodna. Irene podsumowuje  religijną poligamię  jako przykrywkę do rozwiązłości seksualnej. Przeraziło mnie , jak bardzo religia może 'wyprać" mózg takim kobietom, jak zaślepić, wręcz odebrać instynkt samozachowawczy! Gdzie jest granica religijności i miłości, jeśli mąż gardził nią tylko z tego powodu , że po 14 porodzie podwiązała sobie jajowody!
Irene całe swoje małżeńskie życie buntuje się przeciwko prawom mormońskim. Domaga się od męża więcej miłości , zrozumienia.Wścieka się przy każdym kolejnym ślubie. Nie potrafi jednak od takiego życia uciec. Z jednej strony to zrozumiałe , że taka ucieczka musi być bardzo trudna dla kobiety z 13 dzieci, bez pieniędzy, zawodu.
Irene miała taką szansę, by ułożyć sobie życie poza Colonią LeBaron.
Wytrzymała tylko rok. Szukała pretekstu , by wrócić do dawnego życia , do męża. Z tego koszmaru uwolniła ją dopiero śmierć męża.


      Czytanie tej opowieści wywołuje bunt, oburzenie , niezgodę na takie upokarzanie kobiet,  indoktrynowanie dzieci. Z drugiej strony, czy mamy prawo krytykować czyjąś religię, kwestionować wybory , do których nikt tych ludzi nie zmusza?


niedziela, 24 lutego 2013

Art rock ...czyli Tune w Łodzi

wokal - Jakub Krupski
Warto czasem wychylić się ze swojej dziupli , zejść z utartego szlaku, by poszerzyć swoje horyzonty poznawcze. Pozwala to na odświeżenie myślenie o świecie i ludziach ; w myśl zasady , że toczący się kamień nie obrasta mchem...
Dlatego , aby tym mchem nie zarosnąć , wybrałam się z moją nastoletnią córką na koncert do łódzkiego klubu " Wytwórnia".
Zespół  Tune znałyśmy z programu Polsatu . Uwagę zwracał wokalista, określany przez jury popularnym ostatnio epitetem - 'charyzmatyczny'. Muzyka interesująca  - art rock , świetny głos , dobrzy instrumentaliści . Przyznam się , że nawet im kibicowałam .
Na koncert szłam z pewnym niepokojem. Obawiałam się , że będziemy z mężem najstarsi w gronie słuchaczy ; sądząc po rodzaju muzyki jaki Tune wykonuje. Całe szczęście - pomyliłam się.Okazało się , że w kategoriach wiekowych, reprezentowanych na sali, plasowaliśmy się po środku.
Muzyka... ciekawa , nie słucham takiej na co dzień, może teraz zacznę. Na pewno wśród widowni budziła sprzeczne odczucia. Część osób bawiło się bardzo dobrze, ale słyszałam też opinie typu : "niezła schiza..." . Zespół , wobec którego nie można przejść obojętnie , bo styl grania i ogólnego bycia na scenie może faktycznie budzić kontrowersje. Moim zdaniem - bardzo ciekawy koncert!
Z wielką ochotą słuchałam muzyki , która nie jest w mainstreamie (cudowne słówko) nie jest lansowana przez wszystkie stacje radiowe. Życzyłabym sobie więcej takiej muzyki w rozgłośniach , nowego brzmienia, nowych twarzy .
Tą trasą koncertową reklamują swoją pierwszą płytę. Życzę więc im powodzenia !


...a córce sprawiłam tym koncertem wielką radość :)

zapraszam do posłuchania   Tune  :

Miejcie nadzieję . . .

Vladimir Kush

Adam Asnyk
 

Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą , marną
Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera,
Lecz tę niezłomną , która tkwi jak ziarno
Przyszłych poświęceń w duszy bohatera.

Miejcie odwagę!...Nie te jednodniową,
Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,
Lecz tę co wiecznie z podniesioną głową 
Nie da się zepchnąć z swego stanowiska.

Miejcie odwagę ...nie tę tchnącą szałem , 
Która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę ,co sama niezdobytym wałem
Przeciwne losy stałością zwycięża.

Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystało w milczeniu się zbroić...

Lecz nie przestajmy czcić świętości swoje
I przechowywać ideałów czystość;
Do nas należy dać im moc i zbroję
By z kraju marzeń przeszły w rzeczywistość.


sobota, 23 lutego 2013

Samsara

...na drogach , których nie ma - czyli wyprawa Tomka Michniewicza.

Samsara to nieustanny cykl narodzin i śmierci , to wędrowanie drogą , która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi.Wszystko ulega zmianie - światy , w których żyjemy , ludzie , których mijamy.
Tak do swoich podróży podchodzi Tomasz Michniewicz. Pakuje plecak i rusza w drogę, poddając się temu co niesie nurt życia.
Książka ta jest zapisem podróży po Azji. Zaczyna się w Katmandu, a później Michniewicz przemieszcza się po kilku krajach , jak przystało na backpackera - bez szczegółowego planu.
...ciągle ryż...
Początek książki wydał mi się dość obiecujący. Autor wyrusza w drogę , by przekonać się , że umysł ludzki jest potężniejszy niż ciało. Można umysłem tworzyć rzeczywistość , która wydaje się być niemożliwa. A może tylko dla niektórych niemożliwa . Postawiona zostaje teza , że ludzie tzw. Zachodu, nie potrafią wyjść poza ograniczenia własnego umysłu. Są bardzo racjonalni. Próbują wtłoczyć świat w ramy dla nich zrozumiałe ,pasujące do ich wyobrażeń.
Hochsztaplerzy udający sadhu.
Świątynia Paśupatinath w Katmandu.

Autor postanawia  więc odnaleźć prawdziwych czarowników, czyli ludzi , którzy np.  potrafią cofnąć czas. I to nie tylko tak , że cofną się wskazówki, ale też cofną się wydarzenia , np zwiędłe kwiaty rozkwitają , lub Słońce przesuwa się w przeciwną stronę.
Z zapałem zabrałam się do czytania , bo zapowiadało się ekscytująco.
Niestety , jak łatwo się domyślić, Tomasz Michniewicz nie znalazł ludzi , którzy potęgą swego umysłu potrafią dokonywać takich cudów. Może jest tak , że takie cuda w ogóle się nie dzieją ? Są tylko mitami , powtarzanymi dla podniesienia napięcia?
Jak mówi jeden z rozmówców Michniewicza - to nie są żadne czary, tylko hipnoza. Czarownik , owszem , wykorzystuje siłę umysłu , ale po to by zahipnotyzować widza , a "cuda" to po prostu iluzja.
Tak więc zamiast magii, którą autor "zanęcił "mnie na początku , dostałam opowieść o włóczędze po krajach Azji.
Jedno z trzech milionów hinduskich bóstw.
Jedno z najwspanialszych miejsc w Angkorze - świątynia Ta Prohm

Ruiny Phimai, kmerskiej świątyni z XI wieku.
 Książki tzw. podróżnicze , które do tej pory czytałam , są zwarte , uporządkowane. Autorzy , wg. wytyczonego wcześniej planu poznają świat , opisują zjawiska , ludzi , zabytki. W książce T. Michniewicza tego nie ma . Czytając ją miałam wrażenie , że słucham opowieści kolegi z wakacyjnych wojaży.
 Taka wędrówka to prawdziwa wolność. Czekanie  na szosie po kilkanaście godzin na jakikolwiek środek transportu,bez noclegu , z pustym żołądkiem. To jest prawdziwa przygoda, kiedy nie wiadomo co na nas czeka za rogiem. Dzięki temu można poznać prawdziwe życie kraju , ludzi. Bez kamer, pozowania itd.
Taki sposób podróżowania wymaga chyba dużo odwagi. Podziwiam i zazdroszczę osobom , które potrafią tak rzucić się w nieznane.

Spośród różnych opowieści zaciekawił mnie festiwal wegetariański na wyspie Phucket w Tajlandii. Przyciąga ludzi z całego świata . Celem festiwalu jest oczyszczenie świątyń i miejscowości ze złych duchów , które powodują choroby.
Centralnymi postaciami uroczystości są kapłani , zwani Ma-song, którzy stają się pośrednikami między naszym światem a "światem phi".
Wszyscy uczestnicy festiwalu ubierają się na biało, ściśle przestrzegają wegetariańskiej diety, nie mogą kłamać , kraść i uprawiać seksu.
Jednak najważniejsi są Ma-song. To oni okaleczają swoje ciała, wbijając różne przedmioty , biczują się siekierami. Michniewicz twierdzi z całą stanowczością , że nie są oni pod wpływem żadnych środków odurzających , hamujących ból.
Jak zatem wytłumaczyć fakt , że nie krwawią , nie widać by odczuwali ból , nie doprowadzają się do kalectwa - gdy biczują się siekierą po plecach?
Może najpotężniejszą siłą człowieka jest właśnie , wiara i umysł , dzięki którym można zapanować nad ciałem?
Jeden z Ma-song, chwilę po przekłuciu policzków.

Ma-song liże wielokrotnie ostrze...

Święto Loi Krathong w Tajlandii , to  zwyczaj który pojawił się też w Polsce , ale nie ma tak pięknej podbudowy filozoficznej.Podświetlone  papierowe lampiony puszczane są w powietrze i unoszone przez wiatr. Można do nich włożyć wszystkie swoje smutki, problemy , wszystkie negatywne emocje , od których chcemy się uwolnić. Lampion zabierze to wszystko , oczyści nas , byśmy mogli zacząć żyć od nowa. Piękny zwyczaj...

Nie sposób streścić całą książkę, zresztą nie o to tutaj chodzi. Michniewicz opisuje wiele sytuacji ciekawych , zabawnych , czy oburzających. Wtrąca wspomnienia z wcześniejszych wypraw , jak np. upadek monarchii w Nepalu - czego był świadkiem.

Kończy książkę ciekawymi spostrzeżeniami na temat podróżowania. To co kojarzy się z wolnością , może stać się pułapką. Michniewicz opowiada o swoich znajomych, którzy wracają z dalekich wypraw - zarośnięci , ogorzali od wiatru i słońca, z głową naładowaną przygodami. Dużym problemem staje się wtedy powrót do szarej rzeczywistości . Trzeba znaleźć nową pracę , co jest bardzo trudne , gdy wypadło się z rynku na kilka miesięcy . Rodzina i znajomi oddalili się emocjonalnie . Pojawia się więc poczucie nieprzystawania do dawnego świata i złudna myśl, że tam ...gdzieś za morzami zostawili lepszy świat ,do którego chcą wrócić. Coraz trudniej jest zapuścić gdzieś korzenie , więc to co miało być wolnością , staje się matnią.

 "Samsarę"  najlepiej podsumować słowami autora : "...to książka o tym co się dzieje, gdy pakujesz plecak i wychodzisz z domu z biletem w jedną stronę..., bo wyjeżdża się po to, żeby nie wiedzieć  co czeka za zakrętem..."

Polecam książkę i stronę   :  Tomek Michniewicz


Zamieszczone przeze mnie zdjęcia z  tej książki mają na celu wyłącznie zachęcenie do przeczytania pozycji.

piątek, 22 lutego 2013

...czekamy na wiosnę ,

Anna Achmatowa
czyli próby odstraszenia zimy...

I takie dni bywają przedwiosene:
Łąka pod śniegiem ubitym oddycha
I szumią drzewa suche, lecz promienne,
I ciepły prężny wiatr powiewa z cicha.
Dziwi cię w ciele twym lekkość i siła,
Swych progów nie poznajesz ze zdumieniem
I piosnkę, która już ci się sprzykrzyła,
Jak nową śpiewasz z radosnym wzruszeniem.


                                Anna Achmatowa

 

środa, 20 lutego 2013

Dlaczego pada śnieg ?

 Kilka cieplejszych dni wystarczyło , by rozbudzić nadzieję na wiosnę.
Niestety , od wczoraj znów sypie śnieg.

Jerzy Harasymowicz wytłumaczył mi 
"Dlaczego pada śnieg?"

Raz w niebie dwaj święci przy grze w domino
powiedzieli sobie: ach, ty taki synu.
Co gdy usłyszał Archanioł Michał,
to zaraz wsiadł na bicykl,
kłuł go ostrogą, ciężko wzdychał.
I przyjechał Michał, i tych świętych zabrał do mieszka,
choć się za nimi wstawiała
ich siostra Agnieszka.

No i tak, święci bez pasków, bez sznurówek,
w błękitnych kalesonach, wśród więziennych dachówek,
święci się nudzą, s
i
edzą we dwóch
i wyrywają sobie święci
z brody siwy puch jak najęci.

niedziela, 17 lutego 2013

Lincoln- kolejny oscarowy kandydat

Lincoln w reż. Steven'a Spielberga to film , który mam wrażenie , że zrobiony jest typowo pod oscarowe jury. Monumentalny, dotyczący historii USA - co już wystarczy , żeby go nagradzać:)
Sądząc po tytule,spodziewałam się biografii , jakiegoś nowego , świeżego spojrzenia na tę ciekawą postać. Niestety, film jest głównie o 13 poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jak bardzo ważny by to nie był temat , to jednak trochę za mało na  2,5 godzinny film.
Większą część filmu zajmuje jeden  problem - jak przekupić kilkunastu kongresmenów do głosowania za 13 poprawką , dotyczącą zniesienia niewolnictwa. Moim zdaniem - zmarnowany ciekawy temat .
 Film trochę nudny , choć niewątpliwie świetna scenografia,  dobre charakteryzacje i kostiumy , ciekawie oddane realia XIX wieku, i świetna rola Tommy Lee- Jonesa.
Daniel Day-Lewis , odtwórca głównej roli, dość ciekawie przedstawił postać Lincolna. Miałam wrażenie , że oglądam , zamiast  silnego prezydenta dużego państwa, człowieka zmęczonego władzą , życiem , problemami rodzinnymi.  Jednocześnie  to człowiek silny i bezwzględny, jeśli chce osiągnąć cel ,  jest w stanie użyć wszystkich środków , z oszustwem i kłamstwem włącznie.
Lincoln zdawał sobie sprawę z wagi 13 poprawki , mówi:" Świat na nas patrzy, mamy teraz w rękach los ludzkiej godności". Wielkie słowa, brzmiące nawet dość patetycznie. Szkoda tylko , że połowa społeczeństwa wcale tej "ludzkiej godności" nie zamierzała bronić. To bardzo przygnębiające , że sprawa równości ludzi była sprowadzona przez kongresmanów do gry politycznej. Kraj , który uważany był za kolebkę i wzór demokracji , już na początku swojego istnienia budował ustrój na oszustwie. Zaufani ludzie Lincolna przekupywali, szantażowali kongresmanów , by głosowali za 13 poprawką. W ten sposób , jak mówi jeden z kongresmanów:
" ...najważniejsza ustawa XIX w. osiągnięta została dzięki korupcji i oszustwu...".

Znużyło mnie oglądanie Lincolna ; ciekawy temat przedstawiony został monotonnie , fabuła miałka , postacie dość płytkie . Niby technicznie bardzo dobry( w końcu to Spielberg), ale  nie wywołał we mnie większych emocji.



niedziela, 10 lutego 2013

Boże, pełen w niebie chwały - refleksja niedzielna


Boże, pełen w niebie chwały,
A na krzyżu - pomarniały -
Gdzieś się skrywał i gdzieś bywał,
Żem Cię nigdy nie widywał?

Wiem, że w moich klęsk czeluści
Moc mnie Twoja nie opuści!
Czyli razem trwamy dzielnie,
Czy też każdy z nas oddzielnie.

Mów, co czynisz w tej godzinie,
Kiedy dusza moja ginie?
Czy łzę ronisz potajemną,
Czy też giniesz razem ze mną?

Bolesław Leśmian 

Poradnik pozytywnego myślenia , reż . David O. Russell

Kolejny kandydat do Oscara , więc podeszłam do niego z zaciekawieniem. Niestety, trochę mnie rozczarował. Zapowiadał się dobrze. Bohater- Pat, przeżywa poważny kryzys w swoim życiu. Przyłapuje żonę na zdradzie z kolegą z pracy. Wpada w szał i wyładowuje swoją złość na kochanku żony. Konsekwencją takiego niekontrolowanego wybuchu agresji jest zwolnienie z pracy i zakaz zbliżania się do żony. Sąd nakazuje mu przymusowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie okazuje się , że już wcześniej cierpiał na niezdiagnozowane zaburzenia dwubiegunowe.Po wyjściu ze szpitala próbuje odbudować swoje życie, odzyskać żonę. Nie jest to jednak łatwe, bo na każdym kroku powracają wspomnienia, nie umie zapanować nad napadami agresji, nie chce łykać leków. Rodzice początkowo też nie ułatwiają mu powrotu do normalności.
Matka jest osobą raczej bierną , choć niewątpliwie kocha syna.
Ojciec ( świetny Robert  De Niro) sam nie jest zbyt zrównoważonym człowiekiem. Jego pasją są zakłady bukmacherskie. Czasem na meczu tak bardzo ponoszą go emocje , że wszczyna awantury. W związku z tym ma zakaz wchodzenia na stadiony.
 Pat poznaje dziewczynę , z którą wydaje się , że dość dobrze się rozumieją.Są do siebie podobni, bo oboje napiętnowani są łatką osób z problemami emocjonalnymi. Co ciekawe, w  odróżnieniu od tzw. normalnych ludzi są szczerzy wobec otoczenia , nie bawią się w konwenanse zbędną grzeczność . Gdy patrzy się na ich znajomych, rodziny , to można mieć wątpliwości , kto jest zdrowy a kto zaburzony psychicznie. Widać jak bardzo kategorie zdrowia psychicznego i choroby są płynne , względne. Na przykład ojciec bohatera to dziwak, swoje decyzje i działania podporządkowuje przesądom, co staje się w końcu natręctwem.( np. określone ułożenie pilotów do TV, które gwarantować ma wygranie meczu). Przyjaciel Pata- na pozór spokojny człowiek , dobry mąż i ojciec, przyznaje,że czasem dopada go taka wściekłość na siebie , na żonę , na pracę, że z trudem panuje nad morderczymi odruchami.  Wtedy zamyka się w garażu i krzyczy przy wtórze ostrej muzyki.
 W trakcie filmu zagłębiamy się więc w ciemne zakamarki ludzkiego umysłu. Widzimy , że nie ma jasnej i prostej granicy między zdrowiem a chorobą psychiczną. Jak mówi stare porzekadło psychiatryczne - " Nie ma ludzi zdrowych , są tylko niezdiagnozowani...". Każdy z nas nosi w sobie jakiś element wariactwa, neurotyczności, psychopatii. Jedni potrafią nad tym zapanować , bo wytworzyli sobie sposoby radzenia sobie , a inni po prostu "pękają" w sytuacjach stresu.
Widać w filmie , jak ważna jest pomoc otoczenia.Z tym może być trudno , bo często otoczenie samo nie radzi sobie zbyt dobrze w gęstwinie życiowych problemów.
      Do pewnego momentu Poradnik pozytywnego myślenia porusza więc dość ciekawe problemy,  ale zakończenie wydało mi się dość banalne.  Pod koniec film robi się słodki i przewidywalny , jak komedia romantyczna.
Obejrzałam już kilka nominacji Oscarowych i Poradnik  wydaje mi się najsłabszym filmem , z wyjątkiem świetnej kreacji Roberta De Niro, który "sprawdza się " w roli neurotycznego ojca.

niedziela, 3 lutego 2013

Sesje reż. Ben Lewin

"prawdziwy" Marc O'Brien w aparaturze ułatwiającej oddychanie
Sesje to opowieść oparta na prawdziwej historii  . Jej bohaterem jest Marc O'Brien, poeta, dziennikarz, który na skutek zachorowania w dzieciństwie na polio jest niepełnosprawny. Jego ciało jest unieruchomione , nie może oddychać bez wspomagania. Skazany jest więc na leżenie w żelaznej maszynie , która pomaga pracować mięśniom przepony.Wymaga stałej opieki innych osób. W tym chorym , upośledzonym ciele tkwi człowiek inteligentny, wrażliwy, pełen humoru (czasem czarnego). Żyje w poczuciu winy , że swoją chorobą zniszczył życie swoim rodzicom , siostrze. Gdy ludzie zdrowi patrzą na osobę tak ciężko doświadczoną fizycznie, to pewnie nie zastanawiają się nad seksualnością takiego człowieka. No bo jak można myśleć o "takich sprawach" , kiedy jest się przykutym do łóżka? Otóż można o "takich sprawach" myśleć  , a nawet trzeba. Opowiedziana historia uświadamia widzom jak ważny jest to aspekt życia . Człowiek jest całością , i niezależnie od tego jak bardzo jest chory , niepełnosprawny,  ma pragnienia takie jak wszyscy.
fragment sesji terapeutycznej
Marc jest człowiekiem wrażliwym, pragnie czułości , miłości , fizycznego kontaktu z kobietą. Sprawy seksualne napawają go jednak lękiem , nie ma w tej materii żadnych  doświadczeń. Postanawia więc skorzystać z pomocy tzw. sekssurogatki. Jest to w USA zawód terapeutki, która ma za zadanie pomóc osobom niepełnosprawnym w poznaniu swojej seksualności , zaakceptowaniu ciała , nauczeniu się seksu w bezpośrednich kontaktach fizycznych . Można by powiedzieć , że to po prostu prostytutka.
 Cheryl , którą gra Helen Hunt, sama tłumaczy Marcowi , że prostytutce zależy na jak najdłuższym zatrzymaniu klienta, bo chce od niego wyciągać kasę . Ona wyznacza maksymalnie 6 sesji, podczas których próbuje pomóc klientowi w poradzeniu sobie z problemami fizycznymi i emocjonalnymi. Swoje spostrzeżenia i wnioski  nagrywa, notuje , by móc je przemyśleć , skonsultować z terapeutą. Celem takiej terapii jest pomoc, by taki człowiek odważył się sam nawiązywać kontakty seksualne, by pozbył się choć trochę lęku, wstydu za własne , chore , zniekształcone , mało atrakcyjne ciało.
Jak w każdej terapii , trudnym momentem dla obu stron jest problem przeniesienia. Nietrudno sobie wyobrazić , że klient angażuje się emocjonalnie w relację z taką sekssurogatką, bo po raz pierwszy doświadcza czułości , akceptacji. W historii Marca zaangażowanie było po obu stronach. Cheryl trudno było zachować profesjonalny dystans do swojego klienta.
Ważną postacią w filmie i zapewne w prawdziwym życiu Marca O'Briena ,był ksiądz.
Bardzo poruszyły mnie sceny , gdy leżący na wózku, poskręcany w nienaturalnej pozycji Marc opowiada księdzu o swoich problemach z seksem , o spotkaniach z Cheryl, doznaniach, sukcesach i porażkach. Ksiądz , który na początku miał problem , czy pochwalić taki rodzaj terapii, w końcu mówi Marcowi , że "Góra daje mu w tej sprawie zielone światło...".Ksiądz odegrał w tej niecodziennej terapii bardzo ważną rolę, bo pomógł Marcowi uwolnić się od poczucia winy , grzechu. Widać jak trudno jest mu uczestniczyć w procesie przez jaki O'Brien przechodzi , ale często mu powtarza , że ksiądz jest w kościele dla niego , po to by go wysłuchać.
Postać pewnie trochę wyidealizowana - ksiądz , z którym można napić się piwa i pogadać o seksie. Może dla zdrowych ludzi byłoby to zbyt trywialne, prostackie . Dla niepełnosprawnego Marca takie rozmowy to ciąg dalszy terapii, to możliwość zwierzenia się przyjacielowi z najbardziej intymnych spraw.
Film z założenia skupia się głównie na osobie Marca O'Briena , ale dla mnie ciekawym tematem jest też postać Cheryl , czy właściwie wszystkich takich sekssurogatek. Zastanawiam się nad tym co kieruje takimi kobietami , że podejmują się takiej pracy. Czy pozwala im to zaspokajać jakieś własne potrzeby , leczyć się z własnych problemów? W końcu taki rodzaj terapii jest dość kontrowersyjny, wchodzenie w intymność , której nie można porównać do żadnej innej psychoterapii.
Jak radzą sobie takie terapeutki ( lub terapeuci- bo temat dotyczy obu płci) w życiu rodzinnym? Mąż Cheryl mówi jej , że jest święta, ale też jest mu trudno godzić się z tym , że jego żona dzieli intymność z obcym człowiekiem.

Film poruszający , godny uwagi . Wydobywa na światło dzienne temat, który skrywany jest wstydliwie w domach, ośrodkach dla niepełnosprawnych, zagłuszany lekami uspokajającymi , pomijany milczeniem.
Podobny problem poruszony został w filmie Nietykalni, jednak w trochę innej konwencji. Zawód sekssurogatki, często poświadczony dyplomem, to dla mnie nowość. Film otworzył mi świadomość na sprawy , nad którymi nie zastanawiałam się do tej pory. Przypomniał jak wiele różnych wymiarów może mieć życie ludzkie, warto jest szukać sensu tam , gdzie pozornie go nie widać , jak ważna jest wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka .

sobota, 19 stycznia 2013

Django reż. Quentin Tarantino

Django- jak czarny anioł ,wymierzający
 sprawiedliwość
Nazwisko Q. Tarantino  to marka , po której wiem , czego mogę , w przybliżeniu spodziewać się. Tym razem trochę się rozczarowałam.Film słabszy niż Bękarty wojny, chociaż zdania w rodzinie są podzielone, bo mój mąż zachwycił się Django.
Tarantino ,jak zwykle, bawi się konwencją,sypie czarnym humorem, ironią i świetnymi dialogami.
Akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych , na 2 lata przed wojna secesyjną. Tytułowy bohater, to czarny niewolnik, niepokorny , niegodzący się ze swoim losem. Nagle życie daje mu szansę. Spotyka na swojej drodze Niemca, który jest łowcą głów.
Django  z niewolnika przeobraża się w kowboja i we dwóch  zaczynają wymierzać sprawiedliwość. Kluczowym problemem staje się uwolnienie z plantacji pana Candie żony Django - Hildy. Więcej oczywiście zdradzić nie mogę.
DiCaprio w przerażającym wykładzie na temat frenologii.

W filmie dużo jest humoru, ale takiego czasem przez łzy, ściskającego gardło ,  jest trochę refleksji nad człowieczeństwem , trochę ocierania się o kicz  , zabawy konwencją - jak to u Tarantino. Film , którego nie można jednoznacznie zaklasyfikować - western, pastisz ,komedia, próba rozliczenia się z rasizmem? Jeśli to ostatnie, to po scenie końcowej ,  gdybym była na miejscu Amerykanów  to przeszyłby mnie dreszcz strachu.

Bardzo dobra muzyka i  świetna rola L. DiCaprio , który stworzył fascynującą postać pana Candie - to dla mnie największe walory tego filmu. Czy Oscar za najlepszy film?
Wypowiem się gdy obejrzę pozostałe nominacje...


Samuel L. Jackson- ciekawa psychologicznie postać lokaja -zdrajcy

Łowcy głów budzą wściekłość wśród ludności - czarny kowboj to nie tylko rzadkość ale też nieprzyzwoitość.









A oto i sam Quentin Tarantino, który w filmie tez zagrał małą rólkę.